Łukasz Orbitowski jest pisarzem bardzo aktywnym – oprócz pracy nad swoją kolejną książką, pisze artykuły, zamieszcza cykliczne wpisy na swojej stronie, dużo podróżuje zawodowo. Podczas Festiwalu Stolica Języka Polskiego opowiedział nam o życiu w chaosie, swoich dziennikach i o byciu ojcem.

Na swojej stronie internetowej w cyklu „Tydzień z głowy” zadeklarował pan niedawno, że po przygodzie z rozciętą stopą zwalnia tempo i zaczyna cieszyć się życiem. Wcześniej tego czasu było za mało, czy teraz potrzeba go po prostu więcej?

Ja czerpię radość z zamętu, z zamieszania, z tego jak coś się dzieje. W tej skromnej refleksji, o której pan wspomniał, chodziło mi raczej o to, że przestałem ogarniać kuwetę. Że pojawiło się za dużo obowiązków, wraz z nimi pojawił się chaos, dezorganizacja. Doszedłem do wniosku, że trzeba opanować jakąś sztukę wyboru. Widzi pan, życie artysty w naszym pięknym kraju polega na bieganiu za różnymi popłatnymi lub niepopłatnymi, ale w każdym razie opłacanymi zajęciami. Kiedy dostałem Paszport Polityki, tych ofert posypało się trochę, a ja zachowałem przyzwyczajenia z innych czasów, kiedy schylałem się po różnego rodzaju pieniądz. W pewnym momencie zorientowałem się, że ja nie muszę tego wszystkiego robić, najwyżej będę żył trochę skromniej. Ja chcę mieć nogę. (śmiech)

 

Pański przyjaciel, Szczepan Twardoch, w jednym z wywiadów powiedział, że zastanawialiście się kiedyś, czy spędziliście w jakimś miejscu więcej niż dziesięć nocy i podobno żaden nie mógł sobie takiego miejsca przypomnieć. Wynika to z pewnych obowiązków pisarza, takich jak jeżdżenie na spotkania autorskie, promowanie nowych książek, pojawianie się na festiwalach (tak jak tutaj na Festiwalu Stolica Języka Polskiego), czy jest to raczej świadomy wybór i chęć podróżowania?

W dawnych czasach goniło mnie po świecie. Zwiedziłem i RPA, i całe Stany Zjednoczone – wszystkie te urokliwe miejsca zjechałem wzdłuż i wszerz. To się już skończyło, teraz podróżuję wyłącznie zawodowo. Owszem, to w ogromnej mierze tak jak tutaj na festiwalu – jest pewien rodzaj obowiązku czy też chęć dorobienia sobie. Każde spotkanie autorskie jest płatne, za rozmowy z czytelnikami dostaję pieniądze. Jest to łatwy grosz. Bywa jednak tak, że to komplikuje życie, bo poznajemy ludzi w różnych miastach, ci ludzie okazują się dla nas ważni, zaczynamy bywać w tych miejscach częściej, rozpadają się małżeństwa, rodzice wyjeżdżają razem z dziećmi, pojawia się konieczność dojeżdżania do tego dziecka albo brania go do siebie. W moim wypadku właśnie taka sytuacja zachodzi, w wypadku Szczepana na szczęście nie. Zapieprzamy po Polsce jak małe samochodziki. Moja nowa książka będzie o Europie, więc w związku z tym zapuszczam się coraz śmielej w te rejony, ale czysto zawodowo. U siebie w domu spędzam mniej więcej jakieś pół miesiąca.

 

A czy to jest tak, że podróżowanie wpływa na jakość literatury, owocuje jakimś nowym spojrzeniem na pewne sprawy? Czy książka, która miała powstać i tak by powstała, nawet bez wychodzenia z domu? Jak jest w pana przypadku?

Na to pytanie nie jestem w stanie odpowiedzieć, bo nie wiem, jaka książka by powstała, gdybym nie podróżował. Wiem, jakie powstały. Natomiast, jeżeli podróże przydają się przy uprawianiu literatury, to przede wszystkim dlatego, że dzięki nim nabiera się wyrozumiałości dla drugiego człowieka. Postrzega się go bez obiekcji, bez pretensji, bez chęci zmiany. Po prostu uczy się brać człowieka takim, jakim on jest. Podczas podróży spotyka się bardzo dużo różnych ludzi, żyjących w różnych warunkach. A warunki determinują zarówno życie jednostki, jak i całych społeczności. Ta świadomość przydaje się podczas pisania. Dzięki większej ilości obserwacji, lepiej buduje się bohaterów i ma się do nich potem uczciwszy stosunek.

 

Dużo młodych pisarzy publikuje ostatnimi czasy dzienniki. Pan publikuje dużo zapisków, szkiców podróżnych, felietonów na swojej stronie internetowej. Nie korci, żeby wydać to w formie dzienników?

To prawda, ale póki te zapiski są w internecie, to po co wydawać je w formie książki?

Pisarz jest zapamiętany za jedną swoją książkę, może dwie, reszta i tak przepadnie.

Ale w internecie publikuje pan wszystkie ze swoich zapisków?

Nie proszę pana. Ja mam jeszcze milion znaków w dziennikach z Kopenhagi i ze Skandynawii. Ale tego na pewno na razie nie upublicznię. Po pierwsze dlatego, że jest to dosyć intymna opowieść. Dużo osób z polskiego życia literackiego tam się przewija – bo miałem gości. Obiecałem sobie, że ten dziennik kopenhaski wypuszczę za jakieś dziesięć, piętnaście lat. Sam chcę się do tego zdystansować i sam chcę się przemienić. Móc popatrzeć ze zdziwieniem na dawnego siebie, a do tego potrzebny jest czas. Także może w 2030 roku pchnę ten kopenhaski dzienniczek albo zrobią to spadkobiercy, bo zdrowie nie zawsze będzie sprzyjać.

 

W takim razie czekamy ze zniecierpliwieniem. A jak wygląda u pana sprawa z opowiadaniami? Mówił pan, że opowiadania to jest coś, co pan naprawdę lubi, w czym może się wyrazić. W „Wigilijnych psach” mamy jeszcze tego Orbitowskiego młodego, zbuntowanego. Czy możemy liczyć na opowiadania Orbitowskiego dojrzałego?

Przede wszystkim chciałbym zaznaczyć, że ja się nie wyrażam w pisaniu opowiadań, w ogóle nie wyrażam się w literaturze, ja po prostu uprawiam literaturę, a wyrażam się na przykład teraz, jak rozmawiam z panem.

 

Chwilka… Mam tutaj cytat: „(…) z głębi siebie mogę co najwyżej napisać opowiadanie”.

Tak, bo to rzeczywiście nie wymaga ode mnie takiego opracowania, jakiego wymaga powieść. Powieść piszę tak, że każdy akapit ma kilka konsultacji w internecie. Mam dużo opowiadań u siebie na dysku. Ja cały czas piszę opowiadania. Albo okolicznościowo, albo na zamówienie, albo jak coś mi przyjdzie do głowy. W Polsce rynek opowiadań jest jednak bardzo płytki. Ludzie niechętnie po nie sięgają, nie chcą ich kupować. Nie ma też czasopism, w których można by je publikować. A wydawca nie naciska na opowiadania, wydawca chce mieć kolejne powieści. Opowiadania powstają bardzo powoli. Jak się uzbiera z nich jakaś książeczka, to ją wydam. Przede wszystkim wydam je jednak wtedy, gdy mój wydawca stwierdzi, że ma ochotę zrobić coś pro publico bono, a właściwie pro autoro bono, dla przyjemności autora.

 

Mówił pan przed chwilą w trakcie spotkania, że ma już dosyć pytań o „Inną duszę”…

Jak pan musi, to niech pan pyta.

1 lukasz orbitowski wywiad ente the room rozmowa book inna dusza

Inna dusza, Wydawnictwo Od deski do deski

Nie chciałbym być młody i znowu mieć dwudziestu lat. To było okropne. Nie chcę być dzieckiem, bo to było jeszcze gorsze. Ja chcę mieć te, prawie, czterdzieści lat.

W takim razie tylko krótko o niej wspomnę. Od otrzymania Paszportu Polityki za „Inną duszę” minęło pół roku, od nominacji do nagrody Nike trochę mniej. Czy dużo się zmieniło w metodach pańskiej pracy nad powieściami i w ogóle w pańskim życiu pisarskim?

Kupiłem sobie Maca. (śmiech)

 

Aha, czyli rozumiem duże ułatwienie w pracy. (śmiech)

Myślę, że wszystko jest tak samo. Staram się zachować luz. Nie ulegać presji, że teraz wszyscy będą patrzeć na to, co napiszę. Pilnuję, żeby każda kolejna książka była inna i staram się rozumieć, że nawet jeżeli zawiodę pokładane we mnie oczekiwania, to nie zawiodę swoich bliskich, a świat się będzie dalej kręcił.

 

W związku z tym, że jesteśmy w Szczebrzeszynie na Festiwalu Stolica Języka Polskiego, którego tegorocznym hasłem jest „Miedzy przeszłością a przyszłością”, to proszę powiedzieć, czy często wraca pan do przeszłości, do lat swojej młodości, czy raczej są to zamknięte etapy? W „Innej duszy” sięga pan do lat dziewięćdziesiątych…

Ale to zawodowo.

 

A prywatnie często Łukasz Orbitowski wraca do przeszłości?

Łukasz Orbitowski nie tęskni. Ja jestem zupełnie wolny od sentymentów. Nie chciałbym być młody i znowu mieć dwudziestu lat. To było okropne. Nie chcę być dzieckiem, bo to było jeszcze gorsze. Ja chcę mieć te, prawie, czterdzieści lat.

 

Dobrze jest być dorosłym?

Zajebiście jest być dorosłym. Bycie dorosłym jest fantastyczne. Ale dużo rzeczy mi się teraz przypomina ze względu na to, że sam mam syna. Poprzez syna przypomina mi się mój własny ojciec. Mój tata oczywiście żyje, ale powraca w tej wersji, kiedy miał pięćdziesiąt lat, bo ja jestem dosyć późnym dzieckiem. Jakie mamy właściwie wzorce w byciu ojcem? Tylko takie, które podsuwa nam nasz własny ojciec. Tak więc zastanawiając się nad tym, jaki mam być dla własnego syna, często odgrzebuję wspomnienia i przywołuję własnego ojca. Mało tego, ja w jakiś sposób, będąc ojcem Julka, staję się swoim własnym ojcem. To dopiero bardzo ciekawe doświadczenie.

 

Podczas spotkania, kiedy przedstawiano pański dorobek literacki, powiedział pan, żeby trzymać się tego, że ma pan na swoim koncie sześć powieści. A to nie jest tak, że każdy pisarz ma na swoim koncie lepsze i gorsze momenty. Ale przecież jakoś te szlaki trzeba przetrzeć. Wielu pisarzy, choćby taki Bukowski, pisało dla pieniędzy, bo pisarz też się z czegoś musi utrzymać, i pisali całe mnóstwo opowiadań itp.

Tak, ale ja się zastanawiam, czy to wszystko było potrzebne. Czy ja się trochę nie rozwodniłem. A może jest mi po prostu głupio wobec tych autorów, takich jak Myśliwski, który ma sześć powieści, Cormac McCarthy ma tych powieści dziesięć na swoim koncie. Prawda jest taka, że moja obszerna bibliografia, to moja korba. Ja szukam kogoś, kto umie edytować Wikipedię i mi część tych pozycji wywali (śmiech). Poza tym pisarz jest zapamiętany za jedną swoją książkę, może dwie, reszta i tak przepadnie.

Fot. materiały prasowe wydawnictwa Od deski do deski

Wybór Enter The Room

Instagram enter The Room

object(stdClass)#945 (3) { ["error_type"]=> string(23) "OAuthRateLimitException" ["code"]=> int(429) ["error_message"]=> string(179) "You have exceeded the maximum number of requests per hour. You have performed a total of 1216 requests in the last hour. Our general maximum limit is set at 500 requests per hour." }

Sorry something went wrong. Here is the possible list of errors:

  • Error loading user profile items