W pierwszej chwili, gdy wejdziemy do pokoju, gdzie pracuje pisarz i scenarzysta Jarosław Kamiński, naszą uwagę zwraca nie tylko zawrotna ilość książek, które zajmują wszystkie cztery ściany, ale i rozłożone na podłodze przyrządy do ćwiczeń – drążki, ciężarki, mata, piłka gimnastyczna…

Łukasz Saturczak: Rozumiem, że to miejsce nie tylko do ćwiczeń intelektualnych, ale i fizycznych.

Jarosław Kamiński: Kiedyś swój pokój do pracy traktowałem niemal jak jakąś świątynię. Tu zajmowałem się tylko kwestiami ducha. Żadnych przyziemnych spraw. W końcu dotarło do mnie, że fizyczny aspekt pracy pisarza jest nieusuwalną częścią procesu pisania. Dotarło w bardzo bolesny sposób w postaci kolejnych dolegliwości. Oczywiście po latach ślęczenia przy komputerze przez wiele godzin dziennie to nic zaskakującego. Ale trzeba się bronić! I właśnie dlatego zaczęły się tu pojawiać kolejne przedmioty tortur.

1 reading room 

Wielu pisarzy przerywa pracę i biega.

Wolę stretching, czyli po prostu rozciąganie. Uleastycznia człowieka, niweluje napięcia mięśniowe. Dobrze pisać na maksymalnym rozluźnieniu. Wtedy ma się wrażenie jakby ciało pomagało duchowi, jeśli takie rozróżnienie w ogóle ma sens.

 

A to co za gadżety?

Wałek do masowania pleców, dysk rehabilitacyjny...

 

Co tu robi ta skarpeta?

Wkładam w nią dwie piłki tenisowe i masuję plecy. Idealanie rozluźnia się w ten sposób napięcia mięśniowe wzdłuż kręgosłupa.

 

Kilka siedzisk.

Siadam raz na krześle, innym razem na klękosiadzie czy na piłce rehabilitacyjnej. Trzeba zmieniać miejsca siedzenia. To trochę jak ucieczka przed bólem, Mam wrażenie, że w ten sposób umknę przed nim na kolejne siedzenie. A ból zostanie z niczym. Oczywiście to złudne. Szczerze mówiąc, to sposób na zajęcie głowy czymś innym niż dolegliwości. Ból bardzo dekoncentruje.   

 2 reading room

Ernest Hemingway pisał na stojąco.

Ale wtedy trzeba pochylać głowę w stronę klawiatury komputera, no i natychmiast daje o sobie znać kręgosłup szyjny. Chyba nie ma sposobu na zdrowe pisanie.

 

No dobra, przejdźmy do półek.

Najbliżej biurka trzymam książki z filozofii. Lubię „widzieć” swoich bohaterów i to, co im się przytrafia w rozmaitych kontekstach intelektualnych, w tym filozoficznym. Równocześnie unikam prostego przekładania koncepcji konkretnego, nawet uwielbianego, filozofa na powieści. Wierzę, że literatura dysponuje własnymi narzędziami analizy rzeczywistości i człowieka. Nadmiar filozofii mógłby tylko zaszkodzić tej autonomii. Skończyłoby się na pisaniu pod tezę.

 

Sporo tu prac Michela Foucaulta.

To dla mnie najważniejszy filozof. Fascynuje mnie jego archeologia intelektualnej rzeczywistości Zachodu. Dogrzebywanie się do źródeł współczesnych instytucji, zjawiski, pojęć. Rzeczy zdawałoby się oczywiste zostają zakwestionowane. Również opisywane przez niego relacje wiedzy i władzy otwierają oczy na to, jak funkcjonuje sfera intelektualna.

 

I jakie konstatacje?

Jest podejrzanie podatna na flirt z tymi, którzy zarządzają przemocą. Nie tylko fizyczną, również instytucjonalną, finansową itp.

 

A życie Michela Foucaulta?

Uważam za egzemplaryczne dla naszej epoki. 

 4 reading room

Z kilku jego historii można zrobić osobne opowieści, niedawno ktoś opisał jego pobyt w Warszawie.

Niestety nie znam tej książki. Foucault zdaje się miał romans z młodym Polakiem, co wykorzystała bezpieka. I filozof musiał opuścić Polskę. Dla mnie jednak ciekawsza była jego podróż do Doliny Śmierci w Kaliforni. Wziął jakieś narkotyki i odleciał. Z tego, co opowiadał, a opowiadał niewiele, takie doświadczenia trzyma się na ogół tylko dla siebie, miało dojść do niemal mistycznego widzenia. Fascynująca jest kwestia mistycznego wglądu ateistów w rzeczywistość. Czego właściwie się doświadcza?

 

Stąd już blisko do religii, regał obok.

A tu na przykład mamy dzieła zebrane św. Teresy z Avili. Jej koncepcja architektury duszy jako budowli z licznymi mieszkaniami jest niesamowita. Cóż, uważam się za religijnego ateistę.

 

Takie okazy tylko w Polsce.

Zgadza się. Wewnętrzne sprzeczności utrudniają życie, ale stanowią świetną pożywkę dla pisania. Łatwiej zrozumieć ludzi, z którymi nic nas nie łączy. A poza tym bez religii trudniej bada się człowieka. Wiele form nowoczesnego życia to jedynie zeświecczone wersje pojęć i rytuałów religijnych. Czasem trzeba sięgnąć do „oryginałów”, żeby zrozumieć o co chodzi w ich współczesnych, już zsekularyzowanych wersjach.

 

Intelektualna archeologia à la Foucault?

Coś w tym stylu.

 

Ta religijność ateistyczna chyba wykracza poza jedno miłościwie nam panujące wyznanie. Tu nad książkami góruje kopia ikony Andrieja Rublowa.

Kiedyś często jeździłem do dawnego Związku Radzieckiego. Fascynowało mnie prawosławie, duchowość wschodniego kościoła. W tamtych czasach cerkwie zamieniano na „muzea ateizmu” albo pozwalano popadać w ruinę, byle tylko nie promieniowały swoją obecnością na społeczność. Kiedy  udało się wytropić taki zabytek – a nie zawsze to było łatwe, władze nie lubiły „religianckiej” turystyki  doświadczało się niesamowitych wrażeń. Choćby w Kijowie... mają zachowane cerkwie z XI wieku. Natychmiast człowiekowi przechodzi wyższościowe myślenie o sąsiadach i przestaje się mieć ochotę na cywilizowanie wschodnich barbarzyńców”. Niestety idea „nawracania” Wschodu na cywilizację łacińską znowu do nas wróciła. To zresztą nie jedyny przykład, jak to nazywam, wielkiego powrotu starych, zdawałoby się skompromitowanych idei. O tym zjawisku pisałem w mojej poprzedniej powieści  „Wiwarium”.

 

A tu jakieś dzikie pola, zbieranina bez ładu i składu...

Niezupełnie. Trochę tu historii sztuki, coś o muzyce... aha i widzę, że jest i architektura... Niby zbieranina bez klucza, ale wiem, gdzie się co znajduje. Mniej więcej...

 

No i wreszcie  zaczyna się proza.

Nad tymi półkami panuję twardą ręką.

5 reading room 

Mniej ważne książki stoją  w drugim rządku?

Taki a nie inny układ to kwestia naturalnego procesu życia książki w tym pokoju. Najpierw czeka na lekturę, narzuca się okładką albo niesprecyzowaną bliżej obietnicą... przyjemności lektury, wglądu egzystencjalnego w człowieka, artystycznego odkrycia itp. Potem znika gdzieś w tylnych rzędach, a w końcu ląduje w piwnicy. Kocham książki, ale nie lubię, gdy mnie za bardzo przytłaczają, gdy zabierają całą przestrzeń, powietrze. Ja też tu muszę trochę pożyć!

 

Sporo mniej znanych autorów.

Rzeczywiście... Lubię wynajdywać pisarzy niekanonicznych, idących własną drogą i przez to mniej znanych. Szukali nowych dróg w literaturze, byli nonkonformistami, a to inspirujące. Czasem  interesujące nazwisko podrzucają znajomi, innym razem wyczytuję je w starych pismach literackich. Okazuje się, że w czasach PRL przetłumaczono sporo świetnych autorów. Weźmy takiego Eça de Queirós. Fenomenalny pisarz portugalski. XIX wiek, niesamowity wgląd w człowieka, świetne wielowymiarowe portrety, szczególnie kobiet. Stawiam go na równi z Flaubertem i Bolesławem Prusem. A tutaj moje ostatnie odkrycie: włoski pisarz Guido Morselli. Przeżył załamanie nerwowe, gdy po raz kolejny nie znalazł wydawcy swojej powieści i popełnił samobójstwo. Co smutne, jeden z jego utworów odrzucił wielki pisarz Italo Calvino. Ileż zła wyrządzają jedni pisarze drugim, szczególnie wielcy tym mniej uznanym.

 

Tutaj już dramaturgia.

To taka moja „umarła klasa”. Arcydzieła minionej fascynacji. Przestałem kupować dramaty, bo zrezygnowałem z ich pisania. Mimo ośmiu premier daleko było do satysfakcji z życia teatralnego.

 

A to kolejny regał ze wszystkim.

Literackie mydło i powidło. Eseje Huisingi, felietony Słonimskiego, jakaś przypadkowa powieść, trochę literatury popularnej. O, jest kryminał Chandlera i... niech no spojrzę... dwie powieści Philipa Dicka.

 

A to co?

Hmm... „Emmanuelle”. To moja tak zwana „guilty pleasure”. Trudno się przyznać do jej lektury, ale cóż... Literatura frywolna ma swój urok. Taki miszmasz wysokiego i niskiego na jednej półce wymusza na mnie od czasu do czasu refleksję nad kanonem literackim.

 

Kanony istnieją? One głównie sprowadzają się do tego, że ewentualnie do literatury europejskiej dorzucimy coś z Azji i Afryki. Te zestawienia dziś są chyba niemożliwe.

Wszelkim kanonom zarzuca się totalitarne zakusy. Z nie całkiem jasnych powodów coś wynosi się na piedestał, a coś innego wyrzuca na margines, skazuje na zapomnienie. Z drugiej strony w czasach, gdy każdy, kto napisze książkę, uważa się za literata, zaś rynkiem rządzi marketing, ogłaszający co tydzień nowe „arcydzieło” albo „przełom w literaturze”, przydałby się jakiś punkt odniesienia. W miarę obiektywny, w miarę pokazujący „na przykładach”, czym jest literatura, czym jest dobra powieść. Kanonem rozumianym dość swobodnie, jako szczyt możliwości literatury w danej epoce można by się posłużyć przy ocenie  nowych powieści. Czy i one chciały być równie maksymalistyczne w zadaniach stawianych powieści? Czy jednak zwyciężył konformizm? Albo autorowi zabrakło świadomości warsztatowej? Ciekawe, że ci sami humaniści, którzy odrzucają „myślenie kanonem” jako coś totalitarnego, dziwią się później, że celebryta ma w czasie targów książki więcej czytelników z egzemplarzem swojego dzieła do podpisu niż autor wyrafinowanej literatury pięknej.

6 reading room 

A tu widzę „Portret damy” Henry'ego Jamesa po angielsku i „Biesy” Dostojewskiego po rosyjsku.

Półka Babel. Tu mieszają się języki: te, w których czytam, z tymi, w których chciałbym czytać albo wydaje mi się, że potrafię... aż do pierwszej próby. Może kiedyś, kto wie. Nie ustaję w wysiłkach.

 

A tu książki o pisaniu scenariuszy, powieści i rozmowy z reżyserami...

...których już mi się nie chce czytać.

 

Dlaczego?

Dysproporcja między społeczeństwem, w którym żyli, a Polską jest tak duża, że czyta się je często jak science fiction. Wolę się skupić na tu i teraz.

 

Ale w temacie pozostajesz.

Czytam przynajmniej jedną książkę o zasadach pisania w roku. Warto sobie przypominać warsztatowe oczywistości. Właściwie rzeczy podstawowe najłatwiej się zapomina. Chodzi też o uaktywnienie warsztatu”. Łatwiej wtedy podejmuje się kluczowe decyzje literackie. No i dokonuje się ich świadomie a nie zdając się tylko na intuicję, przyzwyczajenie albo wyuczone reakcje. 

 

Udaje ci się rozdzielić pracę scenarzysty i pisarza?

Przy pisaniu scenariusza mam ograniczoną suwerenność, bo pracuję w zespole. Albo z innymi scenarzystami, jak w przypadku serialu „Pakt 2”. Albo z reżyserem  jak w przypadku scenariuszy fabuł. Poza tym na kolejnych etapach pracy nad filmem dochodzą inni ludzie: aktorzy, kompozytor, scenograf itp. Scenariusz nie jest finalnym efekt procesu twórczego, jakim jest produkcja filmowa. Z kolei przy pisaniu książki spora część wysiłku polega na tym, żeby nie pisać jak scenarzysta. Zarówno jeśli chodzi o język tekstu, jak i sposób konstruowania fabuły i bohaterów. 

 

Jak już jesteśmy przy konstrukcji, to od pierwszych stron wiemy, jaki będzie finał twojej nowej powieści Tylko Lola”, ważniejsze jest napięcie, jego stopniowanie.

Bo „Tylko Lola” to przecież nie kryminał. Bardziej chodziło mi o zestawienie losów dwóch bohaterek, porównanie ich wyborów moralnych, konsekwencji, jakie ze sobą niosły. Napięcie nie bierze się więc z pytania typowego dla kryminału: kto zrobił coś złego, ale czy mógł postąpić inaczej i co z tego wynikło dla bohaterek powieści.

 

Próbuję dostrzec stosik książek pomocnych przy pisaniu Tylko Loli”.

Już go nie ma, po skończeniu powieści staram się jak najszybciej zapomnieć o całej drodze, którą przeszedłem. W tym o lekturach. Nowa rzecz wymaga świeżego spojrzenia, nowych przemyśleń i  nowych lektur. W pewnym sensie nawet warsztatu pisarskiego uczę się od nowa.

 

Zdradź przynajmniej kilka najważniejszych tekstów, wykorzystanych w pracy nad „Lolą”.

Mój wiek” Aleksandra Wata to bardzo subiektywne, ale fascynujące spojrzenie na życie ideowe polskiej i żydowskiej inteligencji przed II wojną światową. „Dzienniki” Mieczysława Rakowskiego pomagają zrozumieć lata 60. w PRL. A to w tamtych czasach rozgrywa się główna część powieści. No i wreszcie wspomnienia Juliusza Hibnera spisane w formie wywiadu przez jego żonę. Intrygująca lektura. Dzięki niej utwierdziłem się w przekonaniu, że niektóre rozwiązania fabularne opisane w „Loli” były możliwe. Np. Hibner, żeby walczyć w wojnie domowej po stronie Republiki, dotarł do Hiszpanii, jadąc „na nielegalu” przez całą Europę i to zimą.

 

Tak jak twoje bohaterki.

Właśnie! Chociaż jako komunista gardził anarchistami, a Lola i Lidia uważały się za anarchistki. Od razu dodam, że research traktuję jako sposób na wyznaczanie granic prawdopodobieństwa. Chcę wiedzieć, co działo się z ludźmi w opisywanej epoce, jak żyli, jak mieszkali itp. Pozostawiam sobie jednak prawo „twórczej korekty” przeszłości znanej z podręczników i wspomnień. Przecież nie piszę prac naukowych ani powieści historycznych w ścisłym sensie.

 

Ale przecież opowiadasz o zderzeniu człowieka z historią.

I to najczęściej tą wielką i bezwzględną jak w pierwszej powieści pt. „Rozwiązła”. Po moich bohaterkach przejeżdża walec historii. Taka była rzeczywistość w naszym regionie. I to doświadczenie zobowiązuje nas do refleksji nad historią.

 

Wróćmy do regałów, tutaj masz eseistykę.

Ciągle się pozbywam rzeczy związanych z historią literatury. Rodzime literaturoznawstwo mocno się zestarzało. Co mówię bez satysfakcji. Powieści pewnie też to dotyczy.

 

A tu już klasycy.

To chyba najważniejszy regał, moje pierwsze literacki fascynacje: Balzac i Stendhal, potem Gombrowicz i Bruno Schulz. No i wreszcie najważniejsza dla mnie postać. Marcel Proust. „W poszukiwaniu straconego czasu” to dzieło totalne. Jest tu wszystko, łącznie z rodzajem objawienia wykraczającego poza religie instytucjonalne.

 

Kolejny religijny ateista?

Jak widać, nie da się za daleko uciec od tych pierwszych fascynacji. W poszukiwaniu straconego czasu” to rzecz, którą przeczytałem najwięcej razy w życiu. Może jeszcze tylko Gombrowicza...

 

Całego?

Tak. To część naszego kulturowego DNA. Nawet jego przeciwnicy noszą go w sobie. Mam nadzieję, że kiedyś ten gen się w nich uaktywni. Gombrowicz to przecież niedościgniony wzór patrzenia na literaturę, na człowieka. I na Polskę. 

Fot. Łukasz Saturczak 

Instagram enter The Room

Sorry something went wrong. Here is the possible list of errors:

  • Error loading user data