„Życie przecież nie ma fabuły. Dlaczego filmy miałyby ją mieć?" – pytał kiedyś Jarmusch. Ta konkluzja to nie jedyny, ale z pewnością choć jeden z kluczy niezbędnych do rozszyfrowania twórczości Amerykanina. Jimowi Jarmuschowi nie zależy na akcji. Zależy mu natomiast na afirmacji codziennych, z pozoru niewiele znaczących rytuałów. Wyraźnie widać to w jego nowym filmie „Paterson”, ale i w starszych produkcjach – ekscentrycznych, poetyckich, dziwacznych, a przy tym dla wielbicieli kina niezależnego absolutnie kultowych. 

Naczelny outsider, piewca samotności, wiecznie zawieszony gdzieś między światami. Najlepiej obrazuje to anegdota przytaczana przez samego Jarmuscha w wywiadach. Podobno lata temu podszedł do niego widz i powiedział: „Wszyscy się zastanawiają, czy jest pan reżyserem amerykańskim, czy europejskim. A ja myślę, że pan płynie samotnie na łodzi pośrodku oceanu”. Nie ważne, czy to historia prawdziwa, czy nieprawdziwa albo wręcz mitomańska. Ważne, że tak widzi siebie Jarmusch. I tak widzą go inni.

Urodzony w 1953 roku w Arkon w stanie Ohio twórca jest ucieleśnieniem tego wszystkiego, co nie przystaje do mitologii amerykańskiego snu. Jest głosem artystów i intelektualistów. Głosem ludzi niepodążających wytyczonymi ścieżkami, czasem wyalienowanych. I wszystkich tych, których w jakiś sposób uwiera rzeczywistość. A do tego ostatniego grona łatwo się zaliczyć, choćby na jakimś etapie życia. Może dlatego – choć kino Jarmuscha jest trudne, a według niektórych po prostu nudne – jego filmy nie pozostają w niszy, fascynują kolejne pokolenia widzów z różnych części świata. Także widzów polskich. W rankingu najlepszych reżyserów serwisu Filmweb Jarmusch zajmuje 26. pozycję. Nie jest to pierwsza trójka ani pierwsza dziesiątka, ale jest wysoko. Wyprzedza Stevena Spielberga, Roberta Zemeckisa i Pedro Almodóvara. A to wszystko dzięki głosom widzów.

Jarmuscha niełatwo jednak zaklasyfikować. Najbardziej znany jest jako reżyser i scenarzysta, ale jest też przecież muzykiem, kompozytorem, producentem, montażystą, operatorem, aktorem. Dziś nazywa się go guru czy ikoną kina niezależnego. Nie znaczy to jednak, że Amerykanin z łatwością pozyskuje środki na kolejne produkcje. W erze, gdy wartość filmu mierzy się box office’owym sukcesem, twórca „Kawy i papierosów”, „Truposza” czy „Broken Flowers” nie włącza się do wyścigu szczurów. A przecież mógłby, bo niejeden twórca, który zaczynał od tytułów alternatywnych i niezależnych, zabierał się później za kręcenie kasowych hitów. Jarmusch deklaruje, że pieniądze nigdy go nie interesowały i dalej nie interesują. I dość łatwo mu uwierzyć, bo każdy kolejny obraz to dowód na to, że Jarmusch jest wciąż wierny sobie. Nie chce zmieniać ani siebie, ani innych. Nic na siłę. Podkreślał to w wywiadzie dla Gazety Wyborczej: „Chodzi o to, żeby nie próbować nikogo zmieniać. Wszystko jedno, czy chodzi o kochankę, czy o swoje dziecko. Zrozumiałem to dopiero po wielu latach”.

1 jarmusch shopping film movie paterson

1. płyta Toma Waitsa „Used Songs. 1973-1980”/ Empik, cena: 47,99 zł;

2. książka Rona Padgetta z ilustracjami Jasona Novaka „How To Be Perfect. An Illustrated Guide”/ Amazon, cena: ok. 60 zł;

3. „Detroit. Sekcja zwłok Ameryki” Charlie'go Leduffa (miasto wystąpiło między innymi w filmie „Tylko kochankowie przeżyją”), Wydawnictwo Czarne, cena: 37,22 zł;

4. kolekcja filmów Wima Wendera z lat 1980-1984, zawiera filmy „Film Nicka”, „Pokój 666”, „Paryż, Teksas” i „Stan rzeczy”, do którego muzykę nagrał Jarmusch/ Ceneo, cena: 106,99 zł

5. koszula Hermetic Square/ Showroom.pl, cena: 349 zł

O Jarmuschu krążą różne opowieści, jak o każdym ekscentrycznym twórcy. Ludzie przeważnie bardzo dobrze wspominają jednak czas spędzony z nim na planie. Zupełnie inaczej, niż na przykład współpracę z inną ikoną kina niezależnego – Larsem von Trierem, który w oczach wielu aktorów jest brutalny i bezwzględny. „Jim uchodzi za szaleńca, ale nim nie jest. Na planie jest uprzejmy, cierpliwy, ma wielką wrażliwość i uważnie obserwuje. Rzadko mówi, jak grać. Raczej obserwuje i wyłapuje odruchy aktorów” – opowiadał w wywiadzie dla „Wysokich Obcasów” Tom Hiddleston, który zagrał w obrazie „Tylko kochankowie przeżyją”.

Według niektórych jego filmy to po prostu zbitka różnorodnych kulturowych odniesień. Jarmusch jest wiecznie czymś zafascynowany – a to nowo odkrytym muzykiem, a to poetą żyjącym setki lat wcześniej, a to muzyką barokową. Towarzyszy mu wieczny głód wiedzy. I tu Jarmusch przypomina granego przez Hiddlestona wampira Adama ze swojego filmu „Tylko kochankowie przeżyją”. „Nic nie jest oryginalne. Kradnij ze wszystkiego, co wpływa na twoją inspirację lub napędza twoją wyobraźnię. Wchłaniaj stare filmy, nowe filmy, muzykę, książki, obrazy, fotografie, wiersze, sny, przypadkowe rozmowy, architekturę, mosty, znaki drogowe, drzewa, chmury, zbiorniki wodne, światło i cienie. Wybieraj tylko te rzeczy, z których masz kraść, które przemawiają bezpośrednio do twojej duszy. Jeśli tak zrobisz, twoje prace – i kradzieże – będą autentyczne. Autentyczność jest bezcenna; oryginalność nie istnieje. I nie zawracaj sobie głowy ukrywaniem swojego złodziejstwa – obnoś się z nim, jeśli masz na to ochotę. W każdym razie zawsze pamiętaj, co powiedział Jean-Luc Godard: Nie chodzi o to, co skądś zabierasz – chodzi o to, gdzie zabierasz” – wyznał kiedyś reżyser.

Jarmusch nie pozostawia nam złudzeń. Absolutna oryginalność to dla niego idylla. Wprawnie szafuje cytatami, które rozpozna uważny, dobrze wyedukowany widz. W swoim nowym filmie, „Paterson” – który w polskich kinach pojawi się już 30 grudnia – nawiązuje wyraźnie do poezji Rona Padgetta. W jego filmach można znaleźć inspiracje francuską Nową Falą, kinem japońskim czy czeskim. Jednocześnie artysta operuje własnym, bardzo charakterystycznym stylem. Pierwsze obrazy Jarmuscha wielu ustawia na półce obok dzieł Wima Wendersa, z którym zresztą młody Jarmusch blisko współpracował, między innymi tworząc muzykę do filmu „Stan rzeczy”. Wenders podarował mu resztki taśmy filmowej, która została mu po realizacji tego właśnie obrazu. Dzięki temu początkujący reżyser mógł nakręcić krótkometrażową fabułę „Nowy Świat”. Pierwszym obrazom Jarmuscha rzeczywiście blisko do Wendersa, ale każdy kolejny film jest już coraz bardziej „jarmuschowski”. 

Choć o Jarmuschu mówi się głównie jako o reżyserze, warto wspomnieć też o jego bogatym dorobku muzycznym. Jeszcze w latach 80. autor „Nocy na Ziemi” grał i śpiewał w zespole The Del-Byzanteens. W kolejnych latach starał się nieustannie eksperymentować z muzyką, nie tylko na potrzeby własnych filmów. „Kiedy siadam do pisania scenariusza, najpierw myślę o muzyce, która popchnie do przodu moją wyobraźnię” – deklarował. Współpracował z takimi gwiazdami, jak Tom Waits czy Neil Young. Ostatnio nakręcił też dokument „Gimme Danger” o Iggym Popie i The Stooges, który na ekrany polskich kin trafił 9 grudnia.

Co chyba najbardziej zachwyca w Jarmuschu, to fakt, że choć od jego debiutu („Nieustające wakacje”) minęło 36 lat, w kolejnych obrazach reżysera wciąż czuć świeżość. Niektóre jego filmy można lubić bardziej, inne mniej, ale trudno zaprzeczyć, że Amerykanin zachował dociekliwość dziecka i buntowniczość nastolatka. A przy tym, wraz z czasem, zdobył wiedzę i doświadczenie. „Paterson”, który tak zachwycił krytyków w Cannes, to najlepszy dowód na to, że Jarmusch wciąż jest w świetnej formie. I oby był jak najdłużej. 

Fot. opracowanie graficzne Małgorzata Stolińska dla enter the ROOM na bazie materiałów prasowych

Instagram enter The Room

object(stdClass)#7442 (3) { ["error_type"]=> string(23) "OAuthRateLimitException" ["code"]=> int(429) ["error_message"]=> string(179) "You have exceeded the maximum number of requests per hour. You have performed a total of 1413 requests in the last hour. Our general maximum limit is set at 500 requests per hour." }

Sorry something went wrong. Here is the possible list of errors:

  • Error loading user profile items