Fot. Monika Szwed

Dwie przyjaciółki, które stoją za restauracjami MOD i Reginą, czyli warszawskimi lokalami przyciągającymi nie tylko pysznym jedzeniem, lecz także wyjątkową atmosferą. Rozmawiamy z Kamą i Patrycją o przyjaźni, dziewczyńskim biznesie i przepisie na sukces

Paulina Klepacz: Jesteście przyjaciółkami, prowadzicie wspólny biznes. Zacznijmy od historii waszej przyjaźni!

Patrycja Jaskólska: Znamy się od 14 lat, od gimnazjum, poznałyśmy się w naszym rodzinnym mieście Chrzanowie. I tak naprawdę od początku zamiast wspólnych rozmów o chłopakach, myślałyśmy o tym, co możemy razem zrobić, podchodziłyśmy do przyjaźni dość przedsiębiorczo (śmiech).

Kamila Mroczkowska: Od początku łączyła nas podobna emocjonalność i wspólne wizje. Nigdy się nie kłóciłyśmy. Choć, co ciekawe, wizualnie bardzo się różnimy i podobają nam się różne rzeczy.

Patrycja Jaskólska: Z naszą przyjaźnią kojarzą mi się też podróże – tak naprawdę wszystkie większe zagraniczne odbywałyśmy wspólnie. Kiedy poszłyśmy na studia – a wybrałyśmy zupełnie rożne kierunki – zamieszkałyśmy razem w Krakowie. W tym czasie miałyśmy jednak totalnie oddzielne życia, natomiast łączyła nas chęć pojechania wspólnie do Nowego Jorku. Obydwie chciałyśmy odkryć to miasto, żyć jak lokalsi a nie jak osoby, które przyjechały na wycieczkę i po dwóch tygodniach wracają. Pamiętam pierwszy dzień studiów, kiedy spotkałyśmy się po inauguracji i swoje słowa: „Ej, nie podoba mi się, może byśmy wyjechały?”.

Kamila Mroczkowska: Wszyscy mówili nam jednak, żebyśmy skończyły studia i choć co roku nosiłyśmy się z pomysłem wzięcia dziekanki, w końcu rzeczywiście te studia licencjackie skończyłyśmy. Ja zaczęłam kolejny licencjat, Patrycja magisterkę, ale pojawił się pomysł, żebyśmy wreszcie wyjechały do Nowego Jorku. Patrycja wzięła więc indywidualny tok nauczania, ja przerwałam studia i pojechałyśmy. W Krakowie było czuć wtedy taki depresyjny, powolny, zimowy klimat – stwierdziłyśmy, że czas na zmianę.

Patrycja Jaskólska: Wyrobiłyśmy wizy, sprzedałyśmy nasze krakowskie meble, kupiłyśmy bilety. Pamiętam, jak moja mama przyjechała z Monachium i powiedziała: „Boże, dziecko, ty na pewno nie wrócisz z tych Stanów”. „Mamo! Przecież wrócę, ja chcę tutaj w życiu coś robić”.

 

Aleksandra Nowak: I rzeczywiście wróciłyście. A Nowy Jork zainspirował was do stworzenia biznesu, który obecnie prowadzicie. Wcześniej miałyście plany, co chcecie robić po studiach?

Patrycja Jaskólska: Miałyśmy swoje indywidualne plany. Gdy przyjechałam do Warszawy, bardzo chciałam pracować w Dzień Dobry TVN jako dziennikarka, wzięłam udział w rekrutacji, ale się nie dostałam. Z perspektywy czasu cieszę się, że tak wyszło – nie wiem, czy taka praca by mnie uszczęśliwiała. Jednocześnie zawsze myślałyśmy też z Kamą o tym, co mogłybyśmy zrobić razem. Wiedziałyśmy, że mamy dużo wspólnej kreatywnej energii i trochę szkoda było nam to zaprzepaścić.

Kamila Mroczkowska: Ja skończyłam filologię angielską, ale nigdy nie chciałam uczyć ani robić czegokolwiek bezpośrednio związanego z tym kierunkiem. Wybrałam go jako back up, taki bezpieczny plan, że jeśli coś mi nie w życiu nie wyjdzie, zawsze mogę być panią od angielskiego. Marzyłam jednak, aby zajmować się czymś bardziej kreatywnym.

1 mod regina 

Fot. Krystian Lipiec

Paulina Klepacz: Ale najpierw był upragniony Nowy Jork.

Patrycja Jaskólska: Wyjechałyśmy zupełnie bez planu. Miałyśmy po 600 dolarów w kieszeni i nie wiedziałyśmy, co będziemy robić, jak będziemy żyć czy znajdziemy pracę. Na szczęście na 3 dni przed wyjazdem, kiedy nadal nie miałyśmy mieszkania, spadła nam z nieba nasza koleżanka, która pisała pracę magisterską o ortodoksyjnych Żydach w Nowym Jorku. Dała nam kontakt do pani Ani, która tam mieszkała i miała pokój do wynajęcia. Co zabawne, w Krakowie też przejęłyśmy pokój po Ani, tak naprawdę cały czas ludzie odstępują nam swoje miejsca (śmiech). Pani Ania była dla nas jak taka amerykańska mama, może ze względu na to, że tęskniła za dziećmi, które zostawiła w Polsce. To właśnie ona pomogła nam znaleźć pracę u ortodoksyjnych Żydów. Efekt był taki, że wszystkie zarobione pieniądze przejadałyśmy – spędzałyśmy czas w restauracjach. Mocno nas to wciągnęło i wtedy właśnie spróbowałyśmy pierwszych donutów i postanowiłyśmy robić je w Polsce.

Kamila Mroczkowska: Nie był to jednak gotowy plan na biznes. Najpierw myślałyśmy o założeniu agencji reklamowej, ale doszłyśmy do wniosku, że nie mamy wystarczającego doświadczenia, kontaktów w Warszawie. Myśli, co chcemy robić, wciąż kłębiły nam się w głowie. Natomiast w gronie znajomych mieliśmy takie spotkania kulinarne, gotowaliśmy wspólnie kolacje, często były to kolacje tematyczne związane z jakąś podróżą – np. gdy Pati wróciła z Meksyku, przyrządzaliśmy potrawy meksykańskie. I kiedyś zaczęłyśmy na te spotkania robić właśnie donuty, wzorowane na tych, które jadłyśmy w Nowym Jorku, i wszyscy byli nimi zachwyceni. Wrzuciłyśmy ich zdjęcia na Instagram i ludzie zaczęli się nimi interesować, potem zaczęłyśmy też sprzedawać je w kawiarni My’o’my. Tam spróbowała ich Gosia Minta i zrobiła z nami wywiad. Później trafiłyśmy do Dzień dobry TVN i już nie mogłyśmy się z tego robienia pączków wykręcić, bo nagle zaczęło pisać do nas mnóstwo osób z prośbą o upieczenie ich na urodziny, śluby itp. Wszystko piekłyśmy we własnej lub w wynajętej kuchni. Stwierdziłyśmy, że trzeba to wreszcie jakoś ogarnąć. Musiałyśmy skądś wziąć pieniądze na rozruch i tak znalazłyśmy program „Gotówka na start”. To w jakimś stopniu wsparło nasz biznes, ale tak naprawdę to by nie wyszło, gdyby nie fakt, że miałyśmy ogromy zapał, żeby coś stworzyć. Poza tym nasz przyjaciel i zarazem nasz szef kuchni Trisno Hamid powiedział, że wystarczy nam 30 tysięcy na start i my mu uwierzyłyśmy (śmiech). Trisno tak nam doradził, bo myślał, że będziemy sprzedawać pączki w małej budce, a my chciałyśmy lokalu, który będzie wyglądał jak nasz dzisiejszy MOD.

 

Paulina Klepacz: Jak wybrałyście miejsce na MOD? Kiedy zaczynałyście, ulica Oleandrów jeszcze nie była tak popularna jak dziś.

Kamila Mroczkowska: Faktycznie, zaczęło się od Małego piwka, później powstało Oleandrów 3, a następnie nasz MOD. Zakochałyśmy się w tej ulicy z rzemieślniczymi tradycjami i koniecznie chciałyśmy działać w tej lokalizacji.

Patrycja Jaskólska: Przez pół roku obeszłyśmy całą ulicę, sprawdzając każdy lokal. Aż w końcu zaprzyjaźniona dusza, inna pani Ania, szepnęła nam, że zwalnia się tutaj lokal, pomogła w negocjacjach i go wynajęłyśmy. To zabawne i aż magiczne, że w naszym życiu było tyle kobiet, które nam pomogły.

Kamila Mroczkowska: W końcu znalazłyśmy więc lokal, który jednak był za duży, byśmy utrzymały się w nim ze sprzedaży pączków. Szczęśliwie także Trisno szukał wtedy pomieszczenia dla siebie. Stwierdziliśmy, że wynajmiemy przestrzeń wspólnie, podzielimy ją ścianą, zrobimy osobne wejścia. Właściciel absolutnie nie chciał się na to zgodzić i mówił, żebyśmy stworzyli jedno miejsce. Nam ten pomysł wydawał się absurdalny. Pączki i ramen? Zupełnie tego nie czułyśmy, na początku myślałyśmy o lokalu we francuskim klimacie – chciałyśmy odpowiadać za donuty, kawę, a wieczorem serwować wino i jakieś lekkie sałatki. W końcu jednak znalazłyśmy lokal po drugiej stronie ulicy, w którym finalnie zaczęliśmy serowować ramen i pączki. Na początku karta dań była zresztą bardzo mała – dwa rameny, kilka potraw. Nie miałyśmy doświadczenia z pracą w restauracji, więc wszystkiego uczyłyśmy się od podstaw.

 

Aleksandra Nowak: MOD przyciąga też wystrojem. Same za niego odpowiadałyście?

Kamila Mroczkowska: MOD zaprojektowałyśmy same. Wtedy nawet nie przyszło nam do głowy, że można skorzystać z pomocy architekta wnętrz. Miałyśmy bardzo konkretną wizję tego miejsca. Same wywoziłyśmy gruz, malowałyśmy wnętrze, wybierałyśmy meble. Radziłyśmy się przyjaciół w kwestii doboru materiałów, bo to była dla nas totalna nowość.

Patrycja Jaskólska: Z Reginą było już trochę inaczej – co prawda wnętrze też projektowałyśmy same, ale do remontu zatrudniłyśmy profesjonalną firmę. Wbrew pozorom wydaje mi się jednak, że nad wystrojem MOD-u lepiej nam się pracowało, bo wszystko ustalałyśmy na bieżąco podczas kolejnych etapów remontu same. Zresztą ogrom lokalu, w którym stworzyłyśmy Reginę trochę nas przerósł, przychodziły nam do głowy najróżniejsze, często niespójne pomysły – dziwne tapety, marmury, brokat, róż...

 

Aleksandra Nowak: Ale ostatecznie wystrój Reginy ma w sobie to coś – uwielbiam szczególnie te dwie kameralne sale na górze, nawet organizowałam u was moje poprzednie urodziny.

Patrycja Jaskólska: W Reginie jest coś takiego, że świetnie sprawdza się na takie właśnie imprezy, mamy ich mnóstwo co weekend. Czasami „sto lat” rozbrzmiewa na górze i na dole w tym samym czasie (śmiech).

 

Paulina Klepacz: Myślę, że to efekt tego, że oba wasze miejsca mają w sobie jakąś naturalność. Jest dobre jedzenie, fajny wystrój, dogodne lokalizacje, a przede wszystkim przyjazny klimat. Jak udało wam się go wyczarować?

Kamila Mroczkowska: Długo się nad tym zastanawiałam i myślę, że ten klimat wynika z tego, że dbamy o te miejsca na co dzień, troszczymy się o każdy szczegół, spędzamy w nich czas jak w drugim domu. W Polsce wiele restauracji zakładają ludzie, którzy po prostu mają pieniądze i chcą je jakoś zainwestować, ale ci właściciele nie prowadzą swoich miejsc, nie odwiedzają ich codziennie, są nastawieni przede wszystkim na zysk. Myślę, że goście odczuwają tę różnicę.

Patrycja Jaskólska: Wydaje mi się, że zyskujemy też na tym, że same prowadzimy media społecznościowe, mamy więc bezpośredni kontakt z klientami. Poza tym przeniosłyśmy do naszych restauracji gościnność z naszych domów. Wcześniej organizowałyśmy wspomniane spotkania kulinarne, teraz nasze życie towarzyskie przeniosło się tutaj. I rozszerzyło, bo cały czas poznajemy w naszych restauracjach nowych ludzi.

Kamila Mroczkowska: Mamy też dużo idei, które chcemy przekazywać. Ważne jest dla nas, aby obsługa była bezpośrednia i zarazem profesjonalna, żeby to byli młodzi ludzie, którzy też kochają dane miejsce i lubią pracować ze sobą nawzajem. Zawsze chciałyśmy też sprzedawać wszystko najtaniej, jak to jest możliwe. Co nie jest łatwe przy zachowaniu wysokiej jakości, która dla nas jest najważniejszym wyznacznikiem. Dodatkowo czynsze w Warszawie są wysokie i trzeba jakoś lokal utrzymać. Kiedy zakładałyśmy MOD, miałyśmy po 23-24 lata i chciałyśmy, żeby dziewczyny w naszym wieku mogły sobie pozwolić na zamówienie tego, na co mają ochotę.

2 mod regina 

Fot. Krystian Lipiec

Aleksandra Nowak: Szczególnie w Reginie czuć wyraźnie dziewczyński klimat.

Kamila Mroczkowska: Nie planowałyśmy tego, ale po jakichś dwóch miesiącach od otwarcia Reginy uświadomiłyśmy sobie, że to miejsce zdecydowanie przyciąga dziewczyny i że również złożyło się tak, że prawie cały personel składa się z dziewczyn. I nic dziwnego, bo patronką tego miejsca w końcu jest Regina – super kobieta!

Patrycja Jaskólska: Regina to prawie 90-letnia pani, ortodoksyjna Żydówka, którą poznałyśmy w Nowym Jorku. Na Brooklynie to ona rozdaje karty, decyduje, kto ma pracę. Bardzo przedsiębiorcza, z mocnym charakterem, a jednocześnie ogromnie ciepła osoba.

Kamila Mroczkowska: Gdy tylko przyjechałyśmy do Stanów, pani Ania kazała nam zadzwonić do Reginy i następnego dnia zaczęłyśmy pracę po 12–13 godzin dziennie. Manhattan zobaczyłyśmy więc dopiero po jakichś dwóch tygodniach. Regina delegowała nas do opieki nad dziećmi, sprzątania, gotowania.

Patrycja Jaskólska: Do dziś pamiętam jej białą perukę afro i kombinezon zapinany przez środek, w kolorowe wzory. To było coś, bo większość ortodoksyjnych Żydówek ubiera się na czarno, ascetycznie, dość smutno. Regina miała w sobie mnóstwo energii, była bardzo zaradna i cały czas dawała nam życiowe porady.

Kamila Mroczkowska: Cała społeczność ortodoksyjnych Żydówek, u których pracowałyśmy zaczęła zresztą traktować nas trochę jak córki. Bardzo się nami interesowały, byłyśmy dla nich też pewnego rodzaju urozmaiceniem, bo większość czasu te kobiety spędzają w domu. Atmosfera była bardzo przyjazna, rodzinna.

Patrycja Jaskólska: Dlatego też wiedziałyśmy, że kiedyś któryś z naszych biznesów po prostu musi nazywać się Regina.

 

Paulina Klepacz: Zastanawiam się, czy powoli rodzi się w was już apetyt na kolejne miejsce.

Kamila Mroczkowska: Apetyt na nowe miejsce rośnie nam, gdy spada adrenalina. A w tym momencie mamy adrenalinę na bardzo wysokim poziomie, odpowiadamy za mnóstwo pracowników i jeszcze nie chcemy ryzykować. Choć z tyłu głowy pojawiają się pomysły, rozmawiamy o tym, jakich miejsc jeszcze w Warszawie nam brakuje.

Patrycja Jaskólska: Właściwie zarówno MOD, jak i Regina powstały w wyniku dostrzeżenia jakiegoś braku, chęci zaspokojenia potrzeb naszych i ludzi, których znałyśmy. MOD powstał w odpowiedzi na ogromne zainteresowanie naszymi donutami, ale i dlatego, że chciałyśmy zrealizować wspólnie pewną wizję. W przypadku Reginy było po prostu tak, że brakowało nam miejsca, do którego mogłybyśmy się wybrać na pizzę i dobry koktajl, poczuć się swobodnie, niezobowiązująco. To było nasze założenie. Znałyśmy fajne pizzerie i fajne koktajlbary w Warszawie, ale brakowało nam połączenia tych dwóch elementów. Natomiast jeśli chodzi o nowe pomysły, to chcemy wydać pierwszą książkę o naszym życiu, która byłaby bardzo kobieca i dedykowana Reginie. Ewa, nasza szefowa baru, miałaby tam rozdział o koktajlach.

Kamila Mroczkowska: I znów byłaby to odpowiedź na pewną potrzebę, bo dostajemy strasznie dużo telefonów z pytaniem, jak zrobić dany koktajl. Brakuje fajnie wydanych książek z przepisami na drinki, a jeśli już takie są, to powstają głównie z myślą o mężczyznach. My chcemy pokazać bar pod dowództwem kobiety i mixologię w dziewczyńskim wydaniu. 

Aleksandra Nowak: Super pomysł! Czekamy!

3 mod regina

Fot. Krystian Lipiec

MOD / Facebook / Instagram 

REGINA / Facebook / Instagram

Zdjęcia publikujemy dzięki uprzejmości naszych rozmówczyń

Instagram enter The Room

Sorry something went wrong. Here is the possible list of errors:

  • Error loading user profile items