Dlaczego tekstów pisanych przez polskie autorki na początku XX wieku prawie nikt dziś nie analizuje, nikt nie wystawia? Czy ich tematy wciąż mogą być aktualne? O tym rozmawiam z Dorotą Glac i Martą Jalowską, aktorkami z grupy Teraz Poliż – jedynego profesjonalnego kobiecego teatru w Polsce, który działa już od dekady. Dziewczyny z Teraz Poliż we współpracy z badaczkami z HyPaTii (Kobieca Historia Polskiego Teatru. Feministyczny Projekt Badawczy) opracowały około 100 tekstów polskich dramatopisarek, a na ich bazie stworzyły pięć słuchowisk i jedno przedstawienie. Tym samym pokazały, że kobiety robiły i robią dramaty. Tak, te teatralne. I do tego świetne.

Aleksandra Nowak: W ramach projektu #dziwypolskie wyciągnęłyście na światło dzienne utwory pisane przez Polki w I połowie XX wieku, a mimo to nieraz bardzo współczesne. Czy pamiętacie jakiś konkretny tekst czy fragment, który wydał wam się najbardziej aktualny?

Dorota Glac: Trudno wskazać mi konkretny tekst, ale gdy opracowywałyśmy kolejne dramaty, narastało we mnie uczucie, że jako polskie społeczeństwo niewiele się zmieniliśmy przez te kilkadziesiąt lat.

Marta Jalowska: Ja zapamiętałam teksty, które były dla mnie szczególnie uderzające. Np. „Mrówki” Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. To historia młodej kobiety, naukowczyni, która wraz z mężem ma jechać na badania do Afryki. Tuż przed wyjazdem okazuje się, że jest w ciąży, i decyduje się na aborcję, bo jest bardzo młoda i dochodzi do wniosku, że jeszcze nie czas na dziecko, że praca naukowa jest na ten moment ważniejsza. Tymczasem wszyscy dookoła – jej matka, teściowa, przyjaciółka, mąż – zmuszają ją do urodzenia dziecka. W końcu mąż wyjeżdża na badania sam, nie przechodzi mu nawet przez myśl, że to on mógłby opiekować się dzieckiem. Historia rozgrywa się na dwóch planach – Pawlikowska opisuje też tytułowe mrowisko, w którym mrówki robotnice przygotowują młode mrówki do zapłodnienia. Te młode mrówki wylatują z mrowiska, by spotkać się z trutniami, a gdy wracają, już zapłodnione, mrówki robotnice urywają im skrzydła, by już nigdzie nie odleciały. Ta sytuacja naprawdę zachodzi w przyrodzie. Znajduje też odzwierciedlenie w naszej rzeczywistości – niezależnie od tego, jak bardzo będziemy się starać, by nas szanowano i byśmy miały równe prawa, znajdą się kobiety, które będą działać na niekorzyść kobiet. Myślę, że dla Pawlikowskiej i wielu innych autorek, które tworzyły, gdy rodziła się emancypacja, zetknięcie się z kobietami, które negowały zdobycze feminizmu, musiało być ogromnie bolesne.

 

Aleksandra: Te strażniczki patriarchatu wciąż mają się dobrze.

Dorota: Przypomina mi to pewną sytuację – kilka lat temu brałam udział w debacie telewizyjnej z Januszem Korwin-Mikkem. Dopiero po długim czasie zauważyłam na Facebooku wszystkie nieprzeczytane wiadomości dotyczące debaty, przysłane przez nieznane mi osoby. A wśród nich bardzo wiele niepochlebnych opinii od kobiet. Choć wydaje się to irracjonalne, bo trudno znaleźć mężczyznę, który upokarza kobiety publicznie równie mocno, co Korwin-Mikke. Pamiętam szczególnie jedną wiadomość, w której jakaś pani pisała z wielkim oburzeniem, że nie pozwoliłam „zabłysnąć” tak cudownemu człowiekowi i że to takie kobiety, jak ja zabijają kobiecość, która jest czułością i delikatnością. A na końcu życzyła mi powodzenia, bo mam jeszcze niewielką wiedzę o życiu i przykro się patrzy, jak wypowiadam się publicznie i próbuję rozmawiać z wielkim „mędrcem” i politykiem. Nic jej nie odpisałam i nie wiem, czy powinnam.

Marta: To jest potworne, ale gdy przeczytałyśmy te 100 dramatów, zrozumiałam, że kobiety zmagają się z podobnymi problemami od lat. Nagle wypełniła się dla mnie jakaś część historii, odkryłam swoją tradycję i dziedzictwo – taką utraconą rodzinę, o której istnieniu nie miałam pojęcia i której przez lata mi brakowało. Bo to, o czym pisały te kobiety, to również moje emocje. Nagle zrozumiałam, że choć niektóre książki w szkole czy na studiach były dla mnie ważne, wciąż czegoś mi brakowało.

 

Aleksandra: Teksty pisane przez kobiety – i to jeszcze na kontrowersyjne tematy – rzadko trafiały do kanonu. Nikt nie podsuwał nam ich w szkole, często nie pojawiały się też na studiach. Myślę, że to, o czym mówisz, było doświadczeniem wielu dorastających dziewczyn – szukałyśmy bohaterek, z którymi mogłybyśmy się utożsamić. Gdy wreszcie udało się odnaleźć pewne twórczynie, rodziła się jakaś mentalna więź, nawet jeśli dzieliły nas dziesiątki lat.

Marta: Tak, a droga do niektórych tekstów bywała niestety długa. Pochodzę z małej miejscowości niedaleko Warszawy i musiałam pójść na studia, żeby dotrzeć np. do dzieł Simone de Beauvoir, które są przecież klasyką. W szkolnej bibliotece mogłam dostać Cortazara – którego też swoją drogą uwielbiam – a czy dostałabym Simone i inne feministyczne autorki, tego nawet nie wiem. Oczywiście dane książki mogą być łatwiej bądź trudniej dostępne, w zależności od tego, w jakich warunkach (mieście, rodzinie itd.) dorastasz. Natomiast problemem jest też to, że wiele bardzo dobrych tekstów pisanych przez kobiety zostało zapomnianych czy w ogóle niedocenionych.

 

Aleksandra: Za waszą sprawą część utworów ma jednak szansę na drugie życie. Wraz z dziewczynami z HyPaTii opracowałyście 100 tekstów – spośród nich wybrałyście pięć, na bazie których powstały słuchowiska, i jeden, na podstawie którego stworzyłyście przedstawienie. Domyślam się, że wybór nie był prosty.

Dorota: Wybór był rzeczywiście bardzo trudny i kierowałyśmy się różnymi kryteriami. Wśród tekstów, które rozważyłyśmy, były zarówno takie, które nigdy nie były wystawiane, jak i te, które posłużyły do przygotowania przedstawienia czy słuchowiska (np. w latach 50.), ale choć utwory odniosły sukces, zostały później zbagatelizowane i zapomniane. Czułyśmy na sobie odpowiedzialność, bo miałyśmy poczucie, że w ramach słuchowisk musimy zaprezentować 5 różnorodnych, jak najlepszych tekstów, które będą promować cały zbiór dramatów. Niektóre teksty musiałyśmy odrzucić, bo były po prostu za długie, by mogły z nich powstać słuchowiska w standardowym formacie. Pojawiły się też problemy z ZAIKS-em i prawami autorskimi, przez co parę świetnych tekstów przepadło. Ich autorki żyły jeszcze w latach 80., nie zostawiły spadkobierców, bo nie miały dzieci, więc ich teksty będą musiały poleżeć w szufladzie kolejne kilkadziesiąt lat. Tak było np. z „Kozim rogiem” Joanny Gorczyckiej. To dla mnie strasznie przykra sytuacja, bo uwielbiam ten dramat. Nie dość, że Gorczycka nie została doceniona za życia, to jeszcze po śmierci musi czekać 40 lat, aż jej tekstami ktoś się zajmie, i nie wiadomo, czy się doczeka. Jeśli mówimy już o niedocenionych tekstach, nie mogę też odżałować losów „Snu” Felicji Kruszewskiej. Teatr Reduta (eksperymentalny teatr istniejący w dwudziestoleciu) rozpadł się właśnie ze względu na konflikt wokół tego dramatu, a dziś nikt o „Śnie” nie mówi, nikt go nie analizuje, chociaż to mocny, polityczny dramat, który w latach 20. wieszczył przyjście czarnych wojsk, które zakryją ziemię. Zupełnie nie rozumiem, czemu wszyscy zachwycają się „Weselem” Wyspiańskiego, a o „Śnie” nikt nie pamięta, choć to podobnie skonstruowane utwory.

Marta: To niezwykły tekst, także dlatego, że opowiada o sytuacji politycznej z perspektywy dziewczęcego pokoju. Główną bohaterką jest mała dziewczynka, która śni, przesiaduje na łóżku, przechadza się po pokoju w piżamie, a jednocześnie cały czas opowiada o bardzo ważnych politycznych kwestiach.

Dorota: I może ta perspektywa dziewczynki jest właśnie powodem, dla którego „Sen” został zbagatelizowany.

 

Aleksandra: Dzięki stronie terazpoliz.com.pl ludzie mają szansę odkrywać twórczość wybranych autorek na własną rękę, co może sprawić, że ktoś się jeszcze tymi tekstami w przyszłości zajmie. Wykonałyście olbrzymią pracę, opracowując teksty, zbierając materiały o autorkach, sporządzając komentarze. Jak długo to trwało?

Marta: Dziewczyny z HyPaTii pracują już od kilku lat nad wydaniem antologii kobiecego dramatu. To one powiedziały nam, ile mają już odkrytych utworów i autorek. Część z tych utworów spoczywała w Bibliotece Narodowej, z nierozciętymi stronami, co oznacza, że nikt ich nie czytał! Dziewczyny wciąż podsyłały nam nowe teksty, a my mozolnie czytałyśmy i opracowywałyśmy je na potrzeby teatru. Opracowanie tej setki utworów zajęło nam około roku. Od początku było dla nas bardzo ważne, by ludzie docierali na naszą stronę i samodzielnie „zaprzyjaźniali się” z artystkami.

 

Aleksandra: Czy chciałybyście zainteresować tymi tekstami także inne teatry?

Marta: To jest oczywiście nasze marzenie, ale obawiam się, że przed nami jeszcze długa droga. Pojawiają się zapytania, ale – niestety – ludzie z branży wciąż interesują się głównie bajkami pisanymi przez kobiety, a nie dramatami politycznymi czy społecznymi. Choć to na szczęście się zmienia, ostatnio pytano mnie o tekst Anny Świrszczyńskiej, który nie jest kierowany do dzieci. A są takie utwory, które aż proszą się, by coś z nimi zrobić – np. „Sygnały” Ewy Szelburg-Zarembiny. To gorzki, uniwersalny tekst o tym, czym są rewolucje.

 

Aleksandra: Po lekturze waszych notatek na temat „Sygnałów” kilka zapadło mi w pamięć tak mocno, że nie mogłam się od nich uwolnić. Np. opis sceny, w której Marianna zostaje wyssana przez dzieci-upiory, a te zamiast mleka piją krew z jej piersi. Zaczęłam potem czytać o Szelburg-Zarembinie i w „Dwutygodniku” trafiłam na wywiad z Anną Marchewką, autorką biografii pisarki, która opowiadała, że Zarembina miała specyficzne podejście do seksualności – najchętniej wykluczyłaby ze swojego życia całą sferę cielesną, bo jej afirmacja, a w tym pozwolenie sobie na przyjemność czy macierzyństwo, mogła wiązać się utratą niezależności i swobody twórczej.

Marta: Rzeczywiście, dramaty Szelburg-Zarembiny sytuują zło na styku cielesności i kobiecości – pewnie dlatego, że autorka widziała, jak to ciało jest nam, kobietom, odbierane z różnych stron – przez mężczyzn, dzieci, politykę… I choć widać w „Sygnałach” lęk przed utratą niezależności powodowaną przez macierzyństwo, jednocześnie Szelburg-Zaremtbina stworzyła mnóstwo książek dla dzieci i wierzyła, że wychowanie młodzieży, a co za tym idzie – społeczeństwa, jest kluczowe.

Dorota: Skoro jesteśmy przy Szelburg-Zarembinie i macierzyństwie, warto wspomnieć o jej świetnym monodramie „Matka i syn”, który również opracowałyśmy. Jego tematem jest cierpienie Matki Boskiej próbującej zrozumieć i zaakceptować śmierć syna, Chrystusa. Ale utwór jest też przepleciony scenami, gdzie matka żegna syna, który idzie na wojnę. Widać tu analogię – właściwie każda matka, która musiała oddać swoje dziecko wojnie, była w tej sytuacji co Matka Boska, która musiała oddać Chrystusa. I to jest właśnie kobieca, a nie męska, bohaterska perspektywa związana z wojną. Perspektywa, którą mogę zrozumieć.

 1 kto sie boi dramatopisarek aleksandra nowak Girls room Klawe Rzeczy

kolaż: Klawe Rzeczy

Aleksandra: Wojna obecna jest w kilku wybranych przez was tekstach. Często styka się z tematem seksualności. Tak jest w „Zburzeniu Tyru” Amelii Hertzówny. Pamiętam waszą notatkę związaną z konceptem dziewictwa i pytanie, jak można nazywać główną bohaterkę dziewicą ze względu na brak aktu penetracji, jeśli ta dziewczyna widziała już tyle śmierci? W dramacie pojawia się też temat przemocy wobec kobiet, gwałtów – również nierozerwalnie związanych z wojną.

Marta: Od początku byłyśmy pewne, że musimy zaprezentować utwór Hertzówny. Zafascynowało nas to, jak przedstawiła kobiety – jej główne bohaterki są samolubne, okrutne, rządne władzy, piękne. Tutaj docieramy do kwestii, z którą zetknęłam się, gdy występowałyśmy w Szwecji. Tamtejszy feminizm stara się teraz przepracować temat złych kobiet w historii – pokazać, że trzeba o nich przypominać, aby odbyć lekcję uczącą, że kobiety też potrafią być oprawczyniami. Jednocześnie, gdy czyta się Hertzównę, ma się poczucie, że w jej bohaterkach drzemie olbrzymia, rewolucyjna siła. To nie są wiedźmy czyhające na dobrą księżniczkę ani dziewczynki, których nikt nie kochał i dlatego zgorzkniały – to wielowymiarowe postaci.

 

Aleksandra: Baltis, główna bohaterka „Zburzenia Tyru”, ma rzeczywiście wiele odcieni. I to jest bardzo cenne, bo kultura popularna najczęściej serwuje nam albo pokorną, dobrą dziewczynę albo femme fatale. A przecież istnieje spektrum postaw, które rozciąga się pomiędzy tymi skrajnościami.

Marta: Femme fatale, nawet jeśli silna, zawsze funkcjonuje w odniesieniu do mężczyzn – musi ich uwodzić, zdobywać, niszczyć. W Baltis najbardziej podoba mi się to, że ona nie żyje w odniesieniu do kogokolwiek. W sztuce pojawiają się jej rodzice, narzeczony, którego ona nie chce, siostra tego narzeczonego, która jest jej prawdziwą miłością – jednak Baltis jest od tych wszystkich osób totalnie niezależna.

Dorota: Hertzówna pokazuje też starcie między honorem a ratowaniem życia. Nie jestem w stanie zrozumieć, jak można chcieć umrzeć za jakąś politykę. Baltis też tego nie rozumie. Wszyscy mieszkańcy miasta, w którym żyje, zostają skazani przez władzę na wymordowanie w imię honoru. A Baltis, która jako młoda kobieta mogłaby być złożona w ofierze bogom, by błagać ich o powodzenie w wojnie, sama udaje się do świątyni i prosi boginię, by nie pozwoliła zbezcześcić jej ciała, nawet jeśli w zamian za to Tyr ma przepaść. Kobiety u Hertzówny reprezentują siłę, która chce iść do przodu i przetrwać.

 

Aleksandra: O warszawskiej rzeczywistości po powstaniu i po wojnie opowiada natomiast sztuka Ireny Krzywickiej „Życie mimo wszystko”, na bazie której stworzyłyście słuchowisko. To też historia o woli przetrwania.

Dorota: U Krzywickiej pojawia się m.in. temat Zieleniaka – obozu przejściowego, który Niemcy w 1944 roku stworzyli na terenie dzisiejszych Hal Banacha. Mordowano tam w okrutny sposób, gwałcono wyłapywane na ulicy lub wyciągane z mieszkań kobiety, które często później zabijano, a ich ciała zostawiano pod ogrodzeniem Zieleniaka. Działo się to podczas tzw. rzezi Ochoty. Nie rozmawiamy o cenie, którą zapłaciliśmy za powstanie, brakuje platformy do dyskusji. Nie mówi się też o tym, że w trakcie powstania lało się bardzo dużo alkoholu. A dla mnie akurat ten fakt jest w jakiś sposób kojący, bo pokazuje, że człowiek nie jest idealną maszyną do zabijania, że sama nienawiść nie zawsze wystarczy, by wyłączyć człowieczeństwo, że ludzie w czasie wojny szukają używek, bo potrzebują odurzenia, by uciszyć wyrzuty sumienia.

Marta: Jednocześnie to nienawiść jest najsilniejszym narkotykiem, który pobudza nas w trakcie wojny. A wracając do dramatów – wojna jest widmem, który wisi nad ogromną liczbą tych tekstów. W „Kochanku Sybilli Thompson” Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, na podstawie którego stworzyłyśmy spektakl „Kto się boi Sybilli Thompson?”, widzimy świat przyszłości, w którym wojny nie mają już miejsca. Niby wszystko ubrane jest w groteskowe, humorystyczne ramy, ale ta przemoc wciąż jest podskórnie obecna.

Dorota: W sztuce całą władzę nad światem sprawują Chińczycy. Mam wrażenie, że Pawlikowska w jakiś sposób drwi z wielkich ambicji Anglików, Francuzów, Amerykanów, Rosjan i mówi: siedźcie już cicho, napawajcie się swoją białą skórą, inteligencją i wspaniałą kulturą, a dajcie rządzić innym. W „Kochanku Sybilli Thompson” nikt już nie kłóci się o granice, bo wszyscy są obywatelami świata. Chińczycy rządzą, ale i pracują za wszystkich.

Marta: Zamiast klasycznie odgrywać trzeci akt sztuki, zdecydowałyśmy się porozmawiać z widzami, opowiedzieć im, co dzieje się w kolejnych scenach, i skupić na niektórych wątkach. W pewnym momencie na premierze wywiązała się dyskusja pod hasłem: „ale co z władzą białego człowieka?”. Ja osobiście nie potrzebuję władzy białego człowieka. Dla mnie może rządzić ktokolwiek, o ile będzie rządzić dobrze, szanować obywateli.

Dorota: To przywiązanie do przeświadczenia, że tylko władza białego człowieka gwarantuje nam bezpieczeństwo, wydaje mi się przedziwne. Przecież nie trzeba daleko szukać, by znaleźć białych oprawców – Stalin, Hitler… Czy pod ich rządami czuliśmy się bezpiecznie?

 

Aleksandra: Pawlikowska napisała „Kochanka…” w latach 20., a akcję umiejscowiła w latach 70. XX wieku. Wieszczyła dziwną rzeczywistość – z jednej strony utopijną, z drugiej dystopijną, bo brak wojny związany był z tym, że ludzie odłączyli emocje.

Dorota: Dlatego rzeczywistość przedstawiona w „Kochanku…” jest przerażająca, bo wszelkie skrajności są przerażające. Pawlikowska mówi: musicie wybrać pakiet – albo miłość, namiętność, razem jednak z wojną i szaleństwem albo spokój, ale też odcięcie od emocji, powierzchowność, marazm.

Marta: Okazuje się, że ta rzeczywistość jest przyjemna dla bohaterów. Wcale nie narzekają, nie tęsknią za emocjami. Młode pokolenie w „Kochanku…” żyje wygodnie, nie cierpi z miłości, uprawia seks dla zdrowia i dobrego samopoczucia, traktuje go jak masaż czy zabieg kosmetyczny. Każdy żyje dla siebie. Ale starsze pokolenie, które reprezentuje Sybilla, tęskni za dawnymi uniesieniami. Młodzi bohaterowie sztuki z jednej strony wydają mi się naprawdę fajni – szanują wzajemnie swoje granice, mają hedonistyczne podejście do życia, nie chcą, by coś ich ograniczało. Z drugiej strony bardzo nie podoba mi się, że wraz z emocjami zatracili zdolność krytycznego myślenia, buntowania się, współtworzenia kultury.

 

Aleksandra: Choć Pawlikowska stworzyła swoją sztukę prawie 100 lat temu, przedstawiona tam swoboda seksualna i obyczajowość jest o wiele bardziej postępowa niż ta nam współczesna. Autorka pisze np. o powszechnych związkach poliamorycznych. W Polsce natomiast wciąż pokutuje, a ostatnio nawet nasila się konserwatywne podejście do seksualności.

Dorota: Rzeczywiście, w „Kochanku Sybilii Thompson” bohaterowie mają o wiele więcej swobody niż my. Kobiety mogą decydować o swoim ciele. To było dla Pawlikowskiej szalenie ważne. Tymczasem, gdy przyglądam się tworzonym dziś kabaretom, które dobrze odzwierciedlają społeczne potrzeby, jestem bardzo rozczarowana, bo okazuje się, że ludzi wciąż bawią seksistowskie żarty, homoseksualizm, pijaństwo, przemoc wobec kobiet, ale i sam seks – mam wrażenie, że zupełnie nie przerobiliśmy jeszcze tego tematu. Zdaniem wielu osób publicznie rozmawianie o potrzebach seksualnych zakrawa o pornografię.

 

Aleksandra: Temat kontroli urodzeń, prawa kobiet do decydowania o swoim ciele, był ważny dla Pawlikowskiej, ale i innych twórczyń, których dzieła opracowywałyście, np. Krzywickiej.

Dorota: To temat przewijający się mocno przez twórczość Pawlikowskiej, która dużo pisała o mierzeniu się z presją społeczną wobec kobiet. Bolały ją sugestie, że kobieta, która nie zdecydowała się na urodzenie dziecka, zmarnowała sobie życie, nie jest w pełni wartościowa. To podejście w ciągu ostatnich 100 lat wcale się nie zmieniło, sama często się z tym mierzę.

Marta: W dramatach z dwudziestolecia temat aborcji jest nagminny. Maria Pawlikowska-Jasnorzewska czy Magdalena Samozwaniec pochodziły z Kossaków, a więc mogły sobie pozwolić na więcej niż wiele ówczesnych kobiet. Mogły swobodnie pracować, rozwodzić się itd. Jest też wiele autorek, którym udało się uzyskać wykształcenie, ale wywodziły się z niższych grup społecznych. One piszą często o rzeczywistości służących, o tym, co działo się w domach, o tamtejszych patologiach, o tym, jak wychowywano dzieci. W tych tekstach przewija się np. temat pokojówek, które zachodzą w niechciane ciąże, a ojcowie, panowie domu, robią wszystko, by dzieci usunąć, często kosztem zdrowia czy życia dziewczyn. Część tych młodych kobiet decyduje się też urodzić i oddać dziecko, by móc zachować pracę i jakoś się utrzymać.

Dorota: Niestety, również w dzisiejszym społeczeństwie decyzja o dziecku wymaga od kobiet dużej siły. Przecież polskie państwo nie stworzyło odpowiedniego systemu pomocy dla samotnych matek. Nie ma wsparcia emocjonalnego, psychologicznego, ale przede wszystkim – finansowego. Choćby dla nas, kobiet pracujących w kulturze, przeważnie na umowach o dzieło, decyzja o macierzyństwie jest czasem praktycznie niemożliwa do podjęcia, bo z czego miałybyśmy utrzymać to dziecko?

Marta: Problemem jest też brak empatii dla matek. Młode dziewczyny, które starają się emancypować i decydują się na samotne macierzyństwo, często spotykają się z kompletnym brakiem zrozumienia ze strony rodziny.

 

Aleksandra: Kobiety, które nie chcą mieć dzieci, spotykają się z ostracyzmem. Ale te, które decydują się na założenie klasycznej rodziny, wychowanie kilkorga dzieci, również bywają niezrozumiane, uznawane za mało ambitne itp.

Marta: Dlatego myślę, że ważne jest stworzenie sobie takiego kobiecego kręgu wsparcia złożonego z przyjaciółek i bliskich nam osób. Tylko wspólnie możemy wypracować nowe podejście do tematu.

Dorota: Ten nowy model nie powinien się opierać na przekonaniu, że dziecko daje szczęście, a na tym, że każda z nas ma prawo zastanowić się nad tym, co będzie dla niej najlepsze, podjąć samodzielną decyzję i nie być z tego powodu osądzana. Dlatego bardzo podoba mi się, że Pawlikowska w „Kochanku…” wymyśliła społeczeństwo, w którym kobiety są zwolnione z konieczności posiadania dzieci. Mają taką możliwość, ale nie wisi nad nimi obowiązek.

Marta: U Pawlikowskiej związane jest to również z tym, że wcześniej to wojny regulowały liczbę ludności na świecie. Skoro wojen już nie ma, to kobiety mogą regulować urodzenia. Wciąż jestem pod wrażeniem tego, jak wiele tematów poruszanych w tych wiekowych dramatach pisanych przez kobiety dalej zasługuje na dyskusję, jak wiele problemów nie doczekało się rozwiązania.

 

W tym roku dziewczyny z Teraz Poliż planują serię koncertów opartych na twórczości Anny Świrszczyńskiej oraz współpracę ze współczesnymi autorkami, które stworzą specjalnie na potrzeby teatru 3 teksty, na podstawie których powstaną słuchowiska. Wydarzenia będą mieć miejsce w warszawskim Domu Kultury KADR. Słuchowiska z projektu córy warszawskie #dziwystołeczne znajdziecie już również na portalu ninateka.pl. Zaś po więcej szczegółów i dat dziewczyny zapraszają na ich Facebooka i stronę internetową.  

*Wywiad ukazał się w V numerze  „G'rls ROOM”

Wybór Enter The Room

Instagram enter The Room

Sorry something went wrong. Here is the possible list of errors:

  • Error loading user profile items