Fot. Tomasz Grzybowski

Człowiek z pasją, pomysłem i przeogromnym apetytem na życie. Bardzo aktywna, uprawia przeróżne sporty, ale ze wszystkich żywiołów najbardziej kocha powietrze, niebo jest jej bliskie. Od 2009 r. skacze ze spadochronem i lata w tunelu aerodynamicznym. 

Długo można by wymieniać formacje i rekordy spadochronowe, w tym wertykalne, w których brała udział w Polsce, Europie i na świecie, często jako jedyna osoba z naszego kraju, cały czas intensywnie pracując zawodowo. W 2016 roku była członkinią Kadry Narodowej jako kamerzystka 4-osobowej formacji No Mercy, w 2015 roku była uczestniczką i organizatorką pierwszego Wertykalnego Rekordu Kobiet Polski. W 2017 roku zrobiła kurs sędziowania tunelowego w kategorii freestyle, dynamic i vfs. Ma na swoim koncie ponad 2,5 tysiąca skoków i setki godzin w tunelu. Tytan pracy, chociaż mówi, że robi to, co robi, dzięki planowaniu. Wyznaje zasadę, że najważniejsze to nie siadać, żyje w locie, z czego bez wątpienia uczyniła sztukę. Świat to dla niej gigantyczny plac zabaw, jej supermocą jest bycie sobą i dzieckiem w dorosłej skórze. Kobieta rakieta, inspiruje i imponuje. Kiedy myślę o Olimpii, widzę pełnego spokoju, buddyjskiego mnicha, z pełnymi żaru oczyma, jak leci nad górami, głową w dół i się uśmiecha.

Pewnego razu w Gdańsku rozmawiamy o tym, dlaczego zaczęła skakać i o wychodzeniu ze strefy marzeń. Olimpia jest uśmiechnięta i wyluzowana, ale konkretna, od razu przechodzi do tematu. Kiedy dziękuję, że w ogóle zgodziła się spotkać, słyszę: „A nie masz tak, że jak coś cię pasjonuje, to jesteś w stanie opowiadać o tym godzinami?”.

 

Pamiętasz swój pierwszy skok? I jak zaczęło się twoje zainteresowanie skokami?

Byłam związana z lotniskiem, ponieważ najpierw latałam na szybowcach, i w końcu doszłam do wniosku, że skoro szybowiec może latać, to ja chcę umieć to zrobić swoim ciałem. Jesienią 2009 odbyłam kurs metodą na linę, zrobiłam 8 skoków z Antonowa (AN-2) ze spadochronu okrągłego L2 kadet. Samolot wzlatywał w tamtych czasach w okolice 3000 metrów. Z pracy zostałam wtedy oddelegowana do Moskwy. Miałam dużo szczęścia, bo mieszkałam poza centrum, ale dość blisko tunelu. Zaprzyjaźniłam się z chłopakami, którzy tam szkolili i zabrali mnie na skoki w Kołomnej. Dokończyłam szkolenie ze spadochronu typu skrzydło. Wiosną wróciłam do Polski, do aeroklubu. Na początku sezonu otwierała się strefa we Włocławku, gdzie w czerwcu był organizowany rekord kobiet, w którym wzięłam udział. Jak pojechałam do Włocławka, to związałam się z tą strefą. Latem w szkole zewnętrznej zrobiłam kurs pilotażu na samoloty. Swój pierwszy skok doskonale pamiętam też dlatego, że ani wysokość, ani przestrzeń nie były dla mnie problemem. Stałam w drzwiach i wyrzucający miał mnie klepnąć w ramię i powiedzieć „skok”. Jakieś trzysta razy pytałam go, czy to już. Także taki był pomysł, tak to się zaczęło. Uprawiałam w dorosłym życiu mnóstwo sportów. Na studiach dużo żeglowałam, jeździłam na nartach, na desce, zaczęłam też nurkować. W kategorii żywiołów powietrze jest mi najbliższe, będę rekomendować każdy sport, ale jakbyś kazała mi wybierać, to zawsze wybiorę skoki albo tunel. 

 1 Olimpia Patej

Fot. Anna Dyszkiewicz

Co czujesz podczas skoku i lądowania? Jak byś to opisała osobie, która nigdy nie skakała?

Przede wszystkim dla mnie skoki to poczucie niesamowitej wolności. Jeśli ktoś nigdy nie skakał, to myślę, że nawet gdyby wszyscy spadochroniarze świata mu opowiadali, jak to jest, to nie da się tego opisać. Poza tym zawsze jest wyobraźnia własna. Stanie w drzwiach samolotu jest niesamowite, widzisz ziemię z zupełnie innej perspektywy, wielką przestrzeń, niektórzy mówią, że wygląda to jak Google Maps. Kiedy lecisz to trochę jakby jechać 200 km/h po autostradzie i wystawić głowę za okno: czuć pęd powietrza, słychać lekki huk i czasami aż nie można oddychać. Kolejną fazą jest latanie po otwarciu spadochronu, zwłaszcza moment, kiedy otwiera się jego czasza i panuje nieopisana cisza. Sterowanie jest ciekawe, zwłaszcza dla początkujących – okazuje się, że to całkiem proste, lewo to lewo, prawo to prawo. Faza lądowania – uczucie radości z wylądowania, trudnej do opisania euforii. Każdy może mieć inne odczucia, dochodzi tu też kwestia radzenia sobie z adrenaliną i szybkość jej uwolnienia.

 

Widzisz teraz różnicę – przeżywasz skoki inaczej niż na początku?

Inaczej, ale w zasadzie każdy skok przeżywa się inaczej. Począwszy od prozaicznych powodów jak biometeo, stan psychofizyczny, dzień i humor, po inne, np. budowanie doświadczenia czy inny plan na skok. Są sytuacje, kiedy się czujesz bardziej lub mniej pewna, co powoduje, że lecąc na górę, w taki a nie w inny sposób układasz w głowie plan wyskoku. Żadnego skoku nie żałuję, każdy czegoś mnie nauczył, najwięcej oczywiście te zrąbane [Chodzi o skoki, które przebiegają inaczej niż zaplanowaliśmy. Może się na to złożyć wiele czynników. Czasami znaczenie mają mikroruchy naszego ciała, które sprawiają, że przemieszczamy się inaczej niż planowaliśmy, stres czy reakcje współskoczków, współpraca z innymi w trakcie skoku też jest bardzo ważna  – przyp. E. W.].

 

Boisz się przed skokiem?

Czy boisz się na zapas? Nie (śmiech). Za każdym razem jest to dla mnie przede wszystkim gigantyczna ekscytacja, super frajda. Odczuwam przemyślany, zdrowy lęk, ale nie boję się wsiąść do samolotu, a potem nie jestem jak przykuta do krzesełka. Jestem świadoma potencjalnych konsekwencji. W samolocie układam w głowie, co chcę zrobić, wizualizuję sobie skok. To nie jest tak, że dzień/tydzień wcześniej się boję. Hiszpański pisarz Zafon mówił, że tylko głupcy się nie boją. Myślę, że osoby świadome czy odważne znają zagrożenia, ale ich to nie paraliżuje, wiedzą, na co się piszą, to bardziej adrenalina motywująca niż stresująca.

 

Spadochroniarstwo jest twoim zdaniem niebezpieczne?

Na pewno jest to sport podwyższonego ryzyka, jak porównasz je z szachami, to jest strasznie niebezpieczne, jak z motocyklem, to spadochroniarstwo ma jednak lepsze statystyki – mniej jest wypadków śmiertelnych ze spadochronem. Bardzo ważna jest znajomość wszystkich konsekwencji: będąc kierowcą, pieszym, rowerzystą, wiesz, że możesz mieć wypadek na drodze; idąc na łyżwy, wiesz, że potencjalnie możesz się połamać. Wiem, jakie są konsekwencje, staram się w ramach prewencji zapobiegać tym, które są ode mnie zależne, wyrobić nawyk automatycznego reagowania w sytuacjach krytycznych czy sprawdzania sprzętu. Dla mnie zupełnie inną historią są wypadki losowe. Np. 3 lata temu zginęło nam 11 skoczków w katastrofie lotniczej. I jaki oni mieli na to wpływ? Równie dobrze mogli lecieć na Malediwy albo siedzieć w pociągu czy samochodzie. Jeszcze inna sprawa, którą bagatelizujemy, to splot kilku wydarzeń – pojedyncze zdarzenie samo w sobie nie musi być groźne, ale splot kilku może spowodować, że finał jest tragiczny. Czasami posiadanie takiej świadomości, działanie w mikroskali i eliminowanie pojedynczych błędów, może spowodować, że się nigdy nie skumulują w większą. .

 

Miałaś dużo niebezpiecznych sytuacji?

Miałam jedno ratowanie na samym początku, jeszcze w aeroklubie. Miałam szczęście, że to była jedna rozplątana sterówka, a to jedna z łagodniejszych sytuacji, jakie mogą się zdarzyć. Cieszę się, że przeszłam procedurę, wiem, jak działa moje ciało i moja psychika. Prewencja jest istotna, sprawdzanie, czy nic mi się nie odpięło, nie wysunęło, poproszenie kogoś kto siedzi z tyłu, żeby jeszcze w samolocie zerknął. Staram się dobierać dobry sprzęt i myśleć.

[Ratowanie to zastosowanie w praktyce procedury awaryjnej polegającej na wyczepieniu czaszy głównej i otwarciu spadochronu zapasowego. Rozplątana sterówka, to sytuacja awaryjna, kiedy linka sterownicza – linka idąca od czaszy do uchwytu, który trzymamy w ręku jest rozplątana. W tym wypadku jedna rozplątana sterówka prowadzi do asymetrii i wprowadzenia czaszy w lekki obrót – przy. E. W.]

 

Jaka była reakcja twoich bliskich na skoki?

„Oszalałaś, nie masz co robić?” Moja mama mówi np.: „Lataj wolno”, tylko że w skakaniu się to nie sprawdza. W większości wypadków są to komentarze pozytywne, podszyte troską, chyba nie usłyszałam niczego negatywnego.

 

W odpowiedzi na pytanie co dają ci skoki, cytujesz Leonardo Da Vinci: „Gdy już posmakowałeś lotu, zawsze będziesz chodzić po ziemi z oczami utkwionymi w niebie, bo tam właśnie byłeś i tam zawsze będziesz pragnął powrócić”. Myślisz, że od skoków można się uzależnić?

Tak, od adrenaliny można się uzależnić, od pewnej dawki wolności, zresetowania organizmu, umysłu i ciała.

2 Olimpia Patej 

Fot. archiwum prywatne

Uprawiasz wiele sportów, jak to wpływa na skoki?

Fizycznie tylko. Każdy sport wpływa na to, że bardziej czuję ciało. Na hasło „zrotuj barki” czy „miej więcej mocy w łydkach”, wiem, o co chodzi. Nie chcę powiedzieć, że spadochroniarstwo jest fizyczne, ale łatwiej uprawiać je osobom wysportowanym, niż takimi z dużą nadwagą czy bez kondycji.

 

Czasami, aby coś zyskać, trzeba coś stracić lub oddać w zamian. Skoki coś zabierają?

Nigdy nie myślałam o nich w ten sposób. Dostaję tyle w zamian, że skupiam się na plusach tej sytuacji. Wakacje raczej dyktuje mi kalendarz eventów spadochroniarskich, ale to mój świadomy wybór. Mogę wydać kilka tysięcy na urlop i leżeć pod palemką, a mogę za tą samą kasę poskakać. Podchodząc czysto ekonomicznie: pomnożenie 1000 skoków przez koszt pojedynczego może dać równowartość fajnego samochodu, 5000 skoków – domu. Być może ktoś wybrał, że nie chce mieć domu z basenem, ale cudowne, szalone, szczęśliwe życie, grupę specyficznych, starannie wyselekcjonowanych znajomych (śmiech). 

 

Czy skoki przekładają się na relacje z ludźmi? Znajomości z „nie-skoczkami” zmieniły się?

Przekładają się jak wszystko. Kiedy jedziesz na skoki, masz do czynienia z dużym otoczeniem, które bardzo często się zmienia, więc albo będziesz sama, albo nauczysz się nawiązywać szybkie kontakty i budować relacje, w takiej a nie innej perspektywie. Myślę, że dzięki skokom relacje z ludźmi bywają czasami zabawniejsze. Wydaje mi się, że weryfikuje się grono znajomych. Nagle z osobą, która ma totalnie inne zainteresowania czy inne podejście do życia i przestrzeni przestajemy mieć punkty wspólne… Myślę, że to normalne. Jak ktoś ma dzieci, koleguje się z innymi rodzicami, relacje z tymi, którzy dzieci nie mają jakoś naturalnie rozluźniają się. Co nie zmienia faktu, że mam też innych znajomych, miłośników innych sportów.

 

W spadochroniarstwie nie ma podziału na kobiety i mężczyzn, liczą się umiejętności i to, jakim jesteś człowiekiem.

 

Jaką potrzebę twojej duszy spełniają skoki?

To moja gigantyczna pasja, hobby, przyjemność i relaks. Pracuję intensywnie, więc po czasami całej zimie ciężkiej pracy jest to dla mnie uwolnienie, kiedy mogę na 2 dni przyjechać na lotnisko, skupić się tylko na sobie i swoich skokach. To dla mnie forma rozwoju osobistego. Sport jak każdy inny, kształtuje umysł i ciało. Możesz do tego podejść jak do relaksu i wtedy luz. Ale jeśli podchodzisz do tego jak do sportu, to niesie już za sobą pewne konsekwencje, dyscyplinę. Wtedy układasz sobie kolejne kroki i jesteś zdeterminowana, aby gdzieś dojść. Staram się w roku znaleźć kilka eventów skoczkowych, pod które układam plan wakacji i treningów, to mnie to mobilizuje.

 

Czy twoim zdaniem spadochroniarstwo jest dla każdego?

Dla każdego myślącego. Nawet osoba młoda albo starsza może skoczyć w tandemie, ale bez względu na wiek, ograniczenia czy pobudki trzeba być myślącym, nawet przy skoku w tandemie trzeba wykonać te trzy na krzyż, ale jednak, polecenia instruktora.

 

Jak godzisz zwykłe życie i pracę zawodową ze skokami?

Na końcu jest zdrowy rozsądek i budżet, ale generalnie wydaje mi się, że jestem zorganizowana. Chociaż moja najgorsza cecha to lenistwo, co się trochę kłóci, ale ponieważ jestem leniwa, jestem zorganizowana, żeby sobie narzucać styl działania. Jak trzeba wstać o 6 rano, żeby pójść na siłownię czy biegać i zdążyć potem do pracy albo iść na zajęcia na 21, to pójdę. W czasach studenckich, które były dla mnie trudne, bo w pewnym momencie studiowałam na 2 kierunkach, pracowałam na 2 etaty, wracałam bardzo zmęczona do domu. Jak miałam godzinę przerwy, żeby skoczyć do domu, to było mi ciężko się zmotywować, aby potem wyjść, wskoczyć na obroty. Wymyśliłam wtedy powiedzenie, że grunt to nie siadać. Musisz mieć plan, gdzie ciągle jest coś do zrobienia. To pomaga. Jak masz 100 rzeczy do ogarnięcia i ktoś ci dorzuci jedną, to to jest raptem 1%. A jak masz jedną, to już robi się 100%. To uczy funkcjonowania w życiu. Czasami niektórzy się ze mnie śmieją, że powinnam mieć 158 lat, skoro zdążyłam to wszystko co do tej pory zrobić, ale to kwestia planowania. Mam dużo szczęścia, że mieszkam w Trójmieście. Mogę pojechać do Jastarni, aby skoczyć. Jeśli jest za duży wiatr, to obok jest zatoka, gdzie mogę np. kite’ować. Mamy Bałtyk, gdzie spędziłam prawie 2000 godzin na wodzie, żeglując np. na Bornholm. Jak jest pogoda, to dojeżdżam do pracy motocyklem lub rowerem. Okazje do aktywności same się rodzą.

 

Kto cię inspiruje? Kogo podziwiasz?

Wszyscy ludzie, którzy mają pasje, energię, pomysł na życie, marzenia i jakąś konsekwencję w realizowaniu swoich postanowień. Mam mnóstwo osób, które mnie inspirują, musiałabym wymienić chyba z 1000. Żeby realizować marzenia, tak trochę uparcie, trzeba mieć w sobie dość duży pierwiastek dziecka, które cię zmotywuje i będziesz z uśmiechem na ustach skakać po mokrej kałuży. Dorosła osoba raczej racjonalnie powie, że nie ma czasu, coś może się wydarzyć, chodźmy pograć w szachy albo posiedźmy nad basenem. Jest taka teoria, że każdy z nas ma w sobie dziecko, dorosłego i matkę, tylko proporcje się zmieniają w zależności od etapu życia. Mam też wokół siebie bardzo dużo osób ze świata zawodowego, które motywując mnie do pracy, mówią coś, co dźwięczy mi w uszach, kiedy skaczę i odwrotnie. Kolega, który uczył mnie latać w tunelu, powiedział mi kiedyś: „Przestań popełniać te same błędy, zacznij popełniać nowe. Po co popełniać stare? Spróbuj, może nowy błąd będzie lepszy? Po co marnować ileś skoków czy godzin w tunelu, robiąc to samo? Stare błędy i ich konsekwencje już znasz, bądź kreatywna”. Sama często mówię to swoim pracownikom.

3 Olimpia Patej 

Fot. Rafał Masłow

Czy wierzysz, że kobiety mają jakąś szczególną moc zmieniania świata?

Uważam, że nie. Jestem wielką fanką niedzielenia ludzi na kobiety i mężczyzn. Uważam, że to raczej nasza osobowość popycha nas do konkretnego działania. Jak się ma cechy trochę wojownika i trochę zbawiciela, to nie ma znaczenia, czy jesteś kobietą czy mężczyzną, supermanem czy superwoman.

 

A jak to jest być kobietą w spadochroniarstwie? Masz takie poczucie, że możesz sobie pozwolić na delikatność? Słabość? Chodzenie w sukience? Rozpłakać się po ratowaniu?

Rozpłakać się możesz zawsze. To kwestia indywidualna, zależy, jak ktoś reaguje na emocje. Znam chłopaków, którzy po ratowaniu przychodzili z trzęsącą się bródką i to nie jest w żaden sposób pejoratywne, tak schodzą z ludzi emocje. W sukience możesz chodzić, ale trudno się ubiera spadochron na sukienkę. Moim pierwszym wykształceniem jest budownictwo, a drugim mechanika, spędziłam lata na budowie, w kaloszach, kasku i chyba mnie to nie odkobieciło w żaden sposób. Myślę, że podobnie jest ze spadochroniarstwem. Na pewno trzeba mieć inne poczucie humoru, ale to ze względu na środowisko, w które się wchodzi.

 

Czy środowisko spadochroniarskie  potrafi być szowinistyczne albo wręcz przeciwnie, nadopiekuńcze w stosunku do kobiet?

Może kiedyś tak było z racji historycznych. Pierwsi spadochroniarze to wojskowi – przez wiele lat funkcjonowali jako zamknięte środowisko męskie. Kobiety są w spadochroniarstwie od kilku, może kilkunastu lat. Teraz w spadochroniarstwie jest cały przekrój ludzi. Nadopiekuńcze? Chyba nie (śmiech), ale jakby chcieli, to dlaczego nie? Niech się opiekują.

 

Uważasz, że kobietom i mężczyznom jest tak samo trudno pogodzić treningi, wyjazdy na skoki z posiadaniem dzieci, byciem matką/ojcem albo byciem w związku?

Myślę, że to jest zależne od sytuacji osobistej. Są pary, które razem przyjeżdżają na strefę z dziećmi, nawet małymi. Są rodziny, gdzie ludzie się wymieniają, np. ty jedziesz w tym tygodniu na skoki, a ja jadę w następnym. Jest sporo par, które się poznały na strefie i kontynuują pasję wspólnie. Myślę, że jest to wypadkowa tego, z czym musisz godzić swoje hobby i kto jest twoim partnerem – jeśli też spadochroniarz, to OK, zrozumie cię, gorzej, jeśli nie jest to spadochroniarz, wtedy może być trudniej.

 

Jakbyś miała możliwość cofnąć się w czasie i przekazać coś Olimpii, np. sprzed 10 lat?

Czas szybko leci, chwil, które mijają, nie da się cofnąć, więc cudownie, jeśli nie były zmarnowane, przespane na kanapie. Stały rozwój to jest to coś, według mnie lepiej ani przez sekundę nie stać, bo to znaczy, że się cofamy, czy to w życiu prywatnym, czy zawodowym. Po prostu: keep going.

 

Wracam do Krakowa, jest mi gorąco, nie wiem, czy grzeje mnie lipcowe ogrzewanie w PKP czy energia z tego spotkania. Mam takie poczucie, że są na świecie ludzie, którzy są w stanie trochę dogrzać innych i myślę, że Olimpia właśnie taka jest. Wyjdź ze strefy marzeń i zdecydowanie ze strefy komfortu. Jak czegoś bardzo chcesz, po prostu to robisz i to się dzieje.

 

Zdjęcia publikujemy dzięki uprzejmości naszej rozmówczyni