Seks z eks, ludzie wracający do nas tylko w jednym celu, kiedy aktualnie nie mają drugiej połowy, szukający przygody czy też alternatywy dla swojego związku, w którym ogień dawno już zgasł, jednak wciąż jest jakoś ciepło i szkoda coś zmieniać. 

Kolejne święta, kolejne spotkanie z dawno niewidzianymi znajomymi, na pewno przewinie się jakiś eks. A jeśli eks, to może i seks. Ot taki jednorazowy incydent. Choć są i takie incydenty, które zdarzają się co święta. Są też tacy, którzy wracają jak bumerang zależnie nie od świątecznych okazji, a od aktualnego statusu związku. Tacy, którzy wyrosną przed tobą jak spod ziemi wtedy, kiedy cię potrzebują. Zaproszą na miłe spotkanie po miesiącach czy latach, opowiedzą o kolejny raz złamanym sercu i zaciągną do łóżka. No może nawet nie będą musieli tak bardzo ciągnąć. Bo zwykle już wiesz dobrze, czym się takie spotkania kończą i nie protestujesz, jeśli poprzednie uznajesz za udane. Więc dobrze się rozmawia, napięcie rośnie, jeszcze lepiej się potem uprawia seks. I co? Może to jednorazowa sytuacja, może powtórzy się jeszcze parę razy. A potem on sobie znajdzie kolejną dziewczynę. Nie ciebie. Przebojową lub szarą myszkę. Podobną do ciebie lub zupełnie inną. Nieważne. I niby wiesz, że to nic takiego nie było, nawet nie żałujesz, wzruszasz ramionami, nie pierwszy raz i pewnie nie ostatni. Jesteś panią swojego życia, możesz robić sobie z nim, co chcesz i sypiać z kim chcesz. A jednak może przejść ci przez głowę, że byłaś tylko taką zapchajdziurą. Że coś jest nie tak. Pytanie tylko, czy z tobą? Czy jednak z tymi wszystkimi chłopakami? Bo dziś będzie zdecydowanie z kobiecej perspektywy w związku z pewnymi tendencjami zaobserwowanymi na linii damsko-męskiej. Może nie są to tendencje powszechne, ale nie da się ukryć, że jest coś na rzeczy. 

Może być też taka sytuacja, że poznajesz kogoś zupełnie nowego, prędzej czy później (choć zwykle prędzej) dochodzi do seksu i ten seks super się układa. Może to efekt nowości, może podobnych temperamentów. Nieważne. Ważne, że wszystko jest świetnie i nie ma co się zastanawiać, jak i kiedy to się skończy. Nawet może nie chcesz nic więcej, nie masz potrzeby bycia w parze, ciśnienia na związek, wyjdzie, co wyjdzie, póki co można się pospotykać miło, bez zobowiązań. I obdarzasz kogoś takiego zaufaniem, ktoś taki sprawia wrażenie wolnego, a może nawet to deklaruje, zwłaszcza, kiedy dopytujesz, bo nie masz ochoty brać udziału w zdradzie, bo preferujesz może i seryjną, ale monogamię i czyste układy, grę w otwarte karty. A tu się okazuje, że on ma dziewczynę/narzeczoną/żonę (być może z gromadką dzieci). I co? I wpadacie na siebie przypadkiem albo on w końcu postanawia cię o tym poinformować, bo tak bezpieczniej. Mówi, że tam kogoś ma, ale że jemu to nie przeszkadza, że spokojnie możecie się spotykać dalej, bo przecież w łóżku wam się tak dobrze układa, tak jest fajnie, ty jesteś fajna i w ogóle. Ty oczywiście nikogo nie masz. Tym lepiej, bo on przecież nie chce się tobą dzielić. 

Więc jemu nie przeszkadza, ale tobie mina rzednie. Bo perspektywa się diametralnie zmienia, bo to jednak pospolita zdrada, brak szacunku dla ciebie i dla tamtej, oszustwo oczywiste. Ale on nie widzi problemu, nie rozumie. Przecież wszyscy tak robią, tak pewnie mówi, ale słowa zdrada raczej nie używa, przez usta mu nie przejdzie. Ot taka seksprzygoda, poszerzanie swoich seksualnych granic, eksperymenty i tak dalej. No dobrze, proszę bardzo. Tylko dlaczego nie zrezygnuje ze związku? Co takiego strasznego jest dla mężczyzny w byciu samemu? On ci na to nie odpowie. W zamian zaserwuje historyjkę, jaki to jest nieszczęśliwy, bo dziewczyna może gdzieś tam pojechała, zostawiła go, a on przecież nie zrezygnuje z seksu. Albo im się w seksie nie układa, ona nie robi tego i tamtego, czego on by chciał. Taka zła. Bardzo prawdopodobne, że jej nawet o tym nie powiedział. Być może nawet nie chciałby, żeby ona to robiła. Za to ty jak najbardziej możesz i wychodzi ci to świetnie. I dlaczego drążysz, dlaczego tobie to przeszkadza, ty przecież nikogo nie zdradzasz. Co, może solidarność jajników? Przecież jej nawet nie znasz. Choć nie wykluczone, żebyście się może polubiły. Takie snuje przypuszczenia. I jeszcze może ci się żali po seksie, jaki to zmęczony, przepracowany. Jeszcze tobie żale wylewa, bo mało mu wylewania ich na ramieniu tamtej. No i jednak seks z tobą i życie z tamtą to co innego. Dwie różne sprawy. Ale on taki zdolny, że umie łączyć miłość z seksem, a seks jest, pamiętaj, ważny. Więc takie to łączenie. Tamta ma nie zdradzać, ty też powinnaś być najlepiej wierna tylko jemu. I jesteś fajna, on podtrzymuje, seks też fajny, ale skoro sypiasz z nim, to kto wie, możesz, teoretycznie oczywiście, i z jego kolegami. Ale pamiętaj, że jak kiedyś będziesz go potrzebowała, to on się pojawi, co znaczy, że najprędzej wtedy, kiedy on znów będzie w potrzebie. Podwójny standard. Facet może, jeszcze trzeba mu przyklasnąć, a kobiecie nie wypada. Różnie się to może objawiać, ale ty czujesz, że to równouprawnienie jest pozorne, że to są wyśmiewane przez nich hasła, choć nie wprost; że nawet ci deklarujący się jako feminiści nie mają problemu, żeby pozdradzać na boku. Ciebie albo z tobą. Bez przepraszam, proszę, dziękuję. I jeszcze potem uciekną, nie posprzątają po sobie, nie przyznają się do winy. Kryzys męskości? Chyba gorzej. A najgorsze, że to ty źle się czujesz. Że to ty się zastanawiasz. I czujesz się jak zapchajdziura. Tobie szkoda tej jego dziewczyny. 

No i rozumiesz, miłość romantyczna, on ci tłumaczy, że jest romantykiem. Szuka miłości. A może matki, pocieszycielki, miłej, zabawnej, niezbyt wymagającej, która mu urządzi mieszkanie, ogarnie spotkanie ze znajomymi, wyjście do kina czy na kolację (ach te kolacje i inne pory obiadowe, sublimacja pożądania w miłość do jedzenia). No a jeśli taką ma, to po co rezygnować, ryzykować. Skoro seks można mieć na boku. Tak jak dawniej. Dawniej małżeństwa były z rozsądku czy tam swatane, aranżowane. Nikt nie patrzył na seksualny temperament, liczyła się wysokość posagu. I co? I świat jakoś stoi, ba ma się świetnie. 

Więc co jest z tymi mężczyznami? Czy jednak nasze głowy są inaczej skonstruowane? Czy to kwestia wychowania, społecznych stereotypów, które wciąż pokutują w XXI wieku? I niby wolność seksualna jest równa dla wszystkich, niby możesz sobie sypiać z kim chcesz bez konieczności opowiadania się komukolwiek innemu, ale jednak wydaje się to wolność pozorna, na chwiejnych podstawach. I ten niesmak, który pozostaje, że może seks był fajny, ale ostateczne wrażenie beznadziejne. Nie chcemy sypiać z beznadziejnymi facetami. Nie chcemy się z nimi wiązać. A może nie ma innych? Może oni wszyscy są beznadziejni? A może to my po prostu nie rozumiemy miłości. Chcemy ją łączyć z seksem i to w jednym związku. Nie rozumiemy, że związek to ma być ciepły, a romans gorący. Zachałanne jesteśmy takie. Zimne suki wyemancypowane. Mające gdzieś miłość romantyczną i słodkie pary, cieszące się z życia w pojedynkę i nie mające zamiaru tracić czasu na facetów nieudanych. Dlatego jesteśmy dobre tylko w przerwach między ich "poważnymi" związkami albo jako dodatek do ich nudnego życia. Same sobie jesteśmy winne.

Fot. flickr.com

Wybór Enter The Room

Instagram enter The Room

object(stdClass)#947 (3) { ["error_type"]=> string(23) "OAuthRateLimitException" ["code"]=> int(429) ["error_message"]=> string(179) "You have exceeded the maximum number of requests per hour. You have performed a total of 1339 requests in the last hour. Our general maximum limit is set at 500 requests per hour." }

Sorry something went wrong. Here is the possible list of errors:

  • Error loading user profile items