Na koszalińskim Festiwalu Debiutów Filmowych „Młodzi i Film” udało nam się porozmawiać z Agatą Tuszyńską. Nie tylko o filmach, ale przede wszystkim o pisaniu i książkach. W tym o właśnie wydanym „Jamnikarium”.

Jak to się stało, że pani – autorka zajmująca się dotychczas Singerem, Krzywicką i Tyrmandem – postanowiła teraz napisać książkę o jamnikach?

Jamniki od zawsze mnie fascynowały. To takie arlekiny wśród psów – istoty, których nieustraszony charakter został zaklęty w bardzo niepozornym ciele. Pewnie właśnie ze względu na te sprzeczności jamnik stał się chyba ulubionym psem artystów. Do ich słynnych właścicieli należeli między innymi Picasso i Warhol. Może zresztą jamnik to coś więcej niż pies? Jerzy Waldorff nazywał swojego pupila „człowieczkiem”. Rozumiem go, bo sama posiadam jamnika, z którym jestem silnie związana.

 

Psy zaskakująco często bywają dla artystów źródłem inspiracji. Niedawno Laurie Anderson opowiedziała o żałobie po śmierci ukochanej suczki w lirycznym dokumencie „Serce psa”.

Doskonale ją rozumiem. Budowanie więzi z psem ma w sobie coś z gruntu melancholijnego, bo – skoro zwierzę to żyje krócej niż my – najpewniej doświadczymy jego śmierci. Zanim to jednak nastąpi, pies pełni funkcję niemego, wiernego i ważnego świadka naszego życia. Czasem pozostaje także pomostem pomiędzy jego różnymi okresami. Przekonałam się o tym na własnej skórze, gdyż jamnik pojawił się w moim życiu w czasie ciężkiej choroby męża. Teraz, już od 10 lat, traktuję go jako łącznika z nieżyjącym partnerem. Mam zresztą wrażenie, że jamnik doskonale pamięta wydarzenia z naszej wspólnej przeszłości i ta świadomość wydaje mi się  poruszająca.

3 agnieszka tuszynska jamnik pies dog jamnikarum lonia

Twierdzi pani, że pies odgrywa istotną rolę w pani procesie twórczym.

Gdy piszę, zapominam o całym świecie – nie liczy się nic oprócz kawy i komputera. Tylko jamnik jest w stanie oderwać mnie od biurka, a przez to przypominać, że gdzieś obok natura żyje swoim rytmem, który wywiera na nas wpływ, nawet jeśli zdajemy się tego nie zauważać. Poza tym, obecność psa i konieczność wyjścia z nim na spacer zdecydowanie łagodzi, doskwierające każdemu pisarzowi, poczucie samotności.

 

Czy coś jeszcze – oprócz obecności jamnika – czyni pani pracę bardziej znośną?

Przez długi czas, aby pisać, musiałam na przykład wyjeżdżać z domu, bo na miejscu bez przerwy znajdowałam mnóstwo wymówek, by zajmować się czymś innym. Zawsze można było przecież zrobić kolejne pranie albo po raz 10 umyć ten sam talerz. Nie ja jedna mierzyłam się z tymi problemami, więc w USA zaczęły powstawać specjalne kolonie, na których pisarzom stwarzano odpowiednie warunki. Kiedyś jeździłam tam bardzo często, ale jakiś czas temu zacisnęłam zęby i nauczyłam się pisać również w domu.

 

Jak zatem wygląda dziś pani dzień pracy?

Przede wszystkim startuję wcześnie, bo około szóstej rano. Zaczynam od wyprowadzenia na spacer – rozespanego i ogromnie przez to niezadowolonego – jamnika, a potem mogę skupić się na pisaniu. Pierwsze szkice i notatki tworzę tylko i wyłącznie piórem, ale później przestawiam się na laptopa. Najczęściej trzymam go na kolanach, leżąc lub półleżąc na łóżku, po to, by obok mógł usadowić się jamnik. Mogłabym tak pisać i poprawiać w nieskończoność, dlatego wszelkie – narzucane mi przez wydawców  deadline’y traktuję nie jak formę opresji, lecz nieocenioną pomoc.

 

Uważa pani siebie za perfekcjonistkę?

Jestem z pewnością fanatyczką skracania. Książki, które składam do wydawnictwa bywają nawet o połowę krótsze niż rękopisy. Zdarza mi się także opisywać tę samą scenę na kilka różnych sposobów i potem długo zastanawiać się, którą z nich należy wybrać.

 

Są tacy, którzy powiedzieliby, że wizerunek  udręczonego nad białą kartką papieru pisarza to wytwór pretensjonalnej autokreacji.

Pisarz ma o tyle gorzej od, na przykład, chirurga, że na jego robocie zna się teoretycznie każdy. W rzeczywistości faktycznie mało kto jest w stanie zdać sobie sprawę z piekielnej trudności tkwiącej w tym procesie. Nie rozumiem tych spośród kolegów po fachu, którzy chełpią się rzekomą łatwością pisania. Znacznie bliżej mi do Ryszarda Kapuścińskiego, który uważał, że odniósł sukces, gdy udało mu się napisać jedną stronę na dzień.

 

Kapuściński mawiał też, że na każdą stronę napisaną powinno przypadać sto przeczytanych.

W pełni się z nim zgadzam, choć muszę zauważyć, że gdy pisze się samemu, szalenie trudno oderwać się od tego procesu i zagłębić w lekturze, która nie jest bezpośrednio związana z pracą. Bardzo pomaga za to poezja, która wzbogaca wyobraźnię, zwiększa świadomość języka, inspiruje do tworzenia metafor. Wiersze warto czytać zresztą niezależnie od okoliczności.

2 agnieszka tuszynska jamnik pies dog jamnikarum lonia

Co jeszcze – poza inspiracjami językowymi – zawdzięcza pani poezji?

Poczucie porządku, które kontrastuje ze światem nadmiernych bodźców i językowego niechlujstwa. Choć doceniam dobrodziejstwa technologii, identyfikuję się z treścią pewnego obrazka, którego bohater wzdycha „I miss my pre-internet brain!”. O ironio, ktoś podesłał mi go zresztą na Facebooku.

 

Zyskała pani miano specjalistki od literackich biografii. Czy ma pani jakiś autorski sposób na uprawianie tego gatunku?

Życiorys każdego z moich bohaterów studiuję z perspektywy detektywa – szukam w nich przede wszystkim tajemnicy. Poza tym interesują mnie także biografie, które odzwierciedlają więcej niż jeden los, niejako mimochodem zawierają w sobie fragment prawdy o całej epoce. Coś podobnego odnalazłam w historii Ireny Krzywickiej, która była  jednocześnie członkinią artystycznej bohemy dwudziestolecia międzywojennego, Żydówką cierpiącą w czasie II wojny światowej, obywatelką socjalistycznej Polski, a wreszcie wiekową emigrantką.

 

Skoro pani biografie można, pół żartem, pół serio, porównać do kryminałów, kogo uważa pani za swojego mistrza w tym gatunku?

W młodości wiodłam na ten temat długie spory z moim mentorem profesorem Zbigniewem Raszewskim. Podczas gdy ja uwielbiałam Agatę Christie, profesor przekonywał, że nie ma autora lepszego niż George Simenon. Po latach przyznałabym pewnie rację profesorowi. Być może również dlatego, że – pozwolę dojść do głosu mojemu zboczeniu zawodowemu – Simenon miał naprawdę ciekawe życie.

 

Czyżby znalazła pani bohatera kolejnej książki?

Przez chwilę miałam takie myśli, ale zorientowałam się, że Francuzi odrobili tę lekcję już za mnie. Rozliczeniową książkę o Simenonie, i to całkiem dobrą, napisał nawet jego syn.

 

Myśli pani, że da się napisać coś ciekawego o absolutnie każdym człowieku?

Za młodu broniłabym tego przekonania do upadłego. Teraz jednak, gdy z kimś rozmawiam, coraz częściej odnoszę wrażenie, że to już było, tę historię już kiedyś słyszałam i nie ma w niej nic nowatorskiego. Dawniej pewnie uparcie drążyłabym temat, szukała subtelnych różnic, świadectw oryginalności. Dziś nie mam już na to energii. Gdy decyduję się na pisanie książki, muszę mieć absolutną pewność, że będzie dotyczyła kwestii innych niż te, które poruszałam już wcześniej.

 

Czy głębokie wnikanie w życiorysy innych ludzi ośmieliło panią, by zacząć pisać szczerze także o własnej rodzinie?

Pewnie tak, choć nie był to dla mnie proces świadomy. W pewnym momencie poczułam po prostu, że mam dość życia w kłamstwie, a jako pisarka nie mogę poradzić sobie z nim inaczej niż dzięki napisaniu książki. Tak powstała „Rodzinna historia lęku”, którą pisało mi się bardzo trudno, bo wiedziałam, że skoro moi rodzice żyją, na pewno na nią zareagują i wcale nie musi być to reakcja pozytywna.

 

W książce tej opisuje pani, ukrywane przez lata, żydowskie korzenie pani rodziny. Dziś chyba nie ma pani problemu z akceptacją swojej tożsamości i przyjaźni się pani z wieloma żydowskimi pisarzami. Należy do nich chociażby Paul Auster.

Pamiętam, że pojechałam na roczne stypendium do Nowego Jorku i z miejsca odkryłam dla siebie „Trylogię nowojorską” Paula, którą potraktowałam wręcz jako metafizyczny przewodnik po tym mieście. Ucieszyłam się, gdy poznałam go osobiście i spostrzegłam, że to nie tylko wybitny pisarz, ale też – co w amerykańskim środowisku zdarza się rzadko, a w polskim właściwie w ogóle – życzliwy człowiek. To właśnie Paulowi, który przeczytał i polubił moją pierwszą książkę, zawdzięczam wprowadzenie do amerykańskiego światka literackiego. Równie fascynującą postacią jest zresztą żona Austera Siri Hustvedt, która również jest pisarką, a oprócz tego zajmuje się neurobiologią i psychoanalitycznym odczytywaniem dzieł sztuki. Rozmowa z nimi obojgiem to dla mnie wielka uczta intelektualna, dzięki której mogę się  wiele nauczyć.

 

Co na przykład zawdzięcza pani takim spotkaniom?

Wzorem Paula, który nie robi tego już od 20 lat, przestałam przejmować się opiniami na temat moich książek i zatruwać się jadem płynącym z recenzji. Fakt, że Auster postępuje tak samo, daje mi siłę, żeby dawać z siebie wszystko, pisać to, co myślę, a jednocześnie nie przejmować się pomyjami, które będą na mnie wylewane. One w końcu spłyną, a książka zostanie.

 

Zapewne nawiązuje pani teraz do kontrowersji wokół książki „Oskarżona: Wiera Gran”.

To, co stało się po premierze „Oskarżonej…”, było dla mnie zarówno zaskakujące, jak i wyczerpujące. Myślę, że duża w tym wina mediów, które przedstawiły fałszywy obraz książki i zdawały się sugerować, że wątek Władysława Szpilmana należy do najważniejszych w książce, a nie – jak w rzeczywistości – ogranicza się do raptem kilku stron. Drobna dezorientacja rozpętała lawinę, na którą nie miałam już żadnego wpływu. Na szczęście przetrwałam, a co więcej, mogę powiedzieć z pełną odpowiedzialnością, że napisałabym „Wierę Gran” jeszcze raz i nie zmieniłabym w niej ani jednego słowa. Niezależnie od wszystkiego będę upierać się, że w książce, która została przetłumaczona na 15 języków i uzyskała nominacje do wielu nagród chodzi o coś więcej niż parę słów na temat Szpilmana.

 

„Wiera Gran” doczekała się także filmowej wersji – dokumentu, który nakręciła pani wspólnie z Marią Zmarz-Koczanowicz.

Od lat jestem kinomanką, ale wtedy po raz pierwszy przyjęłam perspektywę autorki filmu. Spodobała mi się, bo prowokuje zupełnie odmienne doświadczenia niż praca pisarza. Przede wszystkim obraz jest bardziej bezpośredni, przemawia do odbiorcy silniej niż słowo. Poza tym, kręcenie filmu – zupełnie inaczej niż pisanie – jest pracą zespołową, polega na wzajemności odczuć i inspiracji. Jednocześnie jednak w mniejszym stopniu poddaje się kontroli: gwiazda kaprysi, operator się upił, producent nie dopiął budżetu, a ty nic z tym nie możesz zrobić. Dlatego właśnie Paul Auster, który nakręcił przecież kilka udanych filmów, powiedział mi ostatnio, że zarzucił aktywność reżysera, wydała mu się zbyt wyczerpująca fizycznie. Nie do końca chcę mu wierzyć i trochę tę pracę idealizuję, ale jestem prawie pewna, że powrót na plan pozostanie w sferze moich niezrealizowanych marzeń.

 

A czy marzy pani o sytuacji, w której pewnego dnia jakiś młody człowiek zgłosi się z propozycją napisania biografii Agaty Tuszyńskiej?

Gdyby zrobił to już teraz, odpowiedziałbym pewnie, że jest jeszcze zbyt wcześnie. Niewykluczone jednak, że za jakiś czas skusiłaby mnie możliwość opowiedzenia komuś o swoim życiu – namalowania autoportretu cudzymi rękoma. Na miejscu autora zaczekałabym jednak aż umrę i nie będę mu do niczego się wtrącać. 

1 agnieszka tuszynska jamnik pies dog jamnikarum lonia

Fot. materiały prasowe i zdjęcia dzięki uprzejmości Agaty Tuszyńskiej pochodzące ze strony agatatuszynska.pl 

Wybór Enter The Room

Instagram enter The Room

Sorry something went wrong. Here is the possible list of errors:

  • Error loading user profile items