„Jedzenie jest tym, co wszyscy lubią, co łączy ludzi bez względu na różnicę narodowości. Gotowanie to też narzędzie edukacyjne, które mimo wszystko nie ustawia w pozycji bycia pouczanym, nie mówi, co robić, jak się zachowywać” – opowiada Jarmiła Rybicka, założycielka i koordynatorka Kuchni Konfliktu.

Paula Szewczyk: Pamiętasz, od czego się zaczęło?

Jarmiła Rybicka: Pomysł na Kuchnię Konfliktu zrodził się dwa lata temu. Wynikał z naszego przejęcia sytuacją w Syrii oraz chęci wsparcia uchodźców i cudzoziemców w Warszawie. Wtedy klimat wokół uchodźców robił się coraz gorszy, władza w Polsce się zmieniła, a agresja wobec osób o innym kolorze skóry czy wyznaniu rosła z tygodnia na tydzień. Chcieliśmy im pomóc, ale ważne było dla nas, żeby działać lokalnie, oddolnie, żeby robić coś wspólnie z uchodźcami, nie dla nich. Zależało nam jednocześnie na zachowaniu niezależności oraz działaniu długofalowym.

 

Skąd akurat pomysł, by gotować z uchodźcami?

Z rozmów z nimi wynikało, że ich drugim najważniejszym problemem po szukaniu mieszkania jest znalezienie pracy. A przecież to praca daje moc, poczucie sprawczości i kontroli nad życiem. Większość osób, zanim trafiła do Kuchni Konfliktu, spędziła w ośrodkach dla cudzoziemców dwa i pół roku. W tym czasie nie mogli pracować, nawet ugotować sobie obiadu. Byli zamknięci na bardzo małej przestrzeni, bez możliwości działania. Chcieliśmy dać tym ludziom okazję do zrobienia czegoś sensownego, choćby gotowania dań ze swojego regionu. Wydawało nam się, że będzie to fajne, aktywizujące zajęcie, pozwalające przy tym na integrację. Jedzenie jest przecież tym, co wszyscy lubią, co łączy ludzi bez względu na różnicę narodowości. Poza tym gotowanie to też narzędzie edukacyjne, które mimo wszystko nie ustawia w pozycji bycia pouczanym, nie mówi, co robić, jak się zachowywać.

 

Planowaliście, że Kuchnia Konfliktu będzie działać sezonowo?

Od początku chcieliśmy, żeby funkcjonowała na stałe. Jednak kiedy zaczynaliśmy, wszystko działało na wariackich papierach. Pomysł pojawił się w maju, a już w czerwcu mieliśmy foodtrack. To by się pewnie nie udało, gdybyśmy nie zebrali minimalnych środków dzięki crowdfundingowi i dwóm aukcjom sztuki. Nawet zdziwiliśmy się, że spotkały się z tak dużym odzewem, zgłaszali się do nas i młodzi, początkujący artyści, i uznani – jak Sasnal czy Marek Raczkowski. Pomysł wsparcia uchodźców podobał się też zwyczajnym ludziom, pisali do nas, że to świetna inicjatywa, przekazali nam mnóstwo pozytywnej energii. I tak wjechaliśmy nad Wisłę w 2016 roku.

 

Jak znaleźliście i znajdujecie uchodźców oraz obcokrajowców do Kuchni?

Od dawna jestem w kontakcie z organizacjami pozarządowymi zajmującymi się tematyką migracyjną, sama działałam wcześniej w sieci „Wolontariusze dla Uchodźców”, więc kontaktów było sporo. Spotkaliśmy się pierwszy raz w Barze Studio na wspólnym gotowaniu. Każdy, kto przyszedł, proponował jakąś potrawę. Nie wszyscy umieli gotować, niektóre rzeczy wyszły kosmicznie, nawet nie wiadomo było, co to jest. Ale w końcu nie był to casting na kucharza, efekt nie miał aż takiego znaczenia. Zależało nam raczej na poznaniu się, na odkrywaniu potraw i na tym, by wszystkie osoby mogły w swobodnej atmosferze pokazać, co lubią, co potrafią, czego chciałyby się nauczyć. I tak podjęliśmy decyzję, że będziemy wymyślać inne menu na każdy tydzień, przedstawiać kuchnię z różnych regionów. To zabawne, bo niektórzy myśleli, że co tydzień będziemy zmieniać pracowników, by mieć nową kartę. To oczywiście nie tak, przyjęliśmy system, że danego tygodnia gotuje jedna osoba, a pozostali uczą się proponowanych przez nią przepisów. Ostatnio mieliśmy taką sytuację, że dostaliśmy bardzo dużo twarogu. Z Zurą z Czeczenii zastanawiałyśmy się, co możemy z nim zrobić, i przypomniało jej się, że jakiś czas temu Pooja z Nepalu przygotowywała na bazie twarogu placek. Zdecydowała się zmodyfikować nieco jej przepis i nie zmarnowałyśmy sera. Jak widać, taka nauka się wszystkim przydaje i wychodzi na dobre samej Kuchni.

 

Ale Kuchnia Konfliktu to nie tylko gotowanie?

Jeszcze w czasie pracy nad Wisłą wydawaliśmy informator społeczno-kulturalny, który wymyślały osoby z zespołu. Nie chcieliśmy oferować tylko pracy w gastro, ale dawać też możliwość pokazania czegoś od siebie, choćby przedstawienia swojego kraju. Zwykle osoby, które przyjeżdżają do Polski, pochodzą z miejsc, w których toczą się wojny albo w których łamane są prawa człowieka, i o tym właśnie pisały, ale kiedy Foorogh z Iranu miała pomysł, by mówić o współczesnej kinematografii irańskiej, z tym też nie było problemu. Zorganizowaliśmy do tego pokaz filmów dokumentalnych o Iranie, warsztaty kulinarne i rękodzielnicze, bo chcieliśmy, żeby to ze sobą korespondowało. Nad Wisłę przychodziło do nas bardzo dużo ludzi, także przypadkowych. Czasami pozwalało to na interakcję z chłopakami, którzy o pierwszej w nocy szukali kebaba i frytek, a trafiali na menu, z którego nic nie rozumieli, a za ladą widzieli nasz wesoły zespół. Zaczynały się rozmowy, zainteresowanie kwestiami migracji. I o to nam właśnie chodziło – żeby między Polakami a obcokrajowcami dochodziło do dialogu.

 

Zawsze się udawał?

Bywało różnie, ale zwykle kończyło się pozytywnie. Wszyscy nas straszyli, że będziemy musieli zainwestować nie wiadomo ile w zapewnienie sobie ochrony, jednak nie spotkało nas bezpośrednie zagrożenie. Zdarzyło się kilka nieprzyjemnych sytuacji i rasistowskich komentarzy, ale na to byliśmy przygotowani, wiedzieliśmy, jak na chamskie zaczepki będziemy reagować. Nie mieliśmy do dyspozycji nawet gazu łzawiącego, dogadaliśmy się za to z całodobową ochroną z pobliskiego Placu Zabaw, że w razie czego będziemy mogli zadzwonić do nich pomoc.

 

Pracownicy Kuchni boją się mieszkać i żyć w Polsce?

Jeśli tak, większość się do tego nie przyznaje. Za każdym razem, gdy ich zapytasz o Polskę, będą mówić o niej w samych superlatywach i wspominać tylko pozytywne doświadczenia. Mają w tym temacie dość zdrowe podejście. I nawet jeśli usłyszą „wracaj tam, skąd przyjechałeś”, nie reagują, są wyrozumiali, wiedzą, że coś podobnego może zdarzyć się w każdym innym kraju. Większość z nich ma poczucie, że skoro Polska ich przyjęła, nie mogą powiedzieć na jej temat złego słowa. Odczuwają wiele wdzięczności za to, że tu są, a wielu Polaków im bardzo pomogło. Choć kiedy zaczęły się wzmożone ataki na kebaby, niektórzy z zespołu zaczęli się poważnie stresować.

 

Mogli liczyć na opiekę psychologiczną?

Pod tym względem w Polsce jest dramat. Dla uchodźców nie ma żadnego wsparcia – ani systemowego, ani integracyjnego. Jest małe wsparcie finansowe dla tych, którzy ubiegają się o ochronę międzynarodową, ale nauki polskiego, integracji, wsparcia prawnego, psychologicznego czy pomocy w codziennej rzeczywistości, np. podpowiedzi, jak wypełnić PIT albo gdzie iść do lekarza na NFZ, nie dostają wcale. W Warszawie działają raptem trzy organizacje pozarządowe – mogą zaspokoić część tych potrzeb, ale nie są przecież w stanie obsłużyć wszystkich cudzoziemców. Nie mówiąc o tych, którzy mieszkają poza stolicą. Dlatego też kryterium zatrudnienia u nas nie były umiejętności kulinarne, a trudna sytuacja życiowa. Wielu naszych współpracowników albo było na skraju bezdomności, albo borykało się z problemami przemocy domowej, kłopotami zdrowotnymi, rodzinnymi. Tylko niewielka część osób miała stabilną sytuację.

 

Wciąż są niesamodzielni?

Zależy kto. Zura jest w Polsce już od ponad 10 lat, więc wie, że może pójść do fundacji po pomoc, wie, gdzie się udać, żeby ktoś jej pomógł wypełnić PIT. Ale są osoby, które przyjechały do nas kilka miesięcy temu i nie mają pojęcia, co i jak, żadnych przetartych szlaków. W niektórych sprawach mogą liczyć tylko na nasze wsparcie. Chociaż to śmieszne, że ciągle mówię „nasze”, bo Kuchnią Konfliktu zarządzam obecnie sama. Może mówię tak, żeby poczuć, że jest nas więcej. Niestety, tak nie jest. Sama więc dbam o kwestie społeczne i edukacyjne, do tego dochodzi troska o stronę finansową projektu, co mocno absorbuje i wyczerpuje. Jednocześnie trzeba pomagać w szukaniu pracy czy mieszkania, otaczać wsparciem. Czasu na to zostaje niewiele. A bez tego ten projekt nie będzie miał sensu. Jeśli tego zabraknie i zostanie sam biznes, to już nie będzie ta sama Kuchnia Konfliktu. Nie chcę nawet takiej Kuchni.

 

Z czego żyjesz?

Dobre pytanie, chciałabym powiedzieć, że z naszej działalności, ale od grudnia nie wypłaciłam sobie wynagrodzenia, zresztą i tak jest najmniejsze z pensji wszystkich osób, które tu pracują, czyli cudzoziemskich kucharzy. Sytuacja jest ciężka, muszę zatrudnić jeszcze jedną osobę, wtedy będzie trochę lżej.

 

To teraz porozmawiajmy o rzeczach pozytywnych.

Od razu lepiej, pozytywnych jest dużo więcej. Odkąd Kuchnia Konfliktu działa na stałe przy Wilczej od lutego 2018 roku, niektóre osoby zrobiły ogromne postępy, jak choćby Sułtan z Afganistanu. Gdy do nas dołączył, był totalnie niepewny siebie, swoich pomysłów, w ogóle twierdził, że nie umie gotować. Przez ten czas tak rozkwitł i zyskał pewność siebie, że teraz sam wychodzi z inicjatywą. Niedługo samodzielnie będzie szefował Kuchni i tworzył dla niej koncepcje dań, łącznie ze składaniem zamówień na produkty. Już teraz doradza w kwestii przypraw, potrzebnych składników, przychodzi wcześniej do pracy, by przygotować autorski deser. Jak na kogoś, kto jeszcze niedawno wcale nie wierzył w siebie, to ogromny postęp. Mówi nawet, że chciałby otworzyć własny punkt z kuchnią afgańską. Dla mnie to pokazuje w praktyce, czym jest empowerment, wzmocnienie. Możesz nie wierzyć w siebie, ale za jakiś czas sam się odbudować, z powrotem mieć ambicje, marzenia i plany. Pracował z nami też Hamza z Algierii, na początku nie był w stanie samodzielnie znaleźć mieszkania. Trudno było w to uwierzyć, bo mówił biegle po polsku, studiował w Warszawie. Ale tak w Polsce bywa, że kiedy obcokrajowiec pojawia się oglądać pokój, nagle wszystkie oferty są nieaktualne. Zaczęłam na to oglądanie chodzić z nim, żeby wynajmujący nie traktowali go w ten sposób, ale niewiele to dało. Nawet kiedy podczas spotkania było miło, zwykle później wynajmujący nie odbierali telefonów. W tej samej sytuacji była Liza z Dagestanu, raz nawet dogadana już z właścicielem. Ale że nosi hidżab, ostatecznie i to ogłoszenie w ostatniej chwili przestało być aktualne. Dopiero przez koleżankę mojej koleżanki udało się jej wynająć lokum. Wracając do Hamzy, jest dziś zupełnie samodzielny, pracuje jako tłumacz arabskiego, nie potrzebuje już naszego wsparcia. To oznacza, że projekt działa i przynosi realne skutki. Dzięki niemu pracujący w Kuchni ludzie sami mogą odkryć swój potencjał, mają na to przestrzeń. A ja mam poczucie, że to wszystko ma sens.

 

Dużo cudzoziemców chce w Kuchni gotować?

Na tyle dużo, że niestety nie jesteśmy w stanie wszystkich zatrudnić. Dlatego też zachęcam, żeby zakładać więcej Kuchni Konfliktów albo generalnie przyjmować do swoich firm cudzoziemców. Najbardziej łamie mi serce to, że przychodzą do nas osoby, które nie mają pozwolenia na pracę, bo są w trakcie ubiegania się o ochronę międzynarodową i wciąż czekają na odpowiedź z urzędu. Nie mogą pracować na czarno, bo ryzykują deportacją.

 

Ile osób tworzy teraz zespół Kuchni?

W ciągu dwóch lat przewinęło się przez Kuchnię Konfliktu około 20 osób. To niewiele, jak na taki czas, pewnie dlatego, że większość osób długo z nami zostaje, nie dajemy im żadnego limitu. Pracujemy m.in. z kobietą, która jest ofiarą przemocy domowej i ekonomicznej, jest osobą starszą, z problemami zdrowotnymi. Ma zerowe szanse na rynku pracy, w dodatku nie mówi po polsku, jest bardzo nieśmiała i straumatyzowana. Nie moglibyśmy jej zostawić, będzie u nas tak długo, jak zechce.

 

Dlaczego Kuchnia Konfliktu?

Bo serwujemy dania z krajów, które objęte są jakiegoś rodzaju konfliktem. Kiedy zaczynaliśmy, nasuwały się nam przede wszystkim skojarzenia z wojną, ale ten konflikt to też problemy z łamaniem praw człowieka. Pracują u nas np. dwie osoby z Tadżykistanu, w którym nie ma wojny, są za to represje wobec opozycji i dziennikarzy. A my staramy się naszym gotowaniem promować dialog, zwykle mimo barier językowych.

 

Co planujesz dalej?

Myślimy o projekcie dla dziewczyn-uchodźczyń, chcielibyśmy zorganizować warsztaty, coś w rodzaju sieci mentoringowej. Działałoby to tak, że uchodźczynie z pomysłem na biznes mogłyby spotykać się z mentorkami, choćby Miłzuna z Tadżykistanu, marząca o założeniu firmy sprzedającej torebki, które sama szyje. Fajnie byłoby jej pomóc zrobić zdjęcia tych torebek, zaprojektować stronę internetową, pokazać, jak założyć fanpage. Projekt byłby rodzajem wolontariatu – każdy grafik, fotograf, informatyk mógłby pomóc w ramach swoich kompetencji i zawodu, dla nich to nic wielkiego, a dla tych dziewczyn to kamień milowy na drodze do usamodzielnienia się.

 

A ty sama o czym marzysz?

Najbardziej chciałbym, żeby projekt się usamodzielnił i żeby osoby, które pracują w Kuchni Konfliktu, mogły same nią zarządzać. Wtedy ja mogłabym zająć się kolejnymi pomysłami. Zanim to nastąpi, marzę dla siebie tylko o wakacjach. Ale potem do roboty.

 

Przepisy z Kuchni Konfliktu:

CZEBUREKI NASTJI Z DONBASU

Regionalne danie Tatarów krymskich, choć nie tylko.
Rodzaj pierogów, zwykle z mięsnym nadzieniem.

Składniki:

ciasto: 0,5 kg mąki, jajko, litr oleju (ok. ½ szklanki do ciasta, reszta do smażenia), sól

Farsz wegetariański: 0,5 kg szpinaku, 0,25 kg twarogu lub sera feta (albo obu), sól i pieprz

Sposób przygotowania:

W sporej misce połączyć mąkę, roztrzepane jajko, ciepłą wodę i olej oraz dodać sporą szczyptę soli.

Wyrobić ciasto, a następnie przykryć je folią lub ściereczką przynajmniej na 5 minut.

Gdy ciasto odpoczywa, przygotować farsz. Szpinak dusić chwilę na patelni albo zblanszować, następnie posiekać i wymieszać z twarogiem lub fetą, doprawić solą i pieprzem.

Oderwać kawałek ciasta, wywałkować z niego placek o średnicy ok. 20 cm i grubości 3 mm. Nałożyć farsz i zlepić jak duży pieróg.

Smażyć po kilka pierogów w głębokim tłuszczu.

 2 kuchnia kolfliktu pejper festiwal skrzyzowanie kultur

AFGAŃSKI DESER FIRNI (bezglutenowy) SUŁTANA

W Kuchni Konfliktu deser serwowany jest w kilku smakach do wyboru: ze skórką cytryny, z rozmarynem i pomarańczą lub z większą ilością wody różanej.

Składniki:

litr mleka, 7 łyżek mąki ryżowej, 6 łyżek cukru (może być np. brązowy), łyżeczka zmielonego kardamonu, łyżeczka wody różanej, ¼ szklanki pistacji lub migdałów (do dekoracji)

Sposób przygotowania:

Rozpuścić mąkę ryżową w szklance mleka.

Resztę mleka zagotować w garnku z grubym dnem.

Gdy mleko się zagotuje, zmniejszyć ogień, dodać kardamon i cukier. Poczekać, aż cukier się rozpuści.

Dodać do garnka mąkę ryżową rozpuszczoną w mleku.

Rozpocząć uważne mieszanie, które powinno trwać ok. 3 minut – aż do momentu uzyskania
konsystencji przypominającej budyń.

Zdjąć garnek z ognia. Dodać wodę różaną, zamieszać i przełożyć deser do miseczek.

Poczekać, aż deser ostygnie, następnie odstawić go do lodówki na 2–3 godziny.

Po wyjęciu ozdobić deser pistacjami bądź migdałami.

1 kuchnia kolfliktu pejper festiwal skrzyzowanie kultur

Materiały prasowe Festiwal Skrzyżowanie Kultur 2018 / ilustracje Julia Mirny 

Wybór Enter The Room

Instagram enter The Room

object(stdClass)#906 (3) { ["error_type"]=> string(23) "OAuthRateLimitException" ["code"]=> int(429) ["error_message"]=> string(179) "You have exceeded the maximum number of requests per hour. You have performed a total of 1006 requests in the last hour. Our general maximum limit is set at 500 requests per hour." }

Sorry something went wrong. Here is the possible list of errors:

  • Error loading user profile items