Z Iriną i Olgą spotykamy się w gorącym okresie. My domykamy 5 numer „G’rls ROOM”, a dziewczyny walczą o nową pracownię. Dwie projektantki, tworzące głównie ceramikę jako august design studio, ich prace zyskały uznanie zarówno klientów, jak i branży (m.in. dwa razy wyróżniono je tytułem „must have” na Łódź Design Festiwal) opowiadają nam o swojej współpracy.

Paulina Klepacz: Skąd się wziął august?

Olga Milczyńska: To chyba opowiemy tę historię, co zawsze (śmiech).

Irina Grishina: Trudno to wszystko zebrać razem, sporo czasu minęło. Do Polski przyjechałam z rodzinnej Kamczatki, aby studiować w poznańskiej School of Form...

Olga: A ja tam uczę od… 6 lat? Może 7. Już długo tam uczę. (śmiech) Irina robiła u mnie dyplom, a ja zaprosiłam ją do projektu z siwakami (10/960 to zestaw naczyń ceramicznych, tak zwanych siwaków, w którego skład wchodzą: duże oraz małe naczynie do zapiekania, kubek, talerz i miska). Brało w nim udział kilka studentek, ten projekt trwał w sumie 3 lata. Z Iriną zawsze dobrze nam się działało, dlatego pomyślałyśmy o współpracy poza szkołą.

1 august

Seria 10/960, czyli siwaki

Aleksandra Nowak: Jak wygląda podział ról w auguście?

Irina: Olga zajmuje się księgowością i technicznymi kwestiami przy produkcji. Ja sporo czasu spędzam przed komputerem, zajmuję się promocją w mediach społecznościowych, zdjęciami i opisami produktów. Wspólnie projektujemy i produkujemy.

 

Paulina: To chyba bolączka małych działalności, na którą składa się poza etapem twórczym, także ten bardziej formalny.

Olga: Tworzenia jest tak na dobrą sprawę jakieś 20%.

Irina: Może 30%?

Olga: No tak. Są naturalnie i takie momenty, że mam wrażenie, że zajmuję się wszystkim poza ceramiką.

 

Paulina: Które projekty są dla was najważniejsze? I co z otwartością ludzi na przedmioty, które są bardziej ozdobne niż użytkowe?

Olga: Wydaje się, że w Polsce ludzie chcą mieć kubek, rzecz funkcjonalną, a potem dopiero coś innego, dojrzewają do tego powoli. Są oczywiście i tacy, którzy myślą, że kubek z Ikei im wystarczy. To grupa, którą trzeba jeszcze przekonać, że jest milej posiadać rzeczy zrobione ręcznie, które ktoś naprawdę przemyślał, pieczołowicie wykonał. Wielu naszych klientów docenia nasze produkty dopiero, gdy zaczynają ich używać, wtedy tak naprawdę można zrozumieć ich wartości.

Ludzie bardzo lubią naszą serię nawilżaczy, ma wielu fanów zagranicą, choć nie są to elektroniczne szumiące i świecące urządzenia. Niektórzy reagują jednak na nawilżacze czy na umi: „Hmm, ale jak to działa, po co mi to ?”.

2 august

Nawilżacze

Paulina: Opowiedzcie, czym są umi!

Irina: Umi to komplet składający się z 6 naczyń nawiązujących do japońskiej ceremonii picia herbaty, które razem tworzą krajobraz [inspiracją było m.in. studiowanie widoku morza przez Irinę – przyp. red.]. Są to naczynia dwustronne, niektóre posłużą jako wazon, niektóre jako podstawka pod biżuterię, jako kubek… Są to formy, nad którymi trzeba pomyśleć, znaleźć dla nich indywidualnie zastosowanie. Staramy się tłumaczyć: „To może być używane tak, tak i tak”, bo rzadko kiedy ludzie są faktycznie otwarci, aby sobie wymyślić, co z umi zrobić – boją się użyć któregoś „nie tak”.

5 august

Umi

Aleksandra: Olga, skąd Ty czerpiesz inspiracje do pracy?

Olga: Mnie trochę bardziej niż Irinę interesuje materialna kultura wiejska. Wciąż odwiedzam skanseny, studiuję to, co już zostało wymyślone i zrobione, docieram do korzeni. Byłyśmy ostatnio z Iriną na strychu w Muzeum Etnograficznym i miałyśmy okazję zobaczyć ukryte tam rzeczy – są niesamowite.

 

Paulina: Jak wygląda w waszym przypadku proces od inspiracji, pomysłu do stworzenia przedmiotu, który wypuszczacie w świat?

Olga: Niektóre projekty tworzymy wspólnie, niektóre indywidualnie. Zwykle zaczyna się od pogłębiania interesującego nas tematu, szkicowania, prototypowania, testowania, w idealnych warunkach trwałoby to około 10 miesięcy.

Rzeczywistość jest inna, nowe projekty powstają trochę w głowie, trochę na papierze, a potem siadasz i przez miesiąc prototypujesz – mniej więcej. Przygotowanie do prototypowania często trwa rok – zbieramy wszelkie możliwe informacje, żeby w każdej pracy zawrzeć jakiś głębszy sens. Nie chcemy tak po prostu dekorować naczyń w jakiś ładny sposób, bo są ludzie, którzy są w tym lepsi, którzy mają taką dekoracyjność w ręku. Jako august chcemy w dużej mierze nawiązywać do tego, co zostało już zrobione, np. do wspomnianej kultury ludowej. Chcemy też, żeby nasze projekty były bardzo dopracowane, nie takie ad hoc i nie nudziły się w użytkowaniu.

 

Paulina: A kiedy macie już prototypy, to co dalej?

Olga: Prototypy sobie stoją, a my ich używamy. Często znajomi, którzy odwiedzają nas w pracowni, pomagają nam w tych testach. Kiedy jesteśmy zadowolone z danego projektu nadchodzi czas na produkcję. Łatwo jest zrobić jedno czy dwa naczynia, które są dobre, ale kiedy trzeb zrobić 100 – jak w przypadku kolekcji BIRDS (figlarna i elegancka seria ręcznie wykonanej ceramiki, składająca się z dwóch rozmiarów kubków, pary jajkowników i dwóch przemiłych misek) – zaczyna się „zabawa”.

 

Aleksandra: No właśnie, macie formę, ale naczynia się trochę od siebie różnią?

Olga: Nigdy nie będą identyczne, bo każda z nas ich dotyka. A porcelana pamięta, że się ją dotykało i jak, co ma wpływ ostateczny wygląd, a widać to dopiero na samym końcu produkcji – po drugim wypale. Owal się delikatnie zmienia w tę czy w tamtą stronę...

 

Paulina: Jak wygląda proces od powstania formy do wypalania?

Olga: Najpierw odlewamy formy, potem robimy na nich znaczki – sygnatury, kolor na sygnaturze, czyścimy na sucho, później gąbeczką z ciepłą wodą, więc czyszczenie trwa bardzo długo. Następnie tak przygotowane produkty wkładamy do pieca na dwa dni – wypalanie trwa 9 godzin, ale przed wyjęciem trzeba poczekać aż piec wystygnie. Po wyciągnięciu bywa, że trzeba jeszcze raz coś doczyścić, umyć i poszkliwić. Potem idzie to wszystko znów do pieca na 3 dni. Więc na konkretny produkt czeka się minimum dwa tygodnie. Generalnie proces produkcji jest długi, w międzyczasie techniki są udoskonalane. Np. dziś, po 8 miesiącach produkowania BIRDS’ów, wiemy zdecydowanie więcej niż na początku tego projektu. Same też zrobiłyśmy masę do niego, czyli kolor i kompozycję – to mieszanka, nad którą się trochę napracowałyśmy,

Irina: Zależało nam na odpowiednim odcieniu. Zrobiłyśmy chyba 50 odcieni szarego, zanim powstał ten kolor, którego używamy.

Olga: W tym przypadku było dużo prób z kolorem, ale też za każdym razem uczymy się, jak długo daną rzecz trzymać w formie, jak powinna schnąć… Każdej formy się uczymy, testujemy ją.

 

Paulina: Kiedy się coś tworzy, to chyba ciężko się zdystansować do projektu i ocenić go na chłodno, czy jest OK czy nie. Ale wspomniałyście, że pokazujecie prototypy znajomym.

Irina: Prototypy mamy w pracowni w kilku miejscach, zwykle w takich bardzo widocznych miejscach, żebyśmy miały z nimi kontakt, mogły się im przyglądać. I okazuje się często, że nasi znajomi chcą właśnie te rzeczy…

Olga: Idą do tych półek, gdzie mamy niedokończone projekty czy nieudane próby i oglądają z ciekawością, dopytują o te dziwne czasem kształty.

Irina: To jak lumpeks, gdzie można sobie pogrzebać (śmiech).

 

Paulina: Chciałabym jeszcze wrócić do tematu nawiązań do sztuki ludowej. Irina mówiła w kontekście umi o rytuale picia herbaty. A co bierzecie ze sztuki ludowej?

Irina: Nie nawiązujemy bezpośrednio do kultury ludowej, ale miesić się w tym temacie np. nasza współpraca z rzemieślnikami – zaangażowanie ich do zrobienia czegoś użytkowego, ale tak, aby mogli robić coś, co lubią i potrafią. Zależy nam, aby nie zmieniać ich stylu. Podobnie jest z serią 10/960, czyli chyba najbardziej rozpoznawalnym naszym projektem, do którego Olga mnie zaprosiła, w którym dostosowujemy się do garncarza. Czyli nie możemy mu powiedzieć, jak coś ma zostać zrobione od A do Z, musimy zrozumieć jak on toczy i dostosować się do niego. Z drugiej strony on też się uczy nowych rzeczy przy okazji tego zadania i cieszy się, że mu teraz wychodzi lepiej niż na początku projektu.

Olga: Szukamy informacji o użytkowych formach sprzed Cepelii i tą wiedzę staramy się przełożyć na współczesne projekty. Trzeba tutaj wspomnieć, że większość współczesnych garncarzy robi kopię tego, co zobaczyli, np. w muzeum etnograficznym i sprzedaje na jarmarkach jako swoje. A my ich prosimy, żeby tę pracę robili inaczej, z większą dbałością o detal. I oni robią postępy. Garncarz, z którym pracowałyśmy w Medyni [w 2015 roku dziewczyny pracowały w Medyni Głogowskiej pod Rzeszowem, niegdyś ważnym ośrodku ceramicznym, który zaczął odżywać dzięki działalności Małgorzaty Wisz, dyrektor Gminnego Ośrodka Kultury i Rekreacji w gminie Czarna w województwie podkarpackim – przyp. red.] zaczął np. toczyć takie dobrze wykończone, delikatne miseczki, zamiast dotychczasowych ciężkich mich. Inna sprawa, że to jest też taki męski świat bardzo…

 

Paulina: Czyli nie ma raczej kobiet garncarek?

Olga: Nie, nie. Garncarstwo to bardzo ciężka fizyczna praca, więc zwłaszcza dawniej prawie w ogóle nie było u nas garncarek. Samo wytoczenie naczynia nie wymaga co prawda dużego nakładu siły, ale garncarz też musiał sam wykopać glinę, zeskładować ją, przemielić, co robił rękami i nogami. Ja kiedyś jeździłam do garncarzy w Brodłach, już ich nie ma, ale odwiedzam wdowy po nich i one zawsze mówią: „Boże dziecko, co ty robisz?! To taka ciężka praca”. Mężczyźni, z którymi współpracowałyśmy w Medyni, różnie reagowali. Jeden przyznał, że ten projekt był super, bo zaczęliśmy gotować w wytwarzanych wspólnie naczyniach, ale inny z kolei stwierdził, że projekt do niczego mu się nie przydał. Były też takie sytuacje, że mieliśmy kłótnie przy piecu podczas wypału, przekleństwa leciały na prawo i lewo. Po jednej z nich wróciłam do domu i powiedziałam sobie: „Nigdy więcej tu nie przyjadę!”. Ale następnego dnia panowie do mnie przyszli, powiedzieli „przepraszamy”. Nie zawsze dało się ich przekonać, żeby zmienili sposób wypału. Powtarzali: „Pani się nie zna  to nie zadziała”.

 

Aleksandra: Jak doszło do waszej współpracy z ośrodkiem w Medyni?

Olga: Pani Małgosia z gminnego ośrodka kultury  w Czarnej przyjechała do School of Form i zaprosiła nas do współpracy. Zawsze mi się wydawało, że w Polsce z ceramiką jest słabo. Głównie dlatego, że uczyłam się garncarstwa i ceramiki poza Polską, a co za tym idzie więcej wiedziałam o ceramice koreańskiej czy duńskiej. Dopiero teraz zaczynam poznawać naszą ceramiczną historię. Oczywiście Polska to nie Czechy czy Wielka Brytania, które zawsze miały ceramikę i się nią wyróżniały, my np. bardziej byliśmy nastawieni na meble. Jednak są w polskiej ceramice perełki, które można znaleźć, ale to zajmuje czas.

 

Paulina: Olgo, wspomniałaś o Korei i tym, że w zasadzie to pojechałaś tam uczyć się budowy pieców do wypalania ceramiki!

Olga: Tak, ponieważ interesowałam się tradycją wypałów w piecach na drewno. Szukałam kogoś, kto mnie tego nauczy. W końcu w czasie pobytu w Danii poznałam Dae Woonga, który zajmował się ceramiką i zgodził się mi pomóc. Tak wylądowałam w koreańskim domu, w nieco przerażających warunkach – mycie naczyń było na zewnątrz, nie było ogrzewania, łazienka była dość specyficzna. No cóż, najważniejsze było to, że mieliśmy budować piec. W Korei jest bardzo konserwatywne podejście do kobiet, z czego przed wyjazdem nie do końca zdawałam sobie sprawę. I tylko wtedy, kiedy nikt nie patrzył, mogłam zrobić wylewkę, fundament pod piec.

Później jednak zjechało się sporo ludzi, a dokładnie mężczyzn, bo budowa pieca to wydarzenie, ale i ciężka praca, więc siłą rzeczy sporo osób bierze w nim udział. Dae Woong zawczasu zastrzegł: „Olga, myślę, że nie będziesz mogła mówić do mnie po imieniu, powinnaś mówić straszy bracie i nie będziesz już mogła robić pieca, tylko pomożesz w kuchni”. Na co ja powiedziałam: „Nie, nie ma mowy”. Nie chciałam odpuścić, chciałam budować piec! W końcu zmienił front: „No dobrze, to tu masz stertę cegieł i musisz je wyczyścić”. A to jest po prostu bardzo ciężka, fizyczna praca– masz cegłę w szkliwie, masz majsel [stalowe narzędzie o ostrzu tnącym – przyp. red.] i musisz to wyczyścić – tak jakby obtłuc. Wtedy spadł śnieg i było bardzo zimno, a ja miałam taką kufajkę – strasznie śmiesznie to wyglądało, jak siedziałam i tłukłam. Aż po 3 czy 4 godzinach Dae Woong powiedział: „Dobra, możesz wybudować komin”. Wszyscy zgromadzeni tam się dziwili, gadali między sobą: „Ej, czy to jest dziewczyna, czy to jest facet?! Wygląda trochę jak dziewczyna, ale zachowuje się jak facet”. Doktorancka kufajka pomogła (śmiech).

6 august

Fot. Basia Kuligowska dla magazynu „Zwykłe Życie”

 

POMÓŻMY AUGUSTOWI PRZENIEŚĆ PRACOWNIĘ!

Olga i Irina studio projektowe august założyły na początku 2016 roku. Pracownia ceramiczna, w której obecnie działają to jeden z wielu artystycznych i rzemieślniczych warsztatów, które znajdują się na terenie starej fabryki przy ulicy Podskarbińskiej w Warszawie. Niestety, w związku z wyburzaniem i reorganizacją terenu, po niecałych dwóch latach jej użytkowania muszą się wyprowadzić.

Dziewczyny wygrały przetarg na lokal miejski, w którym mogą kontynuować swoją działalność. Jednak nowy lokal wymaga gruntownego remontu. Dlatego jeśli chcecie mieć wkład w rozwój ceramiki i powstawanie kolejnych świetnych projektów, wspomóżcie razem z nami Irinę i Olgę!

August x Polak Potrafi 

August na Facebooku

August na Instagramie

 

Dziewczyny z augusta i ich prace będziecie mogli też zobaczyć i kupić podczas:

* wydarzenia Ceramika w Między Nami;

* Targów Rzeczy Ładnych 2 i 3 grudnia w Warszawie, które odbędą się przy Pl. Trzech Krzyży 10/14 w Warszawie

  

Współpraca redakcyjna Matylda Szempruch 

Fot. august design studio

Instagram enter The Room

Sorry something went wrong. Here is the possible list of errors:

  • Error loading user data