Jonathan Nolan i Lisa Joy, prywatnie małżeństwo, wzięli na warsztat stary kampowy film o buncie maszyn i przerobili na intrygujący serial, w którym współczesny świat może się przejrzeć jak w zwierciadle.

„Westworld” odbija lęki, problemy i obsesje, z jakimi wszyscy stykamy się na co dzień. Powtarzalność schematów, niewymierność norm społecznych, frustrujący klincz między pragnieniem kreatywności a prozą życia, fiksacja na seksie i przemocy.

Trochę jak interaktywna gra wideo dla wiecznych chłopców, trochę jak mokry sen korposzczura, trochę jak eksperyment z „Nocy oczyszczenia” – tytułowy park tematyczny to oficjalnie raj dla wszystkich zainteresowanych, w praktyce jednak, jak widzimy, głównie dla białych heteronormatywnych mężczyzn, którzy w jeszcze większym stopniu niż zazwyczaj mogą się poczuć władcami świata, rozładowując stresy przy pomocy najprostszych i najstarszych mechanizmów: plądrując, mordując i plugawiąc do woli. Rzecz jasna, na niby, niemniej w imaginarium dojmująco realistycznym, a do tego najbardziej męskim z męskich – na Dzikim Zachodzie.

Utopia mężczyzn jest zarazem dystopią kobiet, co twórcy niekiedy obrazują bardzo dosadnie – stąd też po pierwszych odcinkach musieli odpierać zarzuty o mizoginię i promowanie kultury gwałtu. W połowie sezonu nie ma już żadnych wątpliwości, że jest zupełnie na odwrót – z biegiem fabuły coraz silniej zaznaczają się idee feminizmu i krytyka patriarchatu.

W odróżnieniu od pierwowzoru Michaela Crichtona, centralnymi postaciami w serialu są androidy kobiece, bez wyjątku atrakcyjne. Koncept robotów czy cyborgów rodzaju żeńskiego zaprojektowanych dla męskiej przyjemności nie jest w kinie i telewizji niczym nowym, by wspomnieć Marię z „Metropolis” Fritza Langa, gynoidy z „Blade Runnera”, perfekcyjne „Żony ze Stepford”, femboty z serii o Austinie Powersie, Cylonki z „Battlestar Galactica”, system operacyjny o seksownym głosie Scarlett Johansson z filmu „Ona” Spike’a Jonze’a, Avę z „Ex Machiny” oraz liczne bohaterki anime. Nawet w naszych swojskich „Alternatywach 4” konstruktor Manc powoływał do życia damskiego robota do stania w kolejkach, a ponadto dowiadywaliśmy się, że ma jeszcze w planach robota-sprzątaczkę i robota-striptizerkę. Naturalnie, rzeczywistość już dawno przegoniła seksistowskie mrzonki socjalizmu w wydaniu „wszyscy równi, ale panowie równiejsi”. Realistyczne seks-cyborgi sterowane elektronicznie wyparły popularne jeszcze na przełomie mileniów dmuchane lalki.

W aspekcie feministycznym „Westworld” najbardziej fascynuje sposób, w jaki twórcy używają postaci kobiecych androidów do rozpracowania znanego z psychoanalizy zespołu Madonny i ladacznicy. 

Świętą jest Dolores (Evan Rachel Wood). Poznajemy ją już w pierwszej scenie show. Siedzi na krześle, kompletnie naga, z nieobecnym wyrazem twarzy, i odpowiada na pytania zadawane męskim głosem spoza kadru. Nolanowi wystarcza jedno fenomenalne ujęcie muchy chodzącej po źrenicy Dolores, by sprzedać nam dwie kluczowe informacje: primo, bohaterka nie jest człowiekiem; secundo, została zaprogramowana tak, by nie skrzywdzić nawet owada.

Dolores, podobnie jak inni rezydenci Westworld, nie zdaje sobie sprawy, że jest robotem egzystującym w rzeczywistości rodem z „Dnia świstaka”. Uformowana na wzór amalgamatu disnejowskiej księżniczki, Alicji z Krainy Czarów i stereotypowej dziewczyny z farmy, ma wgrany prostoduszny charakter, romantyczną naturę, bezwarunkową miłość do ojca i talent do malowania pejzaży. Uosabia Madonnę – dziewicę, czystą i niewinną. Klienci Westworld mają się w niej platonicznie zakochiwać lub brutalnie ją gwałcić – wedle uznania. W tym drugim przypadku pamięć Dolores o incydencie jest kasowana, ewentualne uszczerbki fizyczne – naprawiane, i tak każdy kolejny dzień nowa/stara Dolores rozpoczyna ze świeżym ładunkiem entuzjazmu.

W jednej z wariacji scenariusza twórcy parku dorzucają Dolores oblubieńca, pięknego i rycerskiego Teddy’ego (James Marsden). Nie tyle dla niej, ile znów dla klientów – tych, którzy zapragną spełnić perwersyjną fantazję o zabiciu bohatera i rozdziewiczeniu jego ukochanej.

Z czasem błędy systemu przy ingerencji osób trzecich sprawiają, że w pamięci Dolores zostają okruchy, które następnie powoli kształtują świadomość postaci wykraczającą poza założony scenariusz. Za świadomością idzie stopniowa transgresja i coraz bardziej złożona tożsamość. Przemoc generuje przemoc. Krzywdzona kobieta uczy się krzywdzić innych, choćby w obronie własnej. Twórcy serialu symbolicznie emancypują bohaterkę – w jednym odcinku Dolores dobywa kolta, w kolejnym robi z niego użytek, w jeszcze następnym wskakuje w męskie ciuchy. W epizodzie piątym wypowiada przełomową kwestię: „Wyobraziłam sobie historię, w której nie jestem damulką w opałach”. Święta ewoluuje w (metaforyczną) jawnogrzesznicę.

Maeve (Thandie Newton) stanowi poniekąd rewers Dolores. Teoretycznie wszystkie damskie roboty zaludniające Westworld robią za obiekty seksualne, ale Maeve jest takim obiektem literalnie. Jest burdelmamą z lokalnego saloonu. Wgrano jej trudny charakter i niewyparzony język, w związku z czym jest nie tylko regularnie wykorzystywana seksualnie, ale i mordowana. Cząstkę świadomości zyskuje na stole operacyjnym, gdy jeden z „chirurgów” zajmujących się renowacją androidów, zapomina podać jej narkozę. Wstrząs przywołuje retrospekcje, z których dowiadujemy się o tragicznej przeszłości Maeve i jej córki. Na naszych oczach dziwka ewoluuje w matkę, a więc w (metaforyczną) Madonnę.

2 Westworld Jonathan Nolan wester sci fi hbo Anthony Hopkins

Losy Dolores i Maeve tworzą dychotomiczny splot o dużej sile rażenia. Bohaterki wyrastają na liderki rewolucji, do której prawdopodobnie dojdzie w drugiej połowie sezonu. Jeśli kobiety przejmą władzę, będziemy mieć do czynienia nie z dystopią, jak w „Matriarchacie” Wolskiego czy „Seksmisji” Machulskiego, lecz – i tu również zaznacza się postępowy charakter serialu – z utopią. Bo i utopią byłby świat wolny od szufladek, oczekiwań społecznych względem kobiet. Świat, gdzie nie definiuje cię to, czy jesteś dziewicą, czy dziwką – jesteś kim ci się żywnie podoba, i wyłącznie sama dyrygujesz własnym przeznaczeniem.

Jeżeli jednak scenariusz pójdzie w innym kierunku, i tak warto będzie dalej oglądać „Westworld”. Dla wybitnego aktorstwa, wizualnych trawestacji prac Boscha i Leonarda da Vinci, genialnej muzyki Ramina Djawadiego. Przede wszystkim zaś – nie czarujmy się – dla stężenia nagości i przemocy, z jakim w telewizji może konkurować tylko „Gra o tron”. Ot, ironia.

Fot. materiały prasowe