„Malując kobiety, mogę pokazać, jak wiele do nich czuję. Nie są tylko obiektami pożądania. Kobiety emanują czymś chwilami dla nas niezrozumiałym, co można przedstawić tylko za pomocą sztuki”. Poznajcie Dominika – młodego warszawskiego artystę. To intymna opowieść o czułości, malarskiej perspektywie i zbliżającej się wystawie.*  

Magda Wojciechowska: Czym jest dla ciebie czułość?

Dominik Krzysztofik: To poczucie, że istnieje coś, co możemy dostawać od drugiej osoby. Odczuwam ją, będąc w związku. Czułość jest kwestią drobiazgów, które tworzą coś niesamowitego. Czułość to też wrażliwość. Kojarzy mi się z kobietami. 

 

MW: Dlatego stała się istotą twoich prac?

DK: Tak, bo jest czymś nie do końca określonym, tak jak te prace. Na pozór są zwykłymi, realistycznymi aktami, zdefiniowanymi przez kolory i formy, ale tworzy je wiele elementów. Po pierwsze, kobieta, która od zawsze jest w sztuce tematem i myślę, że nim zostanie, będzie zmieniała się tylko forma. Po drugie, kolory, za pomocą których określam sposób, w jaki odbieram malowaną osobę i uczucia, które towarzyszą mi przy pracy. Po trzecie, dodaję elementy stricte malarskie i praca nabiera wielu warstw.

 

MW: Czy chciałeś, żeby Czułość stała w kontrze do kultury porno?

DK: Myślę, że nigdy tego nie łączyłem. Trochę obawiałem się reakcji odbiorców, bo maluję kobiety, stawiając w centrum ich cielesność. Pierwsze obrazy są bardzo spokojne, a pozy wręcz sztywne. To pokazuje, że sam potrzebowałem czasu, żeby ten proces stał się dla mnie naturalny. Później szukałem czegoś więcej. Otworzyłem się na bardziej odważne pozy i trudniejsze dla samych modelek. Okazało się, że efekt jest dużo lepszy.

Jeszcze przed samą wystawą mam pomysł na kolejny obraz, znacznie odważniejszy. Koncentruję się na małych elementach, kontrowersyjnych ze względu na jednoznaczne skojarzenia ze sferą seksu. Niewielu twórców klasycznych czyniło je głównym tematem obrazów. Myślę, że w Polsce dopiero teraz zaczyna się rozumieć znaczenie nagości w sztuce - fakt, że ma ona podstawy, a artystom nie chodzi o zwrócenie na siebie uwagi.

 

MW: Pamiętasz pierwszy bodziec, który sprawił, że postanowiłeś stworzyć taki cykl? 

DK: Zawsze kiedy zamykam jeden projekt mam już w głowie następny. Kiedy zrealizowałem wystawę o Warszawie, wyprowadziłem się z domu i zamieszkałem po raz pierwszy z dziewczyną, w kawalerce. To był dla mnie okres przejścia z chłopca w mężczyznę, który żyje i radzi sobie sam. Również na poziomie relacji damsko-męskich. W tym czasie zmienia się też podejście do samego seksu, wchodzi na inny poziom. Seks staje się super ważny, bo towarzyszy uczuciu - pierwszej miłości, która dla mnie jako młodego faceta była czymś nowym i niesamowitym. Wtedy stwierdziłem, że malując kobiety mogę pokazać, jak wiele do nich czuję. Nie są tylko obiektami pożądania. Kobiety emanują czymś chwilami dla nas niezrozumiałym, co można przedstawić tylko za pomocą sztuki. Na co dzień dokonuje się uproszczeń, stwierdza, czy któraś z nich jest ładna lub nie. A prawda jest taka, że należy wczuć się w drugą osobę, by dostrzec to, co tkwi głębiej. 

Pracując nad Czułością, musiałem zbudować całkowity obraz portretowanej osoby. Większość modelek znałem, ale niezbyt dobrze. Towarzyszyły mi jedynie odczucia, wspomnienia i skojarzenia. Malowałem to, co dostrzegłem w nich na pierwszy rzut oka. Było to jednocześnie najtrudniejsze, ale i najciekawsze w całym procesie.

 1 dominik krzysztofik wystawa

MW: Podoba mi się różnorodność, którą udało ci się uchwycić. 

DK: Kult konkretnego ciała to problem naszych czasów. Wszyscy powinni być wysportowani, szczupli, tacy lub tacy, a tak naprawdę ludzie są różni i właśnie to chciałem ukazać. Kobiety nie dzielą się tylko na supermodelki i dziewczyny, które siebie nie akceptują. A tym drugim warto uświadamiać, że są atrakcyjne. Wydaje mi się, że pozowanie trochę tak działa. Trzeba się otworzyć, żeby pokazać swoje ciało, pozwolić patrzeć na nie obcemu facetowi. Widząc namalowany obraz, dziewczyny stwierdzają, że nie wyglądają tak źle, jak sądziły. Cieszę się, jeśli którejś z nich pomogłem.

Obserwuję, jak ludzie dążą do bycia idealnymi, chociaż sami nie wiedzą dlaczego. Chodzą na siłownię, postanawiają super zdrowo jeść. Jasne, to jest ważne, ale nie najważniejsze w życiu. 

 

MW: Skąd u ciebie taka świadomość?

DK: To chyba kwestia tego, czego oczekujemy od życia. Nikt mnie nie uczył, że nie wolno śmiać się z grubych dziewczyn, ale wychowano mnie w przekonaniu, że wygląd to tylko dodatek. Wiem, że zawsze się tak mówi, ale dla mnie naprawdę najcenniejsze jest wnętrze. W związkach chodzi o duchowe połączenie, poczucie, że jest ci z kimś najlepiej na świecie. Nigdy nie szukałem „ładnej dziewczyny na chwilę". Dla mnie ważna jest osoba i jej dusza. Trzeba być wrażliwym na to, że może podobać się wiele rzeczy. Nie tylko ciało.

 

MW: Czułość jest także częścią miejskiej tkanki. Zostawiłeś ślad nie tylko na płótnie.

DK: Czułość na murach przypomina kolorystycznie tę z płócien, ale jest bardziej graficzna. Identyfikuję się ze street artem. To typowa opowieść o chłopcu, który malował non stop. Dorastając, chciałem wkroczyć w to na poważnie, ale nie wiedziałem jak, nie miałem jeszcze warsztatu. Jako dziecko byłem zachwycony graffiti, ale nie miałem pojęcia z czym to się wiąże. Trzeba dużo trenować, wykonywać prace w nocy (bo street art jest nielegalny), być bardzo dobrym technicznie i działać szybko. Na początku używałem tego medium, by wysyłać komunikaty. Świadomie ukazywałem luki w systemie, antywzorce zachowań, bo czułem, że to ważne. Za pomocą sztuki ulicznej zmuszasz ludzi, żeby coś dostrzegli. Bez względu na to, czy tego chcą.

Nie sądziłem, że kiedykolwiek będę malował linią albo nie mieszał kolorów. Dawniej wydawało mi się to niepoprawne. Wychowałem się na realistycznym podejściu do malarstwa, oglądałem prace klasyków, mama zabierała mnie do Muzeum Narodowego. Później zrozumiałem, jak działają kolory i światło. Dzięki temu, że przyswoiłem podstawy, dzisiaj mogę geometryzować formy i używać symboli ze świadomością, że zostaną odczytane. Odbiorca dostrzega kształty, rozpoznaje kobietę, a później skupia się na tym, co czuje i dlaczego. 

 

MW: Pozwól, że otworzę szufladkę. Dlaczego nie jesteś polskim Banksym?

DK: Bo bardzo tego nie chciałem, chociaż bywałem tak nazywany. Kiedy malujesz prace dotyczące problemów na świecie, w kraju czy ogólnie międzyludzkich to jesteś identyfikowany z Banksym. Ale Banksy jest jeden i maluje po swojemu. Jasne, że bycie porównywanym z najbardziej znanym graficiarzem na świecie jest nobilitujące, ale po chwili się przejada. Bo nikt nie zwraca uwagi na to, co i w jaki sposób namalowałeś. Ignoruje się fakt, że możesz mieć własny kierunek malarski. 

 

MW: Skąd czerpiesz inspiracje?

DK: Inspirują mnie różni artyści i ich sposób malarstwa. Zgłębiam ten temat, rozwijam i dochodzę do własnych wniosków, łącząc na pozór różnych twórców. Kiedy stwierdzam, że coś jest bardzo dobre, szukam w tym czegoś dla siebie. Pomysł, że obraz musi w pewnym stopniu grać sam ze sobą, zaczerpnąłem od Gerharda Richtera. Polega to na działaniu wyłącznie kolorem: obserwowaniu, jak się zmienia, zdrapywaniu go, domalowywaniu. To według mnie najwyższy stopień tego, jak można odbierać malarstwo. Widzimy pozornie niezaplanowany proces, który ostatecznie jest świetny kompozycyjnie. Wykorzystałem to, żeby przedstawić ciało w bardzo płynnie zmieniających się kolorach - kilka warstw farby, które ścieram, poprawiam, spłukuję. Rozcieńczam spray, żeby zrobić łagodne przejście, uzyskać światłocień bez dokładnego wymalowywania farby. Wydaje mi się, że nikt tak nie robi. 

Drugą ważną dla mnie postacią jest Jean-Michel Basquiat, którego kiedyś nie rozumiałem i krytykowałem za niedokładność. Dopiero wnikając głębiej w jego twórczość, zrozumiałem, że te pozornie niechlujne prace mają niepowtarzalny, charakterystyczny styl, którego nie uzyskał nikt. Wtedy sam zacząłem sprawdzać, jak działa forma, linia, kształt i gest.

Głównie jednak skupiam się na uczuciach - na tym, jak je wyrazić za pomocą patentów malarstwa. 

 

MW: Myślisz, że ciało w kulturze i sztukach wizualnych może nieść komunikaty? Być środkiem przekazu?

DK: Nagie ciało działa na nas zupełnie inaczej. Szczególnie widziane bezpośrednio, bo to na ekranie jest z jednej strony oswojone, z drugiej - wydaje się nierzeczywiste. Ludzie odbierają ciało bardzo emocjonalnie. Poza tym jest ono po prostu idealną formą, którą chcemy wykorzystywać plastycznie: układ ciała, szkieletu, proporcje. Już samo to jest trudne, a chodzi też o oddanie ekspresji. To obszerny temat, który można studiować całe życie i nigdy nie dobrnąć do końca. Myślę, że ciało jest bardzo ważnym środkiem przekazu.

 

MW: Jak się czujesz w momencie, w którym modelka patrzy na gotowy obraz?

DK: Jest to dla mnie trudna chwila. Mam tak ze wszystkimi pracami. Nauczyłem się jednak, że skoro coś zrobiłem, to muszę być do tego przekonany. Mogę ewentualnie o tym podyskutować. Odbiorcami sztuki są jednak nie tylko ludzie związani z ASP, ale też tacy, którzy mogliby mi zarzucić, że nie namalowałem niczego konkretnego i oni też by tak potrafili. A przecież, żeby wymyślić nawet najprostszą rzecz, trzeba przejść długi proces - studiować, badać, inspirować się.

 

 2 dominik krzysztofik wystawa

Dominik Krzysztofik "DK" – malarz

Urodzony w 1995 roku, student Wydziału Wzornictwa ASP w Warszawie. W swojej twórczości posługuje się malarstwem olejnym, akrylowym oraz technikami mieszanymi, wywodzącymi się ze street artu. Twórca realizacji wielkoformatowych. Jest laureatem I nagrody w Mazowieckim Konkursie na Komiks 2014.

Prace DK’a były wystawiane między innymi w warszawskiej galerii Street Artu, WAWA BLA BLA oraz klubokawiarni Bez Krępacji.

Na obecnym etapie jest w pełni oddany malarstwu sztalugowemu, w którym łączy tradycyjne techniki z różnorodnymi zabiegami z pogranicza graffiti, dzięki czemu uzyskuje wyjątkowy efekt na płótnie, co jest wyróżnikiem jego unikatowego stylu.

 

*link do wydarzenia na Facebook'u

Fanpage DK

Instagram enter The Room

Sorry something went wrong. Here is the possible list of errors:

  • Error loading user profile items