Selfie-feminizm, zamiast stać się użytecznym narzędziem do rozpuszczania patriarchalnych struktur, podzielił feministki. To nic nowego. Kiedy Carolee Schneemann, Laurie Simmons, Francesca Woodman czy Joann Semmel w swoich praktykach artystycznych korzystały z ciała lub powtarzały mechanizmy pornografii, już w latach siedemdziesiątych musiały przebijać się przez falę kobiecej krytyki. Kilkadziesiąt lat później nadal nie potrafimy znaleźć wspólnego języka, którym mogłybyśmy solidarnie projektować nowe pole postrzegania kobiet. 

Dzisiaj faktycznie zmieniły się narzędzia. Głównym polem walki o odzyskiwanie prawa kobiet do zarządzania (a więc również eksponowania) swoim ciałem stał się internet wraz z wizualnymi mediami społecznościowymi.

Selfie-feminizm miał być narzędziem emancypacji w sferze cielesności. Ciało jako to, które w sferze publicznej funkcjonuje jako ukryte pod ubraniem, odsłonięte i przeniesione w pole widzenia w świadomym geście sprzeciwu, może mieć potencjał emancypacji na polu igrania z władzą. Władza uosabia się tutaj w postaci męskiego spojrzenia (które jest zawsze z nią powiązane), uruchamiającego proces postrzegania i oglądania. Stawką w takich działaniach jest odzyskanie podmiotowości nagiego przedstawienia, poprzez myślenie, że jeśli świadomie wystawiam się na spojrzenie, zneutralizuję jego opresyjność. Przez to uproszczenie mechanizm nie zawsze działa. Nową przestrzenią publiczną jest internet. Pojawienie się w niej – nawet w świadomym geście – nagiego ciała, będzie tym samym co wyjście bez ubrania na ulicę. Jako gest sprzeciwu wobec władzy – emancypacyjny i podmiotowy – działa w świadomości. W praktyce – niekoniecznie.

Problem z męskim spojrzeniem nie jest problemem natury – mężczyzna ogląda i pożąda, bo i tak będzie to robił, nieważne ile kontekstów zbudujemy i jak bardzo sproblematyzujemy nagie selfie. Problem z męskim spojrzeniem polega na tym, że zostało na tyle zneutralizowane, że już – jako kobiety – przyjmujemy tę samą perspektywę, patrząc na siebie spojrzeniem mężczyzny. Głównie przez to ciała, które przywykłyśmy oglądać w przestrzeni internetu to zazwyczaj ciała perfekcyjne, generujące u innych dziewczyn pytania: czy mogę, jeśli chcę, pokazać swoje nagie ciało, które nie współgra z kanonem? Albo mówiąc wprost: czy mam prawo rozebrać się na Instagramie, jeśli nie noszę rozmiaru XS? Jeśli mam rozstępy? Choruję na bielactwo? Jestem czarna i mam świadomość kulturowego wpisania mojego ciała w kontekst – z gruntu – erotyczny? Jako dziewczyny, nie znamy, bo nie zostałyśmy nauczone, własnego kobiecego patrzenia i z tej struktury bardzo trudno jest wyjść. Przed nami ciężkie zadanie. Kulturowo znamy mechanizmy męskiego patrzenia i jego konsekwencje. Potrafimy poddać je krytyce, ale nadal same się nim oglądamy. Może krokiem do emancypacji w pierwszej kolejności nie byłoby odzyskiwanie ciała, ale odzyskanie spojrzenia?

Naprzeciw temu porządkowaniu pola widzenia według kanonów doskonałości wychodzi artystka Iiu Susiraja i nawet nie zdejmuje w tym celu ubrania. Artystka – kobieta w średnim wieku, ze sporą nadwagą fotografuje siebie wchodzącą w relację z rzeczami – stoi na wprost obiektywu, patrzy w niego smutnym spojrzeniem, a na jej piersiach wiszą rajstopy. Zabawne? Artystka celowo tworzy groteskowe obrazy, a jako pożądaną reakcję na swoją twórczość wymienia konsternację. Jeśli ktoś pokazuje, że tworzenie wizerunków, autoportretów czy robienie selfie jest w jakiś sposób emancypujące, to właśnie ona. Nie sztuką jest przecież sfotografować piękne i młode ciało, ale wpisać ciało w kontekst, który daje nam poczucie wolności. Dla Susiraji wolnością jest zabawa, relacja ciała i rzeczy, dlatego zazwyczaj o tym są jej performansy.

1 instagram dziewczyny na instagramie

Nauczone patrzeć na siebie spojrzeniem mężczyzn nie zawsze czujemy się swobodnie oglądane bez kulturowego retuszu. Ten współczesny nurt instagramerek, który opisuje jego polska przedstawicielka (i prekursorka), artystka i krytyczka Zofia Krawiec, w przeciwieństwie do działań Iiu Susiraji, nie koncertuje się na afirmacji poprzez przedstawienia groteskowe. To konfesyjność, ekshibicjonizm emocjonalny w obrazie. Nie należy jednak całkowicie utożsamiać go z narcyzmem lub egzaltacją. Molly Soda, Petra Collins, Mary Rosenberg i w końcu twórczyni „teorii smutnej dziewczyny” Audrey Wollen, to młode i piękne dziewczyny, które w mediach społecznościowych próbują realizować i odzyskać prawo do przeżywania. Niekoniecznie poprzez ciało (chociaż również), ale raczej przez wpisywanie swojego wizerunku w konwencję, chcą polemizować i obalać myślenie o tym, że w przestrzeni publicznej nie ma miejsca na emocje, smutek i chorobę. Co ostatecznie – przez medium, którego używają – kończy się na projektowaniu obrazów. Nie znosi opozycji wewnętrzne/zewnętrzne, ale ją ujawnia, bo te wszystkie czynniki mają wpływ na to jak wyglądamy. W geście sprzeciwu wobec konieczności bycia #happygirl albo nieistnienia w przestrzeni publicznej wcale, publikują smutne selfie z rozmazanym makijażem lub twarzą mokrą od łez. Taka konfesyjność w mediach społecznościowych jest emancypująca o tyle, że rozbija oczekiwania i – w inny sposób niż Susiraji – wprowadza oglądającego w konsternację. Pytanie, na które odpowiadają ich profile społecznościowe jest z gruntu banalne: dlaczego, skoro jestem smutna, chora lub w depresji, muszę prezentować światu inny wizerunek albo się przed nim ukrywać? Jest to o tyle ważne i wpisane w codzienność, że każda z nas może się z tym utożsamić. Tutaj realizuje się jeszcze jedna ważna sytuacja – dziewczyny płaczącej przy innych dziewczynach. Ujawnianie wizerunku smutnej dziewczyny może być emancypujące w kategorii publikowania tego, co dotychczas pisałyśmy w pamiętnikach. Wytwarzania dziewczyńskiej solidarności, w której razem stajemy przeciw światu i przeciw mechanizmom, w które wtłoczył nas patriarchat. Ciekawe jest, że w przypadku wspomnianych artystek-instagramerek znacząca większość obserwujących ich profile to kobiety. Zbyt długo potrzebowałyśmy zgody na to, żeby móc płakać publicznie, aby całkowicie przekreślać takie praktyki. Nie chodzi o to, że nie można im nic zarzucić, ale zostawiając kwestię spojrzenia, jest to gest dziewczyn dla dziewczyn. Wytwarzanie się kobiecej siły, przynajmniej wewnątrz afirmatorek selfie-feminizmu. To nie tylko samo zdjęcie, ale proces, który uruchamia. Kiedy publikowałam pierwsze selfie odsłaniające fragmenty nagiego ciała na swoim Instagramie nie myślałam o tym, że robię to, bo moje ciało jest piękne, tylko dlatego, że moje ciało to ja. Poprzez nie komunikuję to, co przeżywam, i staram się nawiązać z nim relację, mając świadomość, że nigdy nie ucieknę od ciała, czy je akceptuję czy nie. Czasami warto zredukować pole patrzenia do siebie. Dlatego właśnie SELF(ie) feminizm to przede wszystkim praktyki dla siebie.

2 instagram dziewczyny na instagramie

Selfie-feminizm byłby zresztą dobrym narzędziem do walki z opresyjnym kanonem idealnego ciała i myślenia o nim jako o czymś zawsze zewnętrznym, naszym, ale nie należącym do nas. Zadziałałby, gdyby ciała, eksponowane w geście emancypacji były ciałami, które tego kanonu nie potwierdzają (jak chybiona akcja instagramowa z hashtagiem #FeministsAreUgly). W taki sposób robi to chociażby Lena Dunham, twórczyni serialu „Dziewczyny”. Ciało, które nie jest klasycznie piękne, nadal może stać się obiektem erotycznego spojrzenia – i pewnie nim jest. Ale jest też emancypujące w postaci przepisywania pewnego kanonu, z którym przecież, jako feministki, również walczymyJeśli miałabym wskazywać na wartość selfie-feminizmu, to byłaby największa, jako próba rozpuszczenia patriarchalnej opresji dzielenia na ładne-brzydkie. I wcale nie chodzi o głoszenie truizmów w postaci „wszystkie jesteśmy piękne”, ale raczej pozbądźmy się kategorii piękna jako wartościującej, a zostawmy ją jako estetyczny zachwyt. Richard Kern fotografuje dziewczyny #bezretuszu. Nie potrzebuje narzędzi obróbki, ponieważ rozstępy czy cellulit traktuje jako naturalne zmiany zachodzące w ciele, a nie niedoskonałość, która musi być ukryta pod ubraniem.

W polu sztuki tradycja używania ciała do walki z patriarchalną opresją jest tak wiekowa jak pierwsze feministyczne działania. Cosey Fanni Tutii w takim samym performatywnym geście w latach 70. rozbierała się dla magazynów pornograficznych. Współcześnie taką artystką byłaby Leah Schrager – która pozuje powtarzając gesty znane z przedstawień pornograficznych, ale korzysta z możliwości, jakie daje obróbka fotografii i technika kolażu do tego, aby takie przedstawienia – często infantylnie – estetyzować. W 2015 roku, wraz z Jennifer Chan, zrobiła wystawę-online, do której zaprosiła artystki, które, tak jak ona, korzystają z narzędzi internetowych do eksponowania ciała w ramach wyjmowania go z zawłaszczonego przez patriarchat i kapitalizm kontekstu. „Body Anxiety” jest o odzyskiwaniu ciała poprzez jego performatywne używanie i umieszczanie w sieci. Wystawę opisuje cytat Ann Hirsch: „Gdziekolwiek umieścisz swoje ciało, w pewien sposób wchodzisz w dialog z pornografią…”. Ta wystawa to krok dalej niż media społecznościowe (chociaż część artystek działa również na Instagramie), a praktyki, które przedstawiły kuratorki, to działania w polu rozszerzonym. Być może bardziej świadome konceptualnie. Saoirse Wall wideo zatytułowane „nudes” kręci telefonem w miejscach publicznych – filmuje swoje odbicie w szybie, kiedy zdejmuje majtki w bibliotece, i w lustrze, przyjmując erotyczne pozy w publicznej łazience lub mierząc płaszcz na środku sklepu. Wysyła w ten sposób komunikat: i tak chcecie zobaczyć mnie rozebraną, dotykającą się, więc ułatwię wam to zadanie i zacznę to robić na waszych oczach. I dalej: jak się z tym czujecie? Czy naprawdę chcieliście to zobaczyć?

Mary Bond tworzy stronę internetową autodissociate.me, na której publikuje swoje, najczęściej nagie lub półnagie zdjęcia zrobione internetową kamerką, opatrzone komentarzami internautów. Fotografuje się codziennie, w zależności od dnia, nastroju, jej ciało performuje inne znaczenia. Całość stanowi wizualny zapis jej stanów wewnętrznych, które ujawniają się poprzez to, co widoczne na zewnątrz – gesty, mimikę, ale też przestrzenie, w których przebywa.

Faith Holland umieszczała swoje filmy w popularny serwisie erotycznym RedTube. Z porno, którego raczej się tam spodziewamy, mają niewiele wspólnego. Rozbiera się, ale wszystko to, co potencjalnie mogłoby interesować poszukujących treści w tego rodzaju witrynach, jest ukryte poza kadrem. Holland czasem wykonuje fetyszystyczne gesty, takie jak lizanie kamery. W innym wideo, na tym samym portalu, goli nogi, a w kadrze widzimy tylko jej pokryte pianką do depilacji łydki. Jak się okazuje, przestrzeń internetu to pełne pole do legitymizowania patriarchalnych narzędzi, ale jednocześnie ma ogromny potencjał, żeby z tych narzędzi korzystać z nich subwersywnie.

3 instagram dziewczyny na instagramie

Artystki, zarówno wpisujące siebie w kontekst selfie-feminizmu, jak i wykorzystujące narzędzia performatywne do odzyskiwania podmiotowości, mają ten sam cel. Wiedzą, że drogą do wygrania z opresją spojrzenia jest jego ujawnienie. Wskazanie palcem i zawołanie: „wiem, że patrzysz i wiem, w jaki sposób patrzysz, to ci pokażę”. Często jest to moment, w którym selfie przestaje być narzędziem narcystycznego wyrażenie siebie jako przedmiotu oglądu, skupiając się na sobie jako podmiocie własnych doświadczeń. Wykorzystują swoje ciała do komunikacji ze sobą. Kiedy W.J.T. Mitchell, badacz kształtującej się w latach 90. kultury wizualnej, zmieniał myślenie o obrazach i poszukiwał podmiotowości wizerunków, zadawał pytanie: czego chcą obrazy? I pytanie o selfie-feminizm poszukiwałoby podobnej odpowiedzi. Tylko obrazy same nie wiedzą, czego chcą i może dlatego selfie-feminizm nadal dzieli feministki.  

4 instagram dziewczyny na instagramie

Fot. materiały prasowe, Instagram

Wybór Enter The Room

Instagram enter The Room

Sorry something went wrong. Here is the possible list of errors:

  • Error loading user data