Rozmowa z brazylijską reżyserką, Mariną Person, której fabularny debiut „Kalifornia” właśnie wszedł do polskich kin.

Dorota Groyecka: Twój film był dla mnie jak wehikuł czasu. Przypomniał o tych wszystkich emocjach, które w sobie miałam, kiedy byłam nastolatką. Zwłaszcza związanych z zakazanymi rzeczami – pierwszymi imprezami, wyjazdami bez dorosłych. Po seansie pomyślałam: dlaczego wtedy nie cieszyłam się tym bardziej? Dlaczego dorastając, tak bardzo cierpimy?

Marina Person: Tak to już jest... A jak odebrałaś ten cały klimat lat 80.? Chyba nie dorastałaś w tym okresie, prawda?

 

Urodziłam się w latach 80. Ale tamtejsza moda powraca, znów kolekcjonujemy winyle i kasety. Z chęcią nosiłabym ciuchy głównej bohaterki Esteli, też czasem słucham Bowiego czy Joy Division. Nie jest to dla mnie jakiś obcy, odległy świat. Poza tym to, co w tle – atmosfera pierwszych demokratycznych wyborów po latach dyktatury, zachłyśnięcie zachodnią kulturą – wszystko to przypominało mi historię polski.

Pamiętam ruch So-li-dar-ność. Chciałam mieć koszulkę z takim napisem, ale nie mogłam jej zdobyć. Solidarność była tu bardzo popularna. W mojej szkole nauczano w lewicowym duchu. Pragnęliśmy demokracji, więc polityczne ruchy z całego świata silnie tutaj wybrzmiewały.

Specjalnie osadziłam akcję filmu w 1984 roku, kiedy nasz ruch Diretas Já głosił hasło: chcemy zagłosować na prezydenta. Wcześniej, przez ponad 20 lat, nie było wolnych wyborów. Podczas końcowej edycji materiału pozbyłam się wielu politycznych wątków, bo nie działały dobrze na opowiadaną historię. Ta kwestia była jednak dla mnie istotna i wychodzi na wierzch – np. w rozmowie Esteli z wujkiem, który wyjechał z kraju z wielu powodów, również politycznych.

Drugą przyczyną, dla której wybrałam ten rok, była epidemia AIDS. Po raz pierwszy nazwano tę chorobę w 1982 roku, a dwa lata później wciąż wisiał w powietrzu strach przed czymś nieznanym, agresywnym, śmiertelnym. Nikt z moich najbliższych nie zachorował, ale baliśmy się. Moje pokolenie było pierwszym, które zaczynało życie seksualne z AIDS. Kampanie społeczne w Brazylii były okropne – przerażające, nie dające żadnych informacji. Siały tylko uprzedzenia. Rodziny, które miały wśród siebie chorego, ukrywały ten fakt, potem mówiły, że zmarły cierpiał na raka lub zapalenie płuc. AIDS łączono z rozwiązłością i innymi „złymi rzeczami”.

 

Między Estelą a jej rodzicami nie przebiega ani jedna rozmowa na temat choroby. W ogóle mało ze sobą rozmawiają. Dziewczyna ukrywa przed mamą, że ma okres, woli dzielić się swoim życiem z gosposią lub wujkiem.

Chciałam, żeby od początku było jasne, że Estela ma lepszą relację z wujkiem niż resztą rodziny. Z matką to się zmienia, ale z ojcem do końca nie ma dobrego kontaktu. To bardzo typowe dla mojego pokolenia. Na pewno nie było tak w każdej rodzinie, nie chcę generalizować, ale brak porozumienia między dziećmi a rodzicami mogłam zaobserwować w domach wielu znajomych.

Natomiast fakt, że bohaterka żyje bliżej z gosposią niż z własną matką, to brazylijski albo szerzej – południowoamerykański – fenomen. Przed kilkoma laty wyszedł bardzo dobry brazylijski film poruszający ten temat – „Prawie jak matka”. W wielu domach ludzie zatrudniani do pomocy mieszkają z rodziną, nianie spędzają z dziećmi więcej czasu niż ich własne matki. Dziś to zjawisko ma mniejszą skalę niż w latach 80., ale wciąż jest obecne w naszym społeczeństwie. Nie tylko w najbogatszych domach, dotyczy to również klasy średniej.

2 kalifornia wywia 

Sama byłaś nastolatką, która trzaskała drzwiami, zamykała się w pokoju i słuchała płyt?

Tak, to jeden z autobiograficznych wątków. Moja obsesja na punkcie Davida Bowiego i w ogóle post-punkowej muzyki została przeniesiona na postaci Esteli i JM. W dzieciństwie miałam własny pokój, w którym mogłam robić, co chciałam. Nie był wielki, ale wszystko się w nim mieściło: sprzęt audio, płyty. Muzyka była dla mnie ważna przez całe życie – przez 18 lat pracowałam w MTV jako veejay.

 

Czy w tamtych czasach trudno było zdobyć zachodnie płyty?

W latach 80. problemem nie była nawet dostępność – bo płyty leżały w sklepach – ale ich cena. Były naprawdę drogie. W latach 60. i 70. istniał urząd, który sprawdzał słowa brazylijskich piosenek i kwestie filmowe, ale nie pamiętam, żeby cenzurowano importowane produkty.

 

Argentyńska artystka, Candelaria Saenz Valiente, która swoją ostatnią płytę również zbudowała wokół wspomnienia nastoletniości, powiedziała mi w wywiadzie, że w jej odczuciu niewiele się od tamtego okresu zmieniła, że kiedy miała około czternastu lat ukształtował się jej „rdzeń”. Zastanowiło mnie to. Ja mam wrażenie, że zgubiłam połączenie z nastoletnią wersją siebie. Jak jest w twoim przypadku?

Chyba bardzo się zmieniłam. Dzięki bogu (śmiech). Byłam niespokojną nastolatką, ciągle się czymś martwiłam. Brakowało mi pewności siebie, buzujące hormony zmieniały moje ciało, włosy, skórę. Dorastanie było dla mnie trudnym okresem. Jednak zgodzę się z tym, że zasadniczo nasza osobowość nie ulega zmianie – te same rzeczy pozostają dla nas ważne – jak w moim przypadku muzyka. Mam ten sam gust – wciąż słucham Bowiego, choć oczywiście nie codziennie, bo interesują mnie nowe zespoły. Chodzę na koncerty rockowe – właśnie wróciłam z Coachelli w Kalifornii, gdzie widziałam świetny występ Radiohead. Na pewno jestem dojrzalsza i mniej impulsywna, niepewność już nie dominuje. Dużo bardziej potrafię się cieszyć życiem. Chyba udało mi się zatrzymać dobre rzeczy, a pozwolić odejść tym przykrym.

 

Praca nad filmem pozwoliła ci na nowo połączyć się z nastoletnią Mariną? 

Tak, jak najbardziej. Przechowuję duże pudło z rzeczami z lat 80., dzięki czemu mogliśmy użyć w filmie sporo moich starych przedmiotów, takich jak: ubrania, dzienniki – korzystałam z nich pisząc fragmenty scenariusza – zeszyty, książki, listy i karteczki, które przekazywaliśmy sobie w klasie.

Istotne jest, aby kobiety reżyserowały filmy – wtedy będzie nas więcej na każdym etapie produkcji – piszących scenariusze, zasiadających w jury festiwali, recenzujących filmy. Jeśli będzie więcej reżyserek, będzie więcej historii opowiedzianych z perspektywy kobiet. 

Klimat lat 80. w dużej mierze buduje ścieżka dźwiękowa.

Spędziliśmy sporo czasu i wydaliśmy kupę kasy na zdobycie tych kawałków. Pomyśl – mamy w filmie szesnaście piosenek, w tym osiem zagranicznych. Dla małej, niezależnej produkcji to wielki wydatek. Długo nie przychodziły odpowiedzi, wiele było odmownych. Zwłaszcza z jednym kawałkiem było sporo przejść – „Killing an Arab” The Cure. Słowa tej piosenki były wielokrotnie źle interpretowane przez rasistowskie grupy, używano ich w nieodpowiednim kontekście. Dlatego Robert Smith nie lubi jej wykonywać, a kiedy to robi, zmienia słowa na „kissing an Arab” lub „killing another”. Wiedziałam, że będziemy mieć problem, ale musiałam ją mieć. Przeczytałam „Obcego” Camusa właśnie z powodu tej piosenki, chciałam mieć tę historię w filmie. Trochę to trwało, dociekano dlaczego chcemy właśnie ten kawałek, aż w końcu jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć dostaliśmy zielone światło. Ale nie mieliśmy wtedy jeszcze zebranych pieniędzy.

 

Ile kosztuje taki kawałek?

Około 12 tys. dolarów. Nie jest to niemożliwa suma, ale wtedy nie mieliśmy w ogóle kasy. Więc nakręciliśmy film, włączając scenę z tym utworem i rok później odezwaliśmy się ponownie do zespołu. To było zaraz po ataku na Charlie Hebdo. Napisaliśmy, że chcemy zapłacić za utwór, który zgodzili się nam wcześniej udostępnić, a oni na to: „Co?! Kto się zgodził? Robert Smith chce, żeby wszyscy zapomnieli, że kiedykolwiek napisał ten kawałek”. Koszmar. Negocjacje trwały dwa miesiące, byłam zdesperowana: „Powiedzcie Robertowi Smithowi, że zrobię strajk głodowy przed jego domem!”. Zrobiło im się mnie żal, przekazali mu list, w którym wyjaśniłam, dlaczego tak pragnę właśnie tej piosenki. W końcu się zgodził. Robercie Smithie – kocham cię!

 

Jak nie porzucić projektu, który jest tak rozwleczony w czasie i napotyka tyle przeszkód?

Musisz zdecydować, o co warto walczyć. Nie uda ci się załatwić wszystkiego, to niemożliwe.

Inną sprawą, na której mi zależało był budynek szkoły, do której sama chodziłam. Bardzo chciałam kręcić właśnie tam. Zaczęli narzekać, że to kłopot, że ekipa filmowa będzie przeszkadzać. Dostałam trzy odmowne odpowiedzi, ale ja odparłam, że nie przyjmuję ich „nie”. Jedna znajoma powiedziała mi mądrą rzecz: traktuj swój film jak własne dziecko. Miałam to z tyłu głowy, jadąc na spotkanie z dyrektorem szkoły.

 

A w jakiej kwestii postanowiłaś dać sobie spokój?

Odpuściłam kilka kawałków innych zespołów, m.in. Talking Heads czy Madonny – byli zbyt drodzy. Cyndi Lauper zaczęła zadawać dziwne pytania odnośnie scenariusza, w stylu: dlaczego wujek wraca do Brazylii skoro ma AIDS? Tak jakby USA było jedynym miejscem na świecie, gdzie można się leczyć.

 

Ekipa filmowa „Kalifornii” składała się głównie z kobiet. Celowo?

Na planie byli mężczyźni, ale szefowymi wszystkich działów były kobiety – od operatorki kamery przez producentkę po scenografkę. Tylko montażem zajmował się mężczyzna. To nie było celowe, tak się po prostu złożyło. Kompletowaliśmy ekipę w 2013 roku, czyli przed „wiosną feminizmu” czy tą nową falą feminizmu, która wybuchła pod koniec 2014 roku. Nie byłam jej świadoma, podobnie reszta ekipy. Po prostu czułam potrzebę bycia otoczoną przez kobiety, posiadania kobiecej wizji za kamerą. Czułam się swobodniej, rozmawiając z producentką, która przeżyła lata 80. Ale to tym bardziej pokazuje, jak istotne jest, aby kobiety reżyserowały filmy – wtedy będzie nas więcej na każdym etapie produkcji – piszących scenariusze, zasiadających w jury festiwali, recenzujących filmy. Jeśli będzie więcej reżyserek, będzie więcej historii opowiedzianych z perspektywy kobiet. W Brazylii właściwie nie ma krytyczek filmowych. To się powoli zmienia, ale nie wiem, ile jeszcze zajmie lat wyrównanie tej sytuacji.

Wiesz, że w całej historii Cannes Złotą Palmę otrzymała tylko jedna kobieta – Jane Champion? W dodatku musiała się nią podzielić z Chen Kaige? To samo, jeśli chodzi o Oscary – tylko jedna produkcja wyreżyserowana przez kobietę otrzymał nagrodę dla najlepszego filmu – The Hurt Locker – film wojenny.

 

A jak wygląda sytuacja w Brazylii, jeśli chodzi o filmy dokumentalne?

Trochę lepiej. Sporo dokumentów jest reżyserowanych przez kobiety.

Widziałam ostatnio ciekawe wyniki badań dotyczące płci w brazylijskiej kinematografii. W szkole filmowej jest mniej więcej po połowie, jeśli chodzi o reżyserię – kobiety robią ok. 20% filmów rocznie, ale jeśli chodzi o produkcję, ta liczba wzrasta do ok. 75%. Mężczyźni reżyserują, kobiety produkują. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje.

 

3 kalifornia wywia 

W jaki sposób trafiłaś ze szkoły filmowej do MTV?

Trochę przez przypadek. O ironio losu, po 20 latach dyktatury pierwszym demokratycznie wybranym prezydentem został Fernando Collor, który wstrzymał wszelkie dotacje na produkcję filmową. Więc kiedy opuściłam uczelnię, nie powstawały żadne długometrażowe filmy, byłam bezrobotna. Znajoma aktorka pracowała dla MTV i powiedziała mi, że szukają kogoś w produkcji. Później zaszła w ciąże, więc zastąpiłam ją przed kamerą. Zawsze myślałam, że będę tam tylko jeszcze jeden rok. Gdyby ktoś kiedyś powiedział mi, że zostanę 18 lat, powiedziałabym mu, że chyba oszalał.

 

Ale czułaś się szczęśliwa w tej roli?

Tak, naprawdę to lubiłam. Teraz mam swój program w stacji poświęconej sztuce. Mimo wszystko MTV to była praca marzeń – mogłam mówić o muzyce i filmach! I jeszcze mi za to płacili (śmiech).

 

Jakie wyzwania wiązały się z pracą z młodymi aktorami?

Clara [Gallo] nie miała filmowego doświadczenia, ale coś podczas przesłuchania podpowiedziało mi, że to Estela. Miała cechy, które wyobrażałam sobie u mojej bohaterki – widać po niej, że dużo w niej siedzi i nie potrafi tego z siebie wyrzucić. Oczywiście zrobiliśmy wiele prób i ćwiczeń, ale to naturalny, wielki talent. Caio [Horowicz] występował wcześniej w jednym serialu, ale nie ze względu na to go zatrudniłam. Po prostu tak świetnie wypadł na testach, że od razu wiedziałam, że to musi być on.

Mam nadzieję, że będę mogła z nimi jeszcze kiedyś pracować, bo mimo że byli niedoświadczeni, bardzo się oddali tej produkcji. O scenie seksu dużo dyskutowaliśmy. Clara nie widziała w niczym problemu, natomiast Caio miał wtedy dziewczynę i trochę się martwił, co ona pomyśli. Okroiliśmy ekipę, tego dnia na planie byłam tylko ja i operatorka kamery. Kręciliśmy bez dźwięku, a ja ciągle gadałam: teraz się pocałujcie, przytulcie, połóżcie – atmosfera była totalnie nie seksowna. Kiedy Clara i Caio śmieją się w tej scenie – śmieją się ze mnie.

 

Czy pracując nad „Kalifornią” zastanawiałaś się, kto będzie odbiorcą filmu? Nastolatkowie czy może ich rodzice?

Kiedy kręciliśmy, w ogóle się nad tym nie zastanawiałam, inaczej oszalałabym. Myślałam, że chcę zrobić film, który sama chciałabym obejrzeć. Ale potem, przed premierą, sporo o tym rozmawialiśmy. W końcu wystartowaliśmy z dużą kampanią pokazującą podobieństwa między dawną komunikacją i byciem online: np. odpowiednikiem WhatsAppa są karteczki w klasie, Skype'a – nagrywanie wiadomości na kasetę i wysyłanie jej pocztą, a ściany na Facebooku – prawdziwa ściana w pokoju Esteli, do której przyczepiała mapę, zdjęcia, listy. Na film wybrali się zarówno nastolatkowie, dorośli, jak i rodzice z dziećmi – co mnie zaskoczyło, bo pomyślałam, że chyba nie chciałabym obejrzeć tego filmu z moimi rodzicami. Jednak podobno stał się dla niektórych pretekstem do dyskusji w domu na temat seksu, narkotyków i innych trudnych spraw.

 

Z wywiadów, których wcześniej udzieliłaś, wynika, że bardzo lubisz filmy o nastolatkach. Co sądzisz o „Dzieciakach” Larry'ego Clarka?

Wspomnienie tego filmu przenosi mnie w miejsce, którego nie lubię. Jest zbyt mocny. Chodzę na wszystko Clarka, ale nie biorę z niego przykładu, wręcz przeciwnie – to dla mnie swego rodzaju „antyinspiracja”. Lubię oczywiście naturalność w jego filmach, ale ona pociąga za sobą coś bardzo niepokojącego.

Prawdziwą inspiracją do zrobienia filmu o nastolatce były te obrazy, które oglądałam jeszcze w latach 80. – na przykład „Breakfast Club”. Innym filmem, który trochę się przedawnił, ale wciąż go lubię, jest „The Outsiders” Francisa Coppoli. A już po nakręceniu swojego filmu obejrzałam „Boyhood” – niesamowity! Podziwiam wszystkie filmy Richarda Linklatera, m.in. „Dazed and Confused”.

 

Masz już pomysł na nowy projekt?

Następna fabuła będzie również o młodych ludziach, ale na późniejszym etapie życia – o studentach. Scenariusz jest już napisany, szukam tylko funduszy.

 

Kolejne filmy – kolejne etapy życia?

(śmiech) Tak, może kiedyś zrobię film o starości. Teraz wychodzi sporo dobrych produkcji na ten temat. Między innymi dlatego, że dobrzy aktorzy też się starzeją.

1 kalifornia wywia 

Fot. materiały prasowe 

Instagram enter The Room

Sorry something went wrong. Here is the possible list of errors:

  • Error loading user data