„Pęd napędza sukces, ale rzeczy wartościowe już niekoniecznie” – mówi duet Łona i Webber, który po prawie pięciu latach powraca z nowym albumem pt. „Nawiasem mówiąc”. Czy to w nieśpiesznym sposobie działania tkwi tajemnica sukcesu jedynych w swoim rodzaju reprezentantów sceny hip-hopowej? 

Nowa płyta uznanego duetu to według Karola Stefańczyka (cgm.pl) małe historie o dużych rzeczach”. Idąc tropem tej myśli, postanowiliśmy porozmawiać z zespołem zarówno o sprawach mniejszych, jak i większych. Łona i Webber opowiadają nam o rodzinnym Szczecinie, kryzysie konstytucyjnym, rodzicielstwie, narzekaniu, współpracy z Markiem Raczkowskim i samorealizacji. 

 

Łona, zacznę od anegdoty o rozmowie artystów dla ciebie ważnych. Grzegorz Turnau opowiadał mi, jak to kiedyś miał przeprowadzić wywiad z Jeremim Przyborą w domu artysty w Warszawie. Krakowski bard był tak przejęty rozmową z idolem, że zamiast pytać, zrobił nerwowy wywiad z samym sobą.

Łona: Jasne, znam ten wywiad. Pamiętam, że Przybora z dużym taktem wysłuchiwał tego, co ma do powiedzenia Turnau. To się zresztą świetnie czytało, bo krakowski artysta bardzo ładnie mówił.

 

Rozmowa z jaką osobą mogłaby was, podobnie jak Turnaua, speszyć?

Łona: Z Wojciechem Młynarskim. Pewnie taki bym był zaaferowany całą sytuacją, że tylko bym słuchał i zapomniał spytać o cokolwiek. 

Webber: Z Rolandem Toporem albo Greggiem Popovichem [odpowiednio: francuski pisarz polskiego pochodzenia i amerykański trener koszykówki – przyp. red.]. Uwielbiam absurd tego pierwszego, zaś dosadność i minimalizm wypowiedzi u tego drugiego.

 

Dosadność w ocenach, to chyba coś, co ciebie dość często spotyka Webber. Jak to jest tworzyć od lat duet z Łoną, który zazwyczaj jest adresatem pochwał od słuchaczy i krytyków? Czy to na tobie ciąży większa presja?  

Webber: Wiadomo, że fala hejtu skupia się na mnie (śmiech). Oczywiście odczuwam jakąś presję z związaną z robieniem muzyki, ale w momencie kiedy ją tworzę, absolutnie nie ma na to miejsca. Sprzyja mi w tym moja fatalna podzielność uwagi.

 

 A jak to wygląda Łona z twojej strony? Czy atencja słuchaczy sprawia, że czujesz się uprzywilejowany w tym duecie? 

Łona: Od zaplecza nasza współpraca wygląda bardzo normalnie. Obaj jesteśmy równie ważni dla powodzenia projektu, nikt tu nie jest uprzywilejowany. A że jesteśmy dwójką dorosłych mężczyzn, to mamy całe spektrum własnych poglądów, pomysłów  często różnych. Jesteśmy partnerami w muzyce i przyjaźnimy się prywatnie, ale potrafimy się dosyć mocno różnić. A przez odbiorców traktowani jesteśmy jako monolit, często niesłusznie. Ludziom się wydaje, że gdy ja coś mówię, to jakby wypowiadał się też Webber. Nieprawda.

 

A te poglądy, szczególnie na pierwszych płytach, bywały bardzo dosadne. Czy kiedykolwiek spotkaliście się z przejawem ostracyzmu nacjonalistów, eurosceptyków, radykałów czy słuchaczy Radia Maryja? Łona rapował o tych ostatnich, że „wie, że go nie lubią”. Dochodziło do jakiś bezpośrednich konfrontacji?

Łona: No, wtedy rapowałem mocno na wyrost, założę się, że o. Rydzyk do dziś nie wie, że wznosiłem o nim pieśni i namawiałem go do uratowania polskiego hip-hopu. A teraz? Spotykam się niekiedy z takim pełzającym ostracyzmem, ale to raczej nic wielkiego.

 

To dobrze. Zapytam zatem o kogoś bardziej wam przychylnego. Nieaktywny już na scenie raper Smarki Smark opowiadał w „Antologii Polskiego Rapu”, że po jego słynnym „Najebawszy EP”, każdy chciał mieć jego gościnną zwrotkę na płycie. Jakim sposobem doszło do waszej współpracy? 

Łona: Cudem, bo byliśmy na jego liście rezerwowej. Błagaliśmy, słaliśmy groźby, imaliśmy się podstępów (śmiech). Jesteśmy bardzo szczęśliwi, że Smarki znalazł się na naszej płycie [„Insert EP” – przyp.red.] z tą bardzo długą, ale świetnie opowiedzianą historią. No, a tak generalnie, jak każdy normalny słuchacz rapu w Polsce, płaczemy po nocach, że Smarki już nie nagrywa.

 

„Nie można mieć wszystkiego, drogi panie” – to puenta twojej zwrotki z tego kawałka o filozofach, których spotykamy na swojej drodze każdego dnia. Czy usłyszałeś to zdanie w rzeczywistości, próbując kupić frytki?

Łona: Widzisz, to jest ten rzadki przypadek, kiedy mówię prawdę. Na ulicy Piłsudskiego w Częstochowie, na której znajduje się dworzec, jest także tzw. aleja frytkowa, gdzie są wszystkie te budy z jedzeniem. Jakimś cudem wyszukałem jedną, w której nie było frytek, pani zza lady powiedziała mi: „nie można mieć wszystkiego, drogi panie”. Nie zrobiłem zatem nic wielkiego, po prostu opowiedziałem to wydarzenie.

 

Chciałbym, żebyście opowiedzieli mi o swoim rodzinnym Szczecinie. Skończyłem właśnie czytać wywiad rzekę z Maćkiem Maleńczukiem dotyczącą jego życia z używkami i... 

Łona: Powiedz mi, czy on pamięta te wszystkie rzeczy, czy pozbierał anegdoty po znajomych? 

 

Nie mam pojęcia, wiem tylko, że książka jest intrygująca, barwna i szczerze ją polecam. Znalazł się tam fragment, gdzie Maleńczuk opowiada o ekipie ze Szczecina, z którą trochę popijał. Artysta bardzo doceniał słowotwórstwo towarzystwa: „na zapalniczkę mówili miotacz, na skrzynkę wódki telewizor, na książkę cegła, a na tramwaj – suwak lub przecinak”.

Łona: Ja to śledzę z upodobaniem i nie znalazłem tylu neologizmów, co Maciek Maleńczuk. Co więcej, zaryzykuje stwierdzenie, że mu się miasta pomyliły, bo pierwsze słyszę, żeby ktoś w Szczecinie mówił „suwak” na tramwaj. Wiedziałbym o tym. Wydało ci się coś znajome? 

Webber: Z tych rzeczy to nie, ale pamiętam jeden z moich pierwszych przyjazdów do stolicy, gdy już „ziomowaliśmy” się ze Starym Miastem [nieistniejący już zespół hip-hopowy z Warszawy – przyp. red.] i za każdym razem jak się odezwałem, nikt mnie za bardzo nie rozumiał (śmiech). Jest coś zatem na rzeczy w temacie naszej odmienności językowej. 

 

A w sposobie życia też czujecie różnice? Łona opowiadał w jednym z wywiadów, że ukształtował was „szczeciński dystans i swobodny stosunek do życia”.

Łona: To niestety trzeba wziąć w cudzysłów. Szczecinianie mają zbyt swobodny stosunek do życia. Czasem objawia się on niestety tak, że przelatuje nam to życie przez palce. Mamy na pewno jakąś wspólną optykę, widzimy świat oczami ludzi z mniejszego miasta  nie zapadłego może, ale jednak prowincjonalnego. To siedzi w człowieku. Z drugiej strony cenię bardziej miasta, które nie są tak zatłoczone i rozpędzone, bo wyznaję teorię, że pęd napędza wprawdzie sukces, ale rzeczy wartościowe już niekoniecznie.

 

Jest to bezpośredni powód, dla którego nigdy nie wyprowadziliście się ze Szczecina?

Łona: Mam wrażenie, że taką muzykę łatwiej sprokurować w pustelni. Szczecin oczywiście pustelnią nie jest, ale... 

Webber: ...zmierza ku temu (śmiech). 

 

Gdy mówisz „prowincja” o swoim mieście, nie słyszę kompleksów.

Łona: Oczywiście, że nie. Szczecin to miejsce nastawione na człowieka. Przyjeżdżam do Warszawy od lat i wciąż czuję się jak „mróweczka”, zwłaszcza, że stolica nam się cholernie szybko rozrasta. Z zewnątrz to widać bardzo wyraźnie, szczególnie jak się jest z polskiego Detroit, jak mówią o Szczecinie jego niektórzy złośliwi mieszkańcy. Nie jestem już najmłodszy i parę ładnych lat spędziłem podróżując po Polsce. Widzę, jak się w tym czasie rozwinął Kraków, Wrocław, Poznań, Katowice... Te miasta idą do przodu, podczas gdy Szczecin długo dreptał w miejscu.

 

„Mój kraj już wybrał i poszedł w gdyby” – rapujesz na nowej płycie w utworze o niespełnionych ambicjach, na których drodze do realizacji stoimy my sami.  

Łona: Nasze „gdyby” to stocznia szczecińska. Wszyscy szczecinianie żyją ciągle pytaniem: „co by było, gdyby ocalała stocznia?”. Wciąż nie możemy pogodzić się z tym,  że upadła. Słusznie czy niesłusznie, to już nie ma w tym momencie znaczenia. Warto pójść do przodu i zbudować coś nowego w tym miejscu.

Mówisz, że warto pójść do przodu i te słowa wydają się symboliczne w kontekście waszej twórczości. Rapowałeś o rozmowach z marzeniami („Nie gadaj tyle”), myśleniu perspektywicznym („Patrz szerzej") czy wspomnianym „gdybaniu” na nowej płycie. Samorealizacja to jeden z toposów waszej twórczości?

Łona: Może nie tyle samorealizacja, co jakaś „wszechrealizacja”. Naiwna nadzieja na zmiany, nadzieja, dodajmy, mocno już doświadczona i miejscami nadpsuta. A że zmiany należy zaczynać od samego siebie, to sporo w tym mówienia w pierwszej osobie.

 

A jeśli chodzi o wasze artystyczne „gdyby”? Od lat nagrywacie wspólnie, ale przecież na pewno byli wykonawcy, których Webber chciał usłyszeć na swoich podkładach, czy producenci do których muzyki nawinąłby Łona.

Webber: Wydaje mi się, że z większością raperów ze starszego pokolenia, z którymi chciałem coś zrobić, to już się udało – Eldo, Flexxip, remiks dla Fisza. Bardziej zależałoby mi na tym, by z kimś innym nagrać pełnoprawny album. 

2 ona weber wywiad strowski muzyka rap hiphop 

Płyta producencka nie była nigdy twoją ambicją?   

Webber: Jestem z pokolenia, które wydało pełno płyt producenckich: 600V, Whitehouse, O$ka, Praktik. Odnosiłem wrażenie, że poza kilkoma wyjątkami, bardzo mało w tych albumach spójności, a i z jakością tych symbioz bywało różnie. To jest ryzyko współpracy z duża ilością artystów. Jeżeli kiedykolwiek przyszłoby mi zrobienie swojego albumu, to chciałbym porwać się na coś bardziej instrumentalnego z ewentualnym gościnnym udziałem dwóch-trzech artystów.

Łona: Możesz mi wierzyć lub nie, ale ja uważam Webbera za najciekawszego polskiego producenta hip-hopowego. Nie płynie z nurtem czasów, w których tworzy  on idzie znacznie dalej. Webber to taka rogata dusza, co cały czas szuka czegoś nowego. Ciągle mnie zaskakuje, eksplorując nowe obszary muzyczne. Jeśli chodzi o innych producentów, na których bitach chciałby nawinąć, to na pewno byłby to OER z zespołu B.O.K. Z zagranicy to mój ulubieniec już nie żyje, choć zostawił po sobie trochę muzyki – popłynąć na bicie J Dilli to byłoby coś. Ale tak w ogóle, bardziej zastanawiają mnie połączenia wykraczające poza stylistykę rapową, coś świeżego... 

 

Radzimir „Jimek” Dębski opowiadał mi, że zanim doszło do powstania słynnego numeru z Pezetem, to ty byłeś pierwszym wyborem muzyka do nagrania wspólnego utworu.

Łona: Tak? (śmiech). Ja szybko uciąłem tę rozmowę, nawet nie wiedziałem, że to o Jimka chodziło.

Różnice artystyczne czy jawna reklama – co spowodowało odrzucenie propozycji tej współpracy?

Łona: To drugie. Zresztą lubię kawałek, który Dębski zrobił z Pezetem. Wszystkie elementy się w nim „spinają”: bit jest spoko, Pezet świetny, klip udany.

 

Władza PiS w 2007 roku była twoim zdaniem mało udana. O rządzących wtedy mówiłeś, że są „grupą niedouczonych i aroganckich dyletantów u władzy, którzy skutecznie wycinają kogokolwiek, kto grzeszy inteligencją”. Jak jest teraz, prawie dekadę później?

Łona: Chcesz zarzucić tym słowom uniwersalność i ponadczasowość? 

 

Ciekaw jestem, czy coś się zmieniło w twoich oczach. 

Łona: Myślę, że z powodzeniem można te słowa powtórzyć. 

 

A jak absolwent prawa i aktywny zawodowo prawnik patrzy na kryzys konstytucyjny w naszym kraju?

Łona: Zacznę od tego, co jest na marginesie. Zaistniała sytuacja powinna skłaniać wszystkich, którzy ukończyli prawnicze studia, żeby sobie odświeżyć wiedzę. Mnie przynajmniej skłoniła. To jest wspaniała i zupełnie niezamierzona przez PiS konsekwencja ich działań. Nie tylko akademicy, ale także zwykli prawnicy, nie mający na co dzień do czynienia z konstytucją, zaczynają sięgać do źródeł: czytają komentarze, spierają się, generalnie dyskusja w środowisku się ożywiła. To jest dobre. Złe jest to,co spowodowało to ożywienie, czyli barbarzyńskie i oczywiste naruszenie konstytucji. Cała sytuacja z publikowaniem wyroku czy zaprzysięganiem sędziów jest oczywista, nawet ludzie z PiS-u to wiedzą. Na tym polega ich dramat. W sumie to nawet żal mi tych wszystkich szeregowych posłów PiS-u, którzy muszą zacisnąć zęby i opowiadać te dyrdymały, wiedząc, że to się nijak nie broni. 

 

Skoro w tej negatywnej sytuacji znalazłeś pozytyw w postaci wzmożonego dialogu w prawniczym środowisku, to czy analogicznie dla artystów, burzliwa sytuacja w kraju jest kopalnią tematów?    

Łona: Oczywiście, że jest. Nie jest to sytuacja dobra, fajna i sympatyczna, ale twórczo… kto wie, czy takie ograniczenia i nie do końca kolorowe warunki naszej sytuacji politycznej nie wzmogą jakiegoś twórczego fermentu. Nie dajmy się jednak zwariować, bo idąc tym tropem najlepszy hip-hop powinien powstawać w Korei Północnej. A mam wrażenie, że jednak nie powstaje.

 

Funkcjonujesz aktywnie na scenie muzycznej, ale pracujesz na co dzień w kancelarii. Jak łączy się te dwa światy? Czy ludzie rozpoznają cię jak jesteś „po cywilu” w sądzie czy kancelarii?    

Łona: Do sądu nie chodzę, a w kancelarii to się zdarza. Na co dzień mam głównie kontakty z przedsiębiorcami, czyli bądź co bądź kapitalistami, którzy cenią swój czas i chętnie porozmawiają o tym czy owym, ale głównie chcą uzyskać określoną usługę prawną. Więc te dwa światy, w których funkcjonuję, raczej się nie przenikają. 

 

Serio?

Łona: Zdarza się, że klient zauważy, że gdzieś tam się pojawiłem, ale ewentualny komentarz mieści się w kategoriach small talku.

 

A czy polskim small talkiem nie jest narzekanie?

Łona: Oczywiście, taka specyfika naszego narodu, społeczeństwa, genów. Gdy Amerykanie słyszą pytanie: „co słychać?”, odruchowo odpowiadają: „jest świetnie”. Z kolei my z miejsca zaczynamy narzekać na pogodę czy na zdrowie. W gruncie rzeczy nie ma w tym nic złego, taka konwencja.

 

W singlowym „Nie mam pojęcia” narzekasz, że nie idzie spamiętać imion dzieci bliskich ci osób. A czy ty sam nie zostałeś ojcem rok temu?

Łona: Zostałem, ale utwór „Nie mam pojęcia” ma grubo ponad dwa lata. Nie wiedziałem, że będę ojcem, kiedy pisałem ten numer.

 

Czy ojcostwo ma wpływ na to, jak teraz czujesz ten numer?

Łona: Miałem nadzieję, że będzie miało większy. Jeżeli chodzi o znajomość imion dzieci znajomych, to wciąż kiepściutko.

Czy czujesz się jak postać z klipu do tego utworu? Bohaterzy teledysku są już wyraźnie dorosłymi ludźmi i wszędzie towarzyszą im dzieci, ale dalej imają się „małolackich” zajęć typu graffiti czy breakdance.  

Łona: Słowem, czy rap nie jest sposobem na przedłużenie młodości? Naturalnie, że jest. I nie czuję, żeby było w tym coś złego, żeby to się odbywało kosztem czegoś ważnego.

 

Mogłaby teraz powstać druga część utworu „Emilia chce spać”, lecz tym razem z perspektywy ojca, który nie może spać, bo wstaje do dziecka.

Łona: Mogłaby, gdyby tylko mój syn był trochę bardziej krnąbrny. Jest to jednak dziecko, które śpi od dwudziestej do ósmej rano, nie dostarcza mi zatem powodów do bezsenności.

„Im piękniejszy sen, tym trudniej się obudzić" – pada na płycie. Mieliście taki etap w swoim życiu, w którym nie mieliście żadnych powodów do narzekań?   

Łona: Chyba obecnie tak się czuję. Muszę przyznać, że gdy słucha się swojego numeru i człowiek jest z niego zadowolony, to jest nieporównywalne z niczym innym. Fajnie jest przeczytać pochlebną recenzje, ale znaczniej lepsza jest satysfakcja, że zrobiło się coś z niczego i dodatkowo jest się pierwszym słuchaczem. Piosenka, która nie obrosła żadnym odbiorem, znaczeniem, ledwo narodzona – to jest coś.

Webber: Zawsze jest na co ponarzekać.

 

Może na życie w trasie?

Webber: Wiadomo, że jest to intensywny okres, który zostawia organizm w strzępach. Parę dni czasem trzeba do siebie dochodzić, bo jak już wspominaliśmy – nie jesteśmy najmłodsi. Jednak satysfakcja z udanego koncertu, potrafi wiele wynagrodzić. 

 

W jednym z wywiadów Łona mówił, że „lubi grać, ale obcowanie ze swoim odbiciem w oczach ludzi nie pomaga”, zaś po weekendzie na scenie, gdzie gra rolę gwiazdy – „zjazd bywa bolesny”. Takie rozdwojenie jaźni w życiu zawodowym nie zostawia śladu na psychice, kiedy w poniedziałek siada się do „papierów”?

Łona: Do papierów czy do czegokolwiek innego. Zostawia, a z drugiej strony taka ucieczka w normalność jest zbawienna, bo wyrywa człowieka z tych gwiazdorskich złudzeń. Wszystko to bywa wprawdzie bolesne, ale jest bardzo zdrowe.

 

Jeszcze dziesięć lat temu, obserwując scenę hip-hopową, można było usłyszeć głosy, że robicie kabaret z rapu. Obecnie jesteście powszechnie szanowani w środowisku, jako przykład wymienię choćby Włodiego, który na ostatniej płycie nawija: „Łona zapewnia mnie, ziom, to nic nie znaczy”. Ważne jest dla was uznanie waszego naturalnego środowiska?

Łona: Można powiedzieć, że duet Łona Webber przeszedł „dobrą zmianę” (śmiech). 

Webber: Zaczęliśmy być bardziej hip-hopowi...

Łona: Od kiedy pamiętam, spotykaliśmy się na ogół z przychylnością ze strony innych raperów, którzy doceniali nasz warsztat. Ze wspomni – anym Włodkiem zawsze się lubiliśmy, a ja nie ukrywam, że jestem wychowany na płycie „Skandal” [debiut Molesty Ewenement, w której skład wchodzi Włodi – przyp. red.]. Pamiętam, że jako zajarany dzieciak byłem na ich koncercie w 1997 roku w klubie Trans w Szczecinie, gdzie Molesta grała z kasety jeszcze. Włodek zresztą, nawiasem mówiąc, obecnie robi bardzo fajne rzeczy.

 

Za oprawę jego ostatniej płyty odpowiada Lis Kula, który ilustruje naszą rozmowę. A pozostając w temacie środowiska – czy zeszłoroczny finał trasy koncertowej Niewidzialnej Nerki w Szczecinie był dla was ważnym wydarzeniem? Jak wspominacie ten wieczór?

Łona: Niewidzialna Nerka [koncepcyjny projekt stanowiący hołd producentów i didżejów dla pionierskich czasów kultury hip-hop w Polsce – przyp. red.] to rzecz, z którą się długo nie rozstawałem. Słuchałem tego albumu non stop w furze. A koncert sprawił mi frajdę w dwójnasób: po pierwsze mogłem posłuchać jak m. in. Stasiak świetnie rapuje „Dźwięki stereo” Stereofonii, a z drugiej strony sami mogliśmy zagrać szczeciński klasyk, czyli „Styl nad style” legendarnego Snuza. Super sprawa.

Super to była okładka waszej trzeciej płyty „Absurd i nonsens”, którą zdobił rysunek Marka Raczkowskiego.

Webber: Wyszło to z naszej inicjatywy. Patrząc na rysunek „Absurd i Nonsens”, który pojawił się w Przekroju, doszliśmy do wniosku, że to byłby świetny pomysł na okładkę. Nasz ówczesny wydawca Tytus, szef Asfalt Records, skontaktował się z redakcją tygodnika i udało się w rezultacie uzyskać zgodę Raczkowskiego na wykorzystanie jego ilustracji. 

 

Poznaliście osobiście rysownika?

Łona: Nie mieliśmy okazji, ale przeczytałem parę stron „Książki, którą napisał, żeby mieć na dziwki i narkotyki” i czuję, że to moja bratnia dusza (śmiech). 

 

Nowy album „Nawiasem mówiąc” kończy utwór, w którym narzekasz na wiele spraw, które straciły w twoim odczuciu smak i koloryt. Nie palisz już papierosów?   

Łona: Nie. Od dwóch lat.

 

To trochę tak, jakby Snoop Dogg przestał palić zioło.

Łona: To jest rzeczywiście przewrót kopernikański. Miałem po prostu wrażenie, że papierosy zaczynają mi przeszkadzać. Prawie dwadzieścia lat palenia, to około siedem tysięcy dni, a każdego z nich paczka. Wystarczy.

 

Tytułowe „Nawiasem mówiąc” to swoisty hołd dla papierosa? 

Łona: Oczywiście. A może bardziej dla wszystkiego, co się z tym papierosem łączy. Palacz jara przy każdej okazji. Wychodzi na świeże powietrze – zapala. Czeka na autobus – zapala. Wsiada do samochodu – zapala. Jedzie tym samochodem i nie bardzo wie, co robić – zapala. Przy kawie, rozmowie  papieros za papierosem. Dla mnie papieros nie był dodatkiem, był ważną częścią rozmowy. Pamiętam tego rodzaju wywiady z dyktafonem na stole w knajpach, w zamkniętych pomieszczeniach, gdzie wolno było palić. Teraz to jest nie do pomyślenia, w obecnych czasach palenie jest spychane na margines. I dobrze, bo to jest kurewsko niezdrowe. Z tym, że jak się namawia palacza do rzucenia, to owszem, mówi mu się o wszystkich dobrych stronach tego kroku, ale pomija się najsmutniejszą konsekwencję. Bo co go czeka? Cisza. Znikną rozmowy. To jest straszne. 

1 ona weber wywiad strowski muzyka rap hiphop 

Ilustracje Lis Kula 

Wybór Enter The Room

Instagram enter The Room

Sorry something went wrong. Here is the possible list of errors:

  • Error loading user data