Z kolejnymi książkami Sylwii Chutnik mam tak, że czekam na nie, jak na kolejny freelancerski przelew. Z dużym zniecierpliwieniem. 

Rozpoczął to, w czym nie będę oryginalny, „Kieszonkowy atlas kobiet”, który otworzył me małomiasteczkowe oczy na feminizm, a dokładniej na herstoryczne spojrzenie na rzeczywistość. „Atlas...” był też dla mnie przyczynkiem poszukiwania w mojej ulubionej II wojnie światowej właśnie kobiet i to najlepiej takich odepchniętych przez Historię (a tych, nie oszukujmy się, jest w dalszym ciągu multum). „Dzidzia” potrzebę obcowania z prozą Chutnik ugruntowała (ironia i groteska – w to mi graj), ładując czytelnika-Wojtaszczyka w, mam nadzieję, nie kończącą się karuzelę oczekiwań. W każdym razie ostatnio wyszła nowa Chutnik, co przyjąłem z należytym przyklaśnięciem w dłonie.

Rzecz nosi tytuł „Smutek cinkciarza”, którą wypuściło na rynek wydawnictwo Od Deski Do Deski, w znanej (chociażby przez „Inną duszę” Orbitowskiego) serii Na F/aktach. Znamy już ten case – pisarze „dostają” prawdziwą sprawę kryminalną i mają z niej stworzyć powieść. Tym razem obcujemy z cinkciarzem Wieśkiem, który to prężnie działał w Trójmieście, a później, pod koniec lat 80-tych, został zadźgany w windzie własnego bloku. Któż to uczynił?, zapytamy. Otóż nie wiemy. Sprawę umorzono, choć znaki na niebie i ziemi wskazywały na... Nie jestem pewien, czy to jest jawna, promocyjna informacja, więc sami się przekonajcie. Tropów jest kilka, aczkolwiek jeden jest przez pisarkę mocniej zaakcentowany.

Sylwia Chutnik wyrywa Wieśka z Trójmiasta i osadza go na warszawskich Bielanach. Zabieg ten nie dziwi, gdyż autorka w „swoim” mieście czuje się jak ryba w wodzie. Do cinkciarskich opowieści (np. tych o wymienianiu kasy przy Peweksach czy robieniu klientów w balona, oferując im, tzw. „kanapkę”, czyli głównie ładnie pociętą gazetę, a nie dolary oraz inne mroczne historie „szarej strefy” PRL-u) dokooptowuje historię rodzinną. Historię stołecznych dancingów, na których grał ojciec pisarki. Tworzy swoistą mapę modnych miejsc, gdzie bawiono się przy „Daj mi tę noc”, „Windą do nieba”, czy „Jak się masz kochanie?”. Wiesiek, słuchając tychże hicików, odpoczywał po wielogodzinnej, męczącej cinkciarskiej robocie. Tako rzecze główny bohater: „Ja lubiłem na przykład się zabawić. Lubiłem niezłą zabawę wpuszczać do swojego organizmu, bo to dla mnie było jak tlen. Bez dancingu przynajmniej raz w tygodniu (…) to ja chodziłem po ścianach (...)”. Dancing był jak bajka, w której chciano żyć, był życiem, do którego aspirowano, a na którego nikogo nie było stać. I tę melancholię Chutnik rozgrywa koncertowo; znajdowanie się pomiędzy szarą codziennością kolejek a życiem na parkiecie. Jednak dancing to nie tylko taniec, to również przyjaźnie z osobami, powiedzielibyśmy, z nizin społecznych (prostytutkami, cwaniakami, złodziejaszkami); to w końcu występy różnej maści sztukmistrzów. A po alkoholu rzeczy działy się różne, np. jeden z artystów zamiast podpalić obręcz, podpalił gołębia, który miał przez tę obręcz przelecieć. No nie przeleciał.  

Swoistym novum w książce Chutnik jest obsadzenie w roli głównej mężczyzny. Wcześniej, jak wiemy, to kobiety wiodły prym narracyjny. Bardzo fajnie to wychodzi. Otóż mamy do czynienia z męskością złamaną. Wiesiek nie jest królem warszawskich cinkciarzy, nie gania po ulicach z bronią za pazuchą, nie tłucze kobiet, bo ma takie widzimisię i nie uważa, że każdej, od czasu do czasu, należy się porządny wpierdol. Mało tego przyjaźni się z prostytutkami, rozumiejąc dlaczego robią, to co robią, rozumie ryzyko, jakie podejmują. Wiesiek to też postać z traumą męskości. Ciągnie się za nim niechęć własnego ojca, który do końca swoich dni, obwiniał go za śmierć starszego syna. Jak również niezrozumienie – dlaczego jego własny potomek traktuje ojca jak śmiecia? Gdzie przebiega ta tajemnicza nić połączenia między męskimi potomkami rodu? Czy męskie ideały nie są przekazywane w genach? Sorry, ale nie. Dla Wiesława najważniejsza jest rodzina, dla jego syna już nie, liczy się posiadanie i oswobodzenie od familii.

Dookreśleniem rzeczywistości PRL-u zajmują się w „Smutku...” kobiety. Wspomniane prostytutki, ale również kelnerki i dziewczyny z bloku cinkciarza. Jadźka, żona Wiesława, to kierowniczka sklepu (czyli, halo, halo, państwo cinkciarzostwo miało odrobinę lepiej od pozostałych – towar lepszy, pierwszy sort, tuż po dostawie. Żadne kolejki), wiedząca, że trzeba kombinować, aby żyło się dobrze. Dlatego też Jadźka wyjeżdża, m.in. do Turcji po kożuchy, kiecki, bluzki, a później to wyprzedaje i tym przekupuje. Drugą ważną postacią jest, moja ulubiona, Zośka. Obecnie, czyli w latach 80-tych, blokowa wariatka, która łazi nieobecna po osiedlu, brudna, śmierdząca, wiedząca rzeczy, o których inni nie wiedzą, i na które reagują kręceniem palcem przy własnej skroni. Wiesiek stwierdza: „I co było robić, przecież wariatce nie przetłumaczysz, bo łeb głupi i gadaj jak do ściany. Ona tam swoje wie i tyle. Poza tym obcej kobity na siłę nie umyjesz”. Bohater wie, co mówi, bo Zośka to jego wielka miłość z młodości. Wtedy była jeszcze piękna i dostojna, zimna i dumna, no i uczyła się baletu. Rewelacyjna historia (podobno oparta na faktach)!

Zmierzając do końca, warto zwrócić uwagę na sam PRL, którego przedstawienie stanowi niewątpliwą siłę „Smutku cinkciarza”. Nie dostaniemy komuny rodem z hipsterskich bajdurzeń, nie ma tutaj podniety meblami, samochodami, gramofonami i innymi artefaktami tak mocno kojarzącymi się z ciągłą modą na PRL. Nikt nie włącza, dającego po oczach, neonu „Wtedy było lepiej”. Ot, dostajemy prozę życia ludzi, którzy musieli robić tak, aby w domu żyło się lepiej. A że trzeba było kraść? Wiadomo: kto nie kradnie, ten donosi.

Moda, modą, jednak komuna się skończyła. Dlatego też, zalecam, nie kraść „Smutku cinkciarza”, tylko udać się do niesieciowej księgarni. Zapewniam, że te 200+ stron to świetna zabawa.

1 felieton kuba wojtaszczyk sylwia chutnik cinkciarz recenzja book

Fot. materiały prasowe 

Kuba Wojtaszczyk – rocznik '86, pisarz, kulturoznawca, absolwent Gender Studies UAM. Publikował i publikuje m.in. w „enter the ROOM”, „Czasie Kultury”, „Blizie”, „Lampie”, antologii „Nowe Marzy” 10. MFO. W 2014 r. debiutował powieścią „Portret trumienny”. W 2016 r. ukazała się jego druga książka „Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć”. Tłumaczony na niemiecki, węgierski i ukraiński. Stypendysta Prezydent m.st. Warszawy, Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Międzynarodowego Funduszu Wyszehradzkiego. W kwietniu 2017 r. ukaże się jego najnowsza powieść „Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica?”.

Fot. Marcos Rodriguez Velo

Instagram enter The Room

object(stdClass)#938 (3) { ["error_type"]=> string(23) "OAuthRateLimitException" ["code"]=> int(429) ["error_message"]=> string(180) "You have exceeded the maximum number of requests per hour. You have performed a total of 17429 requests in the last hour. Our general maximum limit is set at 500 requests per hour." }

Sorry something went wrong. Here is the possible list of errors:

  • Error loading user profile items