Andrew Wyeth „Christina's World”

Spotykam się z Maciejem Płazą, tłumaczem i pisarzem w jego domu na poznańskim Grunwaldzie na kilkanaście dni przed premierą jego nowej powieści „Robinson w Bolechowie”. Jest ciemno i mokro, jesień coraz bardziej gości w Polsce, a my widzimy się późnym popołudniem. Mrocznego klimatu naszemu spotkaniu dodają ustawione obok siebie tomy mistrza horroru  Lovecrafta, którego Płaza od lat tłumaczy.

Łukasz Saturczak: Do Poznania przyjechałeś spod Sandomierza, ziemi, gdzie rozgrywa się akcja twojego debiutu, czyli powieści „Skoruń”. Chciałeś jak najdalej od domu? Nabrać dystansu?

Maciej Płaza: Nie wyjechałem z Sandomierza, żeby uciec. Lubię być blisko domu. 

 

Zacznijmy więc od początku. Twoim głównym zajęciem jest tłumaczenie. Masz twardy plan dnia? Jak bohater twojego doktoratu Stanisław Lem wstajesz przed świtem?

Wstaję wcześnie, ale to pojęcie względne. Teraz jest to szósta, a jeszcze niedawno wcześnie dla mnie oznaczało pracę od siódmej. Lem był skrajny, wstawał o czwartej rano. Piję mocną kawę, ale lubię być jeszcze w stanie lekkiego transu, który serwuje ci niedospanie. Bardziej się wtedy skupiam, bo mniej rzeczy mnie rozprasza.

3 maciej plaza robinson w bolechowie wydawnictwo wab 

Maciej Płaza, fot. Anna Żebrowska

Do tłumaczenia niedawno doszło pisanie. Twój debiut „Skoruń”, o którym wspomnieliśmy, rozgrywa się w twoich rodzinnych stronach. Długo ta historia w tobie siedziała? A może długo siedziało napisanie powieści?

Te opowieści, oparte w jakimś stopniu na moim dzieciństwie, ale – podkreślam – w stopniu niewielkim, siedziały we mnie od dawna. Chęć ich napisania była we mnie przynajmniej od dekady. Dużo pisałem jako dzieciak i młodziak, na studiach polonistycznych pisanie zaczęło we mnie zamierać. Pisanie doktoratu jeszcze to spotęgowało. Po latach trudno było do tego wrócić. Musiałem sobie wymyślić odpowiednią formę. „Skorunia” pisałem dwa razy.

 

Kosz?

Zostawiłem postacie, przestrzeń, kilka epizodów, resztę usunąłem. Zmieniłem styl. Książka przeleżała pół roku i musiała zwyczajnie do mnie gadać, musiałem usłyszeć jej język, żeby z nią ruszyć. I popłynęło. Ale to też nie poszło szybko, bo przecież jednocześnie żyłem z tłumaczeń.

 

Sztywny plan?

Najpierw weekendy. Trudna praca. Później pomiędzy tłumaczeniami. To było mozolne. Musiałem wracać do wątków, sprawdzać. W recenzjach czytałem potem, że „Skoruń” jest dopracowany, precyzyjnie skonstruowany – to wzięło się stąd, że wiele razy tę książkę czytałem, bo musiałem sobie nieustannie przypominać, co napisałem wcześniej. 

5 Skorun 

Fot. materiały prasowe

Ciekawe były dzieje „Skorunia” – książka wyszła, dostała dobre recenzje, ale gdzieś przepadła na rynku, zwłaszcza, że w tym samym czasie pojawiła się inna powieść o podobnej tematyce, czyli „Podkrzywdzie” Andrzeja Muszyńskiego. Kiedy jednak pojawiły się nagrody i nominacje, „Skoruń” dostał drugie życie.

Zaczęło się. A wtedy już napisałem nową książkę „Robinson w Bolechowie”, która właśnie wychodzi.

 

[Z kuchni przechodzimy do pokoju, gdzie Płaza pracuje, zwraca uwagę regał z książkami Stanisława Lema, o którym pisał doktorat.]

 

Nie jesteś książkowym fetyszystą, różne wydania, kolejność przypadkowa…

Gdy pojawiła się seria „dzieł zebranych” Lema przygotowana przez Wydawnictwo Literackie, byłem jeszcze biednym doktorantem. Później uzupełniałem braki wydaniami Agory, w których są ciekawe dodatki i komentarze.

 

Wróćmy do pracy, bo kilka regałów obok widzę Lovecrafta, którego tłumaczysz. Czy przekładasz tylko ulubionych autorów, czy bywa różnie?

Powiedzmy, że pół na pół.   

 

Na szczęście w przypadku Lovecrafta masz do czynienia z pisarzem, który w Polsce, co mnie zaskoczyło – przyznaję – jest niezwykle popularny.

Tak, te tomy sprzedawały się całkiem nieźle.

 

Ty wyrastasz z tej literatury? Doktorat z Lema, tłumaczenie Lovecrafta, obok widzę całkiem pokaźną kolekcję Ballarda.

Moje związki z literaturą fantastyczną są bardzo kapryśne. Science-fiction zasadniczo nie lubię, a fantasy jeszcze mniej. Zawsze jednak lubiłem Lema, po prostu jako Lema, wybitnego pisarza i myśliciela. Ballarda lubię bardzo, ale i u niego nie szukam fantastyki. Zawsze natomiast lubiłem literaturę grozy. Kontynent literatury fantastycznej znam więc w bardzo wąskich wycinkach.

 

To czego tam szukałeś?

Nie licząc Lema, przede wszystkim grozy. Od Poego zaczynając. Zobacz, ile było niesamowitości już w literaturze XIX-wiecznej. Taki William Hope Hodgson ze swoją książką „Dom na granicy światów” był jednym z prekursorów surrealizmu. Albo walijski pisarz Arthur Machen, którego książki ostatnio zaczęły się w Polsce pojawiać. Jego powieść „The Hill of Dreams” była dla wielu książką kultową, czytał ją np. Henry Miller. Sam bym ją chętnie przetłumaczył. Dużo tego tu mam, w PRL-u wychodziło wiele antologii literatury niesamowitej, patrz tutaj np. Maupassant… Zwłaszcza jesienią, zimą są to idealne lektury.

 

Inspirujesz się, pisząc nową rzecz?

Nie. Gdy piszę, niewiele czytam innych autorów. Raczej trochę zrywami, ale głównie książki, które już znam, żadnych nowości. Słucham za to dużo muzyki.

 

„Skoruń” dał ci napęd do pisania kolejnej książki?

„Skoruń” miał być książką na rozpęd, jest napisany skromnie, bo miał być skromny. Mam zawsze kilka równoległych pomysłów na książki i w mojej głowie dokonuje się proces selekcji, dość przypadkowy, bo czasem znikąd nagle pojawia się pomysł, jak w przypadku nowej powieści, czyli „Robinsona w Bolechowie”.

 

Znów wieś?

Nie tyle, co w „Skoruniu”.

 

Wpychano cię w tę szufladkę z Muszyńskim i Małeckim, jako nowych pisarzy prowincji.

Tak, ale tutaj się z tej szufladki trochę wymykam.

 

To czego będzie więcej?

Malarstwa. Zainspirował mnie Andrew Wyeth, którego obrazy znalazły się na okładkach „Skorunia” i „Robinsona…”

[Autor wyciąga albumy amerykańskiego malarza.]

Podkradłem fragment jego biografii. A w tym roku pojechałem do USA, żeby lepiej poznać jego sztukę.

 

Specjalnie?

Chciałem zwiedzić Providence, miasto Lovecrafta, oraz dwa miejsca związane z życiem i twórczością Wyetha. W tym roku wypadało stulecie urodzin, w USA były sporo jego wystaw. Ciągle istnieją miejsca, które malował: farmy, budynki.

2 Hwinter 1946 1690px 

Andrew Wyeth „Young Bull”

Inspirujące?

Bardzo.

 

Książki cię w czasie pisania nie inspirowały, ale sztuka już tak? Pisarze często wykorzystują te motywy w twórczości, jak zdjęcia, żeby oddać klimat, u ciebie było to malarstwo Wyetha.

To było główne źródło.

[Oglądamy albumy.]

Jak go poznałeś?

Z notki w „Wyborczej”, którą opublikowano, gdy zmarł. O widzisz, tutaj jest modelka, którą malował przez piętnaście lat w tajemnicy przed żoną. Pokłosiem tego romansu było dwieście prac. Większość tych albumów kupiłem w internecie, niektóre to egzemplarze wycofane z bibliotek, można takie kupić bardzo tanio. W tym są np. prace przedstawiające farmę Kuernerów, niemieckich osadników, sąsiadów Wyetha. Wyeth był świetnym akwarelistą, ale też mistrzem tempery, techniki, w której pigment miesza się z żółtkiem jajka, bardzo trwałej, ale piekielnie trudnej. Używano jej głównie w renesansie. Mam sporo jego albumów.

 

Będąc na chwilę przed wydaniem drugiej powieści, dalej jesteś w miejscu, gdzie chciałbyś łączyć pisanie i tłumaczenie? Czy idealne byłoby samo pisanie?

Lubię tłumaczyć, wciąż sprawia mi to przyjemność, choć tłumaczenie na zamówienie, dla pieniędzy, trochę zaczyna mnie nużyć. Idealnie byłoby tłumaczyć to, na co się ma ochotę.

 

Tempo póki co masz dobre.

Myślę, że tak. „Skoruń” dał mi napęd.

 

A w głowie już kolejna książka?

Tak.

4 maciej plaza robinson w bolechowie wydawnictwo wab 

Fot. materiały prasowe