O zaginaniu rogów, książkowych wspomnieniach z dzieciństwa i promowaniu czytelnictwa opowiada nam Justyna Sobolewska – krytyczka literacka, dziennikarka tygodnika „Polityka”, autorka książek, kuratorka Festiwalu Stolica Języka Polskiego w Szczebrzeszynie.

Stosy książek witają nas już w przedpokoju. W pokoju ściana regałów od podłogi aż po sufit. Robi wrażenie. W tym domu się czyta, podnosząc marne polskie statystyki czytelnictwa. Ale niczego innego nie spodziewaliśmy się zastać u Justyny Sobolewskiej, która swoje życie zawodowe związała z książkami. Chyba każdy fan czytania może tylko pozazdrościć.

 

Jak się zaczęła Pani przygoda z książkami? 

Wychowywałam się w domu z książkami i moim pierwszym spotkaniem było odcyfrowywanie tytułów z grzbietów. Pamiętam nawet pierwszy samodzielnie złożony w całość tytuł, czyli „Gabinet figur woskowych” z okiem na okładce. Wyobrażałam sobie, o czym może ta książka opowiadać. Później przyszła pora na sięganie po książki, najpierw z moich własnych półek, potem z półek rodziców. Czytanie od dziecka kojarzyło mi się z przyjemnością. Mieliśmy mieszkanie na osiedlu „Za Żelazną Bramą”, małe pokoje, okienka wysoko, a pod jednym z nich szafa. Tam sobie siadałam, najlepiej z czymś do jedzenia, i czytałam. Właśnie to siedzenie na szafie było jedną z moich największych przyjemności z czasów dzieciństwa. Jeśli dzieci wychowują się w domu pełnym książek i widzą, że rodzice czytają, jest to pierwsza droga, żeby je uzależnić od czytania. Mam nadzieję, że moje dzieci już choć trochę zaraziłam czytaniem. To jest  tak naprawdę trudne, bo nie zawsze udaje się zachęcić, a zdarza się też, że czytanie się porzuca. 

1 Justyna Sobolewska dziennikarka journalist krytyk literacki krytyk book ksiazka czytamy 

Przyznam, że sama na chwilę się odbiłam od czytania, kiedy zaczęłam studia na polonistyce. Tyle było lektur, tekstów obowiązkowych, że nie miałam ochoty na sięganie po inne książki.

Polonistyka czasem wbrew pozorom zniechęca, to prawda.

 

Pani jednak się nie zniechęciła, studiując na filologii polskiej, i zajmuje się Pani książkami na co dzień. Ma Pani czas na wracanie do ulubionych lektur czy z racji pracy czyta Pani głównie nowości?

Czytam przede wszystkim nowości, co jest oczywiście zaletą, ale bywa też przekleństwem. Chciałoby się czasem przeczytać coś, co samemu się wybrało, wrócić do klasyki, a nie można, bo trzeba przeczytać i zrecenzować nowe książki.

Ostatnio wyszły opowiadania Franza Kafki „Opowieści i przypowieści” i byłam szczęśliwa, że mogłam sobie czytać Kafkę bezkarnie. Efekt tego był jednak taki, że było mi trudno wrócić do czytania innych obowiązkowych nowości. Kiedy się czyta coś tak dobrego, to potem ma się inną skalę porównawczą. To czytanie tylu nowości bywa męczące, ale z drugiej strony taki jest mój zawód i jest on niezwykle przyjemny. Mogę w ramach pracy bezkarnie uciekać sobie od codziennego życia. A taka emigracja w czytanie jest czymś, co naprawdę lubię.

7 Justyna Sobolewska dziennikarka journalist krytyk literacki krytyk book ksiazka czytamy 

Tak emigrując, zawyża Pani statystyki w słabo czytającej Polsce. Czy jest Pani w stanie oszacować, ile książek czyta Pani, dajmy na to, tygodniowo?

Ktoś mnie ostatnio o to pytał i przyznam, że ciężko jest powiedzieć, ile czytam. Czasem zdarza się, że są to cztery albo pięć książek tygodniowo, ale czasem jedna, a nawet pół. Nie prowadzę statystyk ani nie liczę. Ważna jest przede wszystkim jakość lektury. Staram się w miarę możliwości czytać dokładnie, ale gdybym mogła, to robiłabym to jeszcze dłużej.

 

Czyli szybkie czytanie raczej odpada i liczy się przyjemność czytelnicza?

Muszę szybko czytać zawodowo. I potrafię czytać w przyspieszonym tempie, chociaż żadnych kursów w tym kierunku nie robiłam. Praktyka uczy szybkości.

Chodzi właśnie o to, żeby wziąć książkę z półki i znaleźć w niej swoje zagięte rogi, swoje znaczniki, jakieś dedykacje, przypomnieć sobie ten moment w życiu, kiedy się akurat to czytało. Czasem przecież jest tak, że z całej historii miłosnej zostaje nam tylko jedna książka, z dedykacją. 

A jeśli chodzi o prywatne wybory książkowe, wizyty w księgarni, to czy okładka jest dla Pani ważna?

Lubię oglądać okładki, zwłaszcza w księgarniach zagranicznych. Kiedy się jest w Wielkiej Brytanii czy w Stanach, to chodzenie po księgarniach i oglądanie okładek jest przyjemnością samą w sobie. Okładki są tam niezwykle różnorodne. W Polsce wydawcy się boją, uważają, że czytelnik kupi tylko to, co zna, do czego się przyzwyczaił. Dlatego na przykład wszystkie okładki kryminałów wyglądają niemal jednakowo. Chociaż zdarzają się wyjątki. Na przykład Wydawnictwo Karakter ma wspaniałe okładki. Albo Czarne. W innych wydawnictwach też zdarzają się ciekawe projekty. Ostatnio odkryłam, kto w Polsce robi najfajniejsze okładki – to studio graficzne „Fajne Chłopaki” z Łodzi. To są po prostu mistrzowie. Robią okładki, które natychmiast wpadają w oko. Ich estetyka przypomina trochę projekty graficzne z lat 60. Cieszę się, że wydawnictwa współpracują z takimi niezależnymi studiami graficznymi, że mają odwagę i nie robią tylko tego, co się na pewno sprzeda. Warto jeszcze na przykład docenić serię książek Georgesa Pereca wydawnictwa Lokator. A moją ulubioną serią są książki Italo Calvino w cudownych, opalizujących okładkach, zaprojektowanych przez Przemka Dębowskiego. O, tu były, na tej półce, ale gdzieś się zapodziały. A więc lubię kierować się okładkami, choć na naszym polskim podwórku bywa to zwodnicze. 

2 Justyna Sobolewska dziennikarka journalist krytyk literacki krytyk book ksiazka czytamy 

Książki to przedmioty, które nie tylko ładnie wyglądają na półkach, lecz mogą też posiadać duży ładunek emocjonalny. Pisała Pani o tym w swojej książce „O czytaniu”, gdzie było o przyjemności samej lektury, jak i o obcowaniu z książką, jej personalizowaniu, zostawianiu śladów.

Chodzi właśnie o to, żeby wziąć książkę z półki i znaleźć w niej swoje zagięte rogi, swoje znaczniki, jakieś dedykacje, przypomnieć sobie ten moment w życiu, kiedy się akurat to czytało. Czasem przecież jest tak, że z całej historii miłosnej zostaje nam tylko jedna książka, z dedykacją. I tyle. Albo na przykład bilet, który odnajdujemy między kartkami po latach i od razu przypomina nam się, co się wtedy działo. Może to być też jakaś pocztówka, którą dostaliśmy albo nie wysłaliśmy do kogoś. Więc taka książka może nieść ze sobą mnóstwo rzeczy, które są związane z nami, naszym życiem, a nie tylko jej autorem i przedstawianą przez niego historią.

 

Wydawałoby się, że książka odrywa nas od rzeczywistości, a jednak może z nią jak najbardziej łączyć.

Nie jest prawdą, że książka służy temu, żeby uciec od siebie. Myślę, że książki dużo nam mówią o nas samych. Zwłaszcza kiedy czytamy coś ponownie i mamy porównanie, możemy zobaczyć, jak się zmieniliśmy, jak teraz dana historia do nas przemawia. To bardzo ciekawa przygoda – spotykanie siebie samego w swoich lekturach. 

 

A czy pożycza Pani swoje książki innym? Takie spersonalizowane, noszące istotne ślady czytania?

To też jest przekleństwo. Bo mam tak, że jak coś mi się podoba, to potem chętnie to pożyczam, bo chcę pokazać komuś, jakie to jest fajne. Niestety zwykle zapominam, co i komu pożyczyłam. Straciłam tak połowę biblioteki. Są oczywiście ludzie, którzy nie pożyczają, nie i koniec, i ja ich rozumiem. Niektórzy robią tak, że mają po dwa egzemplarze danej książki – jeden dla siebie, drugi do pożyczania. Bo tak to jest, że kiedy pożycza się książki, to traci się z nimi kontakt. Czasem przez nieoddane książki mogą popsuć się przyjaźnie, a nawet mogą rozpaść się związki.

3 Justyna Sobolewska dziennikarka journalist krytyk literacki krytyk book ksiazka czytamy

Albo jak przy rozstaniu podzielić książki i zwierzęta. To chyba zwykle największy kłopot.

Kiedy mieszkałam z rodzicami, to naturalnie czytałam książki ze wspólnej, rodzinnej biblioteki. Przede wszystkim była to klasyka. Każdy robił w tych książkach swoje znaczki. Kiedy założyłam swoją rodzinę i się wyprowadziłam, to nie mogłam wziąć tych egzemplarzy, bo należały głównie do mojego taty. Kiedy go odwiedzam, to widzę książki, z którymi się zżyłam, i w których pozginałam rogi. Czasem jest też tak, że tato przychodzi do mnie, patrzy po półkach i nagle wykrzykuje: o, to jest mój Różewicz! I awantura gotowa. 

To bardzo ciekawa przygoda – spotykanie siebie samego w swoich lekturach. 

To może lepiej mieć e-booki, żeby nam ich nikt nie zabrał? Choć te trudniej personalizować.

Związek z czytnikami przyniósł mi rozczarowanie. Czytam w ten sposób sporo książek, które dostaję w PDF-ach przed drukiem, ale nie jestem entuzjastką tego sposobu czytania, ponieważ któregoś dnia straciłam wszystkie moje książki z wirtualnej biblioteki w czasie aktualizacji systemu. Zrobiło mi się bardzo przykro, bo utraciłam razem z nimi zaznaczenia, które w nich zrobiłam, aby móc do nich wracać. E-booki czytamy inaczej, szybciej, co może być zaletą, ale jednak mniej zapamiętujemy z takiej lektury. Dlatego jestem przekonana, że ważne książki trzeba mieć w papierze, po to właśnie, żeby one były, żeby można było zahaczyć o nie wzrokiem, żeby odnaleźć w nich te swoje zagięcia, wejść z nimi w relację. 

 

Czy ma Pani właśnie takie książki, które coś zmieniły, które są najważniejsze?

Myślę, że to się zmienia. Najważniejsze książki to te, które są najważniejsze w danym momencie naszego życia. Teraz przeczytałam tego Kafkę, wydawałoby się, że Kafkę każdy zna, każdy czytał, ale uważam, że teraz przeczytałam go zupełnie na nowo. Mam nawet wrażenie, że powinnam go przeczytać jeszcze raz. W ogóle myślę, że do książek trzeba wracać. Ale oczywiście są tacy, którzy mają jedną książkę na całe życie, taką, która faktycznie te osoby jakoś zmieniła. Tata opowiadał mi, że spotkał kiedyś w pociągu pijaka, który przez całą drogę spał. Nagle pijak się ocknął, zobaczył tego mojego tatę z książką, czytającego, i powiedział: wie pan, jest taka książka, „Mistrz i Małgorzata”, czytam to na okrągło, to jest najważniejsza książka mojego życia. Więc tak, niektórzy mają swoje książki, niektórzy dopiero ich szukają.

Marek Bieńczyk w książce „Jabłko Olgi, stopy Dawida. Eseje i jesienie” pisał o swojej mamie, która była późną czytelniczą, czyli odkryła czytanie dopiero na emeryturze. Wcześniej jej nie interesowało, świat książek jakoś jej nie ciągnął, chociaż syn zajmował się literaturą. W pewnym momencie zaczęła czytać i w końcu odkryła jedną książkę, która według niej była książką o niej. I była to najważniejsza książka życia.

Książki mogą też zmienić coś w naszym życiu, wierzę w to. Dostałam kiedyś list od pewnego pana, który pisał, że wychowywał się w domu bez książek, w rodzinie robotniczej, gdzie nikt nie czytał, gdzie nikt nie interesował się literaturą, a więc przeszedł zupełnie inną drogę niż ja, wychowana w domu, gdzie od zawsze się czytało. I ten pan skończył zawodówkę, zaczął pracę i jakoś trafił na pierwszą książkę. I poszło: zaczął czytać, jedną książkę po drugiej. Skończył zaoczne liceum, zaczął studia, jego życie zmieniło się całkowicie i to dzięki książkom. I nie wyniósł tego z domu, ale odkrył to sam w pewnym momencie. Takie listy bardzo mnie cieszą. 

5 Justyna Sobolewska dziennikarka journalist krytyk literacki krytyk book ksiazka czytamy 

A czy są gatunki, po które najchętniej Pani sięga?

Nie, lubię po prostu dobrą literaturę. Wydaje mi się, że książki są jak ludzie. Otwieranie książki jest jak spotkanie z nową osobą. Zasiadając do niej, nie wiem, kogo spotkam. Czasami czeka mnie zaskoczenie, odkrywam nagle zupełnie nowy świat. A czasami nie odkrywa się też niczego. Ostatnio czytałam wydane przez Universitas opowiadania, które napisał Julio Ramón Ribeyro. Ten peruwiański autor jest u nas całkowicie nieznany, mimo że w Peru jest równie ważny jak Mario Vargas Llosa. I to było takie spotkanie absolutnie niezwykłe. Po pierwsze są to opowiadania, czyli taka forma szlachetna, po drugie uderza niesłychana wrażliwość tego pisarza, po trzecie świetnie opisuje on kobiece bohaterki i z każdym kolejnym opowiadaniem czekałam, co ten autor jeszcze przede mną odkryje. Tak wygląda najlepsza literatura. To wielka przyjemność, kiedy odkrywa się takie arcydzieło, o którym mało kto wie, które mało kto czytał. W dodatku w świetnym przekładzie (Tomasza Pindla). Choć i przyjemnie czyta się takiego Stephena Kinga, którego bardzo go cenię i uważam, że to ten typ autora, który sam jest dobrym czytelnikiem. Można znaleźć u niego mnóstwo nawiązań do literatury, bawi się konwencjami. Przyjemność można więc znaleźć niezależnie od gatunku, przy lekturze horroru i powieści erotycznej. Natomiast nie lubię odkrywać, że książką jest produktem „robionym na miarę” i zgodnie z oczekiwaniami czytelników i PR-owców. Kiedy widzę, jak taka książka została przygotowana na bestseller, to jako czytelnik czuję rozczarowanie. Choć taka taktyka zwykle się sprawdza i książka rzeczywiście dobrze się sprzedaje.

Jestem przekonana, że ważne książki trzeba mieć w papierze, po to właśnie, żeby one były, żeby można było zahaczyć o nie wzrokiem, żeby odnaleźć w nich te swoje zagięcia, wejść z nimi w relację. 

Szytych na miarę bestsellerów nie znajdziemy za to w Szczebrzeszynie. Na Festiwalu Stolica Języka Polskiego, którego jest Pani kuratorką, czeka nas spotkanie z dobrą literaturą i jej twórcami.

Po pierwsze wydaje mi się, że festiwale organizowane są głównie w dużych miastach i to już trochę się przejadło. Tam dostęp do kultury jest bardzo łatwy. A właśnie takie miejsca jak Szczebrzeszyn, w którym w ciągu roku nie ma żadnych wydarzeń kulturalnych, są świetne na letni festiwal zarówno dla mieszkańców, jak i przyjezdnych.

W tym roku w Szczebrzeszynie każdy dzień będzie wypełniony po brzegi. Najbardziej lubię to, że na tym festiwalu nie ma dystansu między pisarzami a publicznością. Często prowadzę spotkania literackie i zwykle jest tak, że ciężko nawiązać kontakt z publicznością, nikt nie zadaje pytań, jest jakaś bariera. A tutaj będzie inaczej. Będziemy siedzieć na łące, będą to takie spotkania nieformalne. Będzie też dużo spotkań małżeńskich, bo wiele ludzi piszących, głównie dziennikarzy czy reporterów, pisze razem, co jest interesujące. Na przykład Cezary Łazarewicz i Ewa Winnicka czy Marcin Meller i Anna Dziewit-Meller, którzy pisali książki wspólnie i osobno.

Ciekawe jest również to, że pojawią się pisarze i ich tłumacze. Na przykład szwedzki tłumacz Olgi Tokarczuk, Jan Henrik Swahn. Jego przekład „Ksiąg Jakubowych” otrzymał nagrodę Akademii Szwedzkiej, tej samej, która przyznaje Nagrody Nobla. Dzięki takim spotkaniom poruszymy temat tego, jak polska literatura istnieje zagranicą. Kolejnym po Tokarczuk przykładem może być Zygmunt Miłoszewski tłumaczony na hiszpański czy francuski. Kiedy byłam w Paryżu, to widziałam w „Le Monde” wielką recenzję „Ziarna prawdy”. To wielka zasługa tłumacza, że została we Francji zauważona. Będzie więc też spotkanie z Zygmuntem Miłoszewskim i jego tłumaczem, czyli Kamilem Barbarskim.

Będziemy też debatować. Na przykład rozmawiać o estetyce polskiego krajobrazu z Ziemowitem Szczerkiem i z Marcinem Wichą. Porozmawiamy też o przeszłości i przyszłości. Edwin Bendyk będzie prowadził debatę o strategiach i prognozach rozwoju takich regionów jak Szczebrzeszyn. Bo nasz festiwal jest częścią szerszych działań prowadzących do tego, aby stworzyć na Roztoczu centrum kultury: z wydawnictwem, z miejscem do pracy dla pisarzy i tłumaczy.

6 Justyna Sobolewska dziennikarka journalist krytyk literacki krytyk book ksiazka czytamy 

Faktycznie brakuje w Polsce tego typu ośrodków dla twórców, w przeciwieństwie na przykład do Niemiec czy Skandynawii.

Rzeczywiście, tego w Polsce jest mało. Twórcy skarżą się, że łatwiej zdobyć stypendium niemieckie, jakieś wsparcie stamtąd niż od nas. Dlatego chcemy stworzyć miejsce, gdzie będzie mogła powstawać literatura i jej przekłady. A planując kolejne odsłony festiwalu, chcemy jeszcze bardziej podkreślać wagę tłumaczy. Tym bardziej, że Szczebrzeszyn przed wojną był miejscem wielokulturowym, a dziś jedynym tego śladem jest znajdująca się tu synagoga i cerkiew. W ogóle chcemy się bardziej otwierać na Wschód, stworzyć taki szlak polsko-ukraińsko-białorusko-litewski, przekraczać granice państw, zapraszać więcej gości stamtąd. W tym roku przyjedzie na przykład poetka, która przełożyła Leśmiana na ukraiński. Osiem lat nad tym pracowała i to oczywiście ewenement, bo trudno nam sobie wyobrazić przekład Leśmiana.

 

Co jeszcze nas czeka w Szczebrzeszynie?

Nie ograniczamy się tylko do literatury. Będą też wystawy malarskie, pokazy filmowe, monodramy teatralne, na przykład Maja Komorowska będzie interpretować teksty Białoszewskiego. Do tego koncerty, przyjedzie do nas choćby Zbigniew Wodecki z zespołem Mitch&Mitch. A przede wszystkim twórcy będą dostępni, będzie można spotkać się z nimi nad rzeką, swobodnie porozmawiać, wypić wspólnie kawę. Zapraszamy.

8 Justyna Sobolewska dziennikarka journalist krytyk literacki krytyk book ksiazka czytamy 

Fot. Maciej Kaniuk

Wybór Enter The Room

Instagram enter The Room

Sorry something went wrong. Here is the possible list of errors:

  • Error loading user data