Przyjaźń. Dziś wydaje się trwalszym i ważniejszym związkiem niż miłosny. Przyjaciół traktujemy jak rodzinę, którą możemy sobie wybrać. Krąg ludzi, z którymi świetnie się rozumiemy, bawimy najlepiej, jak i w ich ramionach możemy się szczerze wypłakać. Jednak w kulturze wciąż najwięcej mówi się o miłości. Dlatego Hanna Rydlewska zdecydowała się napisać książkę o przyjaźni, w której przedstawia kilka pięknych historii przyjacielskich związków, jak i rozmawia z ekspertami o tym, jak te związki budować i co za nimi się kryje. Mamy dla was fragmenty.

Przyjaźń – inny wariant miłości

Rozmowa z dr. Konradem Majem

 

Dlaczego dyskryminujemy przyjaźń? Jak to się dzieje, że relację miłosną uznaje się za głębszą, ważniejszą, wymagającą większego zaangażowania od tej przyjacielskiej?

– Miłość jest mocno obecna w kulturze. Proszę spojrzeć, ile poematów napisano o miłości, a ile o przyjaźni. Miłosne uniesienia odbieramy jako niezwykłe, natomiast przyjaźń wydaje nam się czymś ważnym, potrzebnym, ale zwyczajnym. Być może ma to związek z tym, że o miłości zwykło się powtarzać, że łączy nas z jednym, przeznaczonym nam człowiekiem, a  przyjaciół można mieć wielu. Oczywiście mówię tu o miłości romantycznej, a nie tej, którą żywimy chociażby do członków naszej rodziny.

To przekonanie o mniejszej sile przyjaźni jest fałszywe z wielu względów. Po pierwsze, przyjaciół w dorosłym życiu wcale nie mamy na pęczki. Znalezienie kogoś bliskiego i umiejętne podtrzymywanie z nim platonicznego związku przez długi czas nie jest łatwe. Po wtóre, w psychologii mówi się o tym, że można kochać miłością romantyczną więcej niż jedną osobę. Takie przypadki zdarzają się stosunkowo często, tyle że poligamia nie jest w naszej kulturze mile widziana, więc ludzie dokonują wyborów. Nie przesadzałbym zatem z tym, że przyjaźń jest taka pospolita, a miłość to magiczne uczucie na wyłączność.

 

A może w ogóle podział na miłość i przyjaźń jest bez sensu? Bo czym właściwie przyjaźń różni się od miłości: tylko aspektem erotycznym, czyli przyjaźń to miłość bez seksu? 

– Podobieństwa oczywiście występują: i tu, i tu mó- wimy o  zaufaniu, chęci przebywania razem, tęsknocie, akceptacji. Współczesna neuropsychologia udowodniła jednak, że jest też sporo różnic. Można je zaobserwować już na poziomie fizjologii. Początki miłości to przecież potężna dawka hormonów. Oksytocyny, wazopresyny, adrenaliny, fenyloetyloaminy, dopaminy i endorfin. Za ich sprawą dwanaście obszarów mózgu zostaje bardzo silnie pobudzonych. Ta mieszanka działa na nas trochę jak kokaina – na haju nic nas nie boli, jesteśmy pełni energii i wigoru, możemy przenosić góry. Stan zakochania to chemiczna burza. 

 

Mam wrażenie, że podobnie możemy czuć się w towarzystwie przyjaciela, kiedy widzimy, że on nas rozumie, akceptuje i wspiera. Przyjacielska pełnia może być doskonałym źródłem endorfin.

– Hormony, o  których wspomniałem, wytwarzają się również w relacjach przyjacielskich, ale w zupełnie innym natężeniu. Pierwsza faza zakochania w miłości romantycznej to kop, który nie jest porównywalny z niczym innym. Co więcej, wykazano, że do zakochania może dojść błyskawicznie, czasem to ułamek sekundy, który wyzwala hormonalną lawinę. W  przypadku bliskich, ale platonicznych, relacji takich nagłych efektów nie będzie. Ale z całą pewnością ci, którzy mają przyjaciół, mogą liczyć na więcej endorfin, a te hormony z kolei pozwalają nie tylko doświadczać przyjemności, lecz także lepiej radzić sobie z  bólem. W  badaniach przeprowadzonych przez Uniwersytet Oksfordzki wykazano, że ci, którzy deklarowali większą liczbę bliskich relacji z innymi ludźmi, byli w stanie łatwiej znosić zlecone im – dość niewygodne, związane z bólem – aktywności fizyczne.

 

Może to dobrze, że w przyjaźni nie grozi nam lawina? Relacje przyjacielskie są zbudowane na znacznie bardziej stabilnym podłożu, na mozolnie wypracowanych więziach, a nie na czymś ulotnym, wynikającym z naszej fizjologii.

– Niewątpliwie tak, na przykład w przypadku przyjaźni nie ma dla nas aż takiego znaczenia to, jak ktoś wygląda.

 

Nie ma?

– Wiadomo, że to się nie sprawdza w stu procentach. Zdarza się, że ktoś o doborze przyjaciół decyduje, biorąc pod uwagę określone cechy ich powierzchowności. Generalnie nie jest to jednak główny czynnik, na którym się koncentrujemy, zawiązując z kimś przyjacielską znajomość. Chciałbym tu od razu obalić mit, który głosi, że przyjaźń to coś bezinteresownego. Ludzie czerpią z przyjaźni konkretne korzyści: wsparcie, pocieszenie, pomoc w kryzysowych sytuacjach. Także samo przebywanie w towarzystwie kogoś atrakcyjnego, również fizycznie, może być przyjemne, nawet jeśli to nie ma podtekstu erotycznego i nie zmierza do seksu.

 

Oczywiście, że się różnimy

Anna Tatarska, 31 lat, dziennikarka, krytyczka filmowa

Barbara Tatarska-Matuszewska, 59 lat, współwłaścicielka prywatnej placówki medycznej, mama Anny

 

Mówicie sobie wszystko, jak przystało na prawdziwe przyjaciółki?

Barbara Tatarska-Matuszewska: Zawsze byłyśmy ze sobą blisko, więc mówiłam i mówię Ani dużo. W granicach rozsądku, oczywiście. Wiem, że trzeba zachować margines prywatności. Kiedy Ania była mała, próbowałam ją chronić. Nie chciałam jej obciążać swoimi lękami, uprzedzeniami. Zależało mi na tym, żeby weszła w dorosłość jako silna, otwarta na świat kobieta. Nie było łatwo, bo długo byłyśmy same. Mój mąż, a jej biologiczny ojciec, wyjechał. Zostawił nas. Ja to oczywiście przeżywałam, bo byłam w nim bardzo zakochana. W dodatku byłam młoda, nie miałam jeszcze trzydziestu lat, kiedy to się stało. Ania miała dwa i pół roku.

Anna Tatarska: Ojciec już nigdy nie wrócił, mama nie widziała go od tamtej pory.

(...)

To ważne, że zostałyście same. Przecież gdyby nie to doświadczenie, wasza relacja nie byłaby chyba aż tak silna, prawda?

B: Pewnie tak. Chociaż zrobiłam wiele, żeby rozpad mojego pierwszego małżeństwa nie wpłynął za bardzo na Anię. Starałam się nie obarczać jej swoim nieszczęściem. Dążyłam do tego, żebyśmy funkcjonowały normalnie. Na pewno Ania przez parę lat odczuwała brak ojca, ale nie wydaje mi się, żeby była wyjątkowo smutna ztego powodu. Uważałam też na to, żeby nie nastawiać jej negatywnie do męż- czyzn. „Bo mężczyźni są źli, bo wszyscy są tacy sami” — nigdy bym jej tak nie powiedziała. Nie manifestowałam również swoich humorów. To znaczy, nie ukrywałam, że jestem przybita — taki smutek ciężko ukryć — ale równocześnie nie obnosiłam się z tym. Cały czas byłam aktywna. 

A: Pamiętam dzień, w którym w końcu rozwiodłaś się z ojcem. Miałam sześć lat, może siedem. Chyba chodziłam już do szkoły. Oczywiście to mgliste wspomnienie, pewnie i podkoloryzowane, ale zapamiętałam, że wróciłaś z sądu w kiepskim stanie. Leżałyśmy razem na łóżku, ty płakałaś, a ja cię pocieszałam. Od razu zastrzegam, że to nie jest jedna ztych historii o biednym dziecku, które musi holować emocjonalnie matkę. To raczej symboliczny moment. Ważny. To nie było niedobre, że cię pocieszałam, mamo. Doceniam, że podzieliłaś się ze mną wtedy swoimi emocjami. Nauczyłaś mnie, że przed smutkiem nie wolno uciekać. Co najwyżej — można go zaakceptować. Wtedy jest szansa, że szybciej minie.

Fragmenty pochodzą z książki „Po prostu przyjaźń” autorstwa Hanny Rydlewskiej, Wydawnictwo Agora, 2017

1 po prostu przyja hanna rydlewska 

Fot. materiały prasowe