Rok 1863, dwór, rewizja. Na materacu widać ślady krwi. Czyjej? Od odpowiedzi bohaterki zależy życie rannego żołnierza, ukrytego w pokoju obok. Krew powstańca staje się więc jej krwią menstruacyjną. 

Brzmi trochę jak scena z feministycznej powieści podważającej heroiczno-patetyczną narrację o powstaniu, przywracającej kobiece wątki w „oficjalnej” historii zdominowanej przez mężczyzn i napisanej przez nowoczesnego autora (a może autorkę?), który nie traktuje menstruacji jako tematu tabu, a nawet więcej – czyni z krwawienia miesięcznego narzędzie ocalenia rannego powstańca.

1

Taką właśnie scenę opisał jednak nie kto inny jak Stefana Żeromski w powieści wydanej po raz pierwszy w 1912 roku i zatytułowanej „Wierna rzeka” (uzupełnionej później podtytułem Klechda domowa” ). To motyw tak wyjątkowy, że warto przytoczyć kluczowy fragment w całości:

„[…] jeden z rewidujących [rosyjskich żołnierzy] spostrzegł na odwrocie materaca ślady krwi. Dał o tym znać dowódcy i jego podwładnym. […] Panna Brynicka stała w sąsiedztwie swej pościeli, otoczona przez oficerów, którzy jej się przyglądali ze śmiechem i brutalną bezwzględnością. Na zapytanie majora, co znaczy ta krew na materacu – milczała. Twarz jej była blada, oczy spuszczone na ziemię. W zaciśnięciu jej ust, w rozpostarciu królewskich brwi, w opadłych na oczy powiekach było tyle odpychającej dumy i obojętności, że to wojskowych podburzało do zemsty.

– Co znaczą te ślady krwi? – nastawał major.

Milczała.

– Skąd się tu wzięła krew na tym materacu?

Milczała.

– Co to jest? – krzyknął jeden z oficerów podsuwając jej pod oczy zakrwawiony materac.

– To jest ślad krwi – odpowiedziała spokojnie.

– Czyjej?

– Mojej.

2

Kadry z filmu „Wierna rzeka

Powiedziawszy to słowo męczeńskie i bohaterskie – zdobywszy się wobec tych wszystkich mężczyzn noszących oręż na najwyższe dziewicze poświęcenie spłonęła nagle od pożaru wszystkiej krwi, która w jej żyłach pędziła. Zdawało się, że ją krew ta zaleje i że ją wstyd udusi. Oficerowie pomrukiwali z chichotem szturchając się i szepcąc pomiędzy sobą dowcipne komentarze. Panna Salomea uspokoiła się. Cierpliwie słuchała przyciszonych szyderstw, drwin i kpiarskich pokasływań. W pewnej chwili podniosła oczy i objęła ich wszystkich jednym spojrzeniem bezgranicznej wzgardy. W spojrzeniu tym błysnęła sobie samej wiadoma, zamknięta w milczeniu myśl, że wśród nich wszystkich ona jedna, wyśmiana kobieta, jest w istocie oficerem.”

Co prawda, w tekście ani razu nie pada bezpośrednie odniesienie do menstruacji, ale wymowa wydaje się zupełnie jasna – zarówno dla bohaterów powieści, jak i czytelnika. Gdyby Salomea sugerowała, że jest ranna, łatwo byłoby sprawdzić jej prawdomówność. Krew na dziewczęcym łóżku mogłaby kojarzyć się również z pierwszym stosunkiem, ale takie wyznanie w ustach młodej panny byłoby absolutnie niedopuszczalne. 

Przyznanie się do śladów krwi menstruacyjnej wydaje się natomiast doskonałą wymówką. Nikt nie może podważyć niewinnej i prawdopodobnej odpowiedzi bohaterki, logicznie pasującej również do „dowodu”, czyli plam na materacu. Równocześnie krwawienie miesięczne – do dziś przecież często temat tabu! – należy do sfery intymnej oraz nierozerwalnie wiąże się z kobiecą seksualnością, a przez to nie pozostaje neutralne społecznie i kulturowo. Stąd też nie dziwi z jednej strony wstydliwość i zażenowanie bohaterki, a z drugiej – niedojrzała reakcja żołnierzy, a więc chichoty i drwiny wywołane pewnie płciowymi skojarzeniami.

Taką interpretację potwierdza także dalszy ciąg sceny:

„Stary major, ojciec licznej rodziny, dorosłych córek, od dawien dawna w Polsce mieszkający, począł się drapać po bokobrodach [...]. Rewidującemu podoficerowi rozkazał:

– No, szukać tam dalej! Marsz! Tu nic ciekawego nie ma.

Sam wyszedł do sąsiedniego pokoju.”

A więc dopiero starszy mężczyzna, prywatnie ojciec, wykazuje się zrozumieniem i delikatnością. Narrator nie bez powodu podkreśla, że major ma dorosłe już córki. Możemy przypuszczać, że nie tyle złagodniał na widok zmieszanej, młodziutkiej dziewczyny, co ma jakieś pojęcie o prywatnym świecie dziewczęcych spraw, do których należy także miesiączka i jej nieuniknione ślady.

3

Zastanawiająca wydaje się natomiast refleksja bohaterki. Salomea po chwili dystansuje się do całej sytuacji i przez chwilę czuje się „oficerem”. Skąd taka myśl i co właściwie oznacza? Może właśnie w tamtym momencie uświadamia sobie skalę ryzyka, jakie podejmuje, ukrywając powstańca i okłamując rosyjski oddział, a przez to – własną odwagę? Może zdaje sobie sprawę ze swojej przebiegłości i sprytu, o jaki nie podejrzewają jej chichoczący żołnierze? Może podświadomie odkrywa paradoksalność swojej wygranej? W oczach żołnierzy przyznała się przecież do kobiecej „słabości” – i właśnie dzięki temu zmyliła ich czujność oraz ocaliła komuś życie.

U Żeromskiego to kobieta jest aktywna, podejmuje ryzyko, działa, a mężczyzna pozostaje bierny – i to nie tylko ze względu na stan zdrowia.

Postać Salomei fascynuje tym bardziej, jeśli zestawimy ją z obrazem powstania styczniowego utrwalonym w polskiej kulturze wizualnej oraz powszechnej świadomości. Wyobraźnią zbiorową bezkonkurencyjnie zawładnęła twórczość Artura Grottgera. Wielokrotnie reprodukowane dzieła zaczęły pełnić rolę niemal „reportażowych” ilustracji wydarzeń roku 1863, mimo że obraz powstania utrwalony przez Grottgera to artystyczna interpretacja tworzona „ku pokrzepieniu serc” – i to z dala od pola bitewnego, podczas pobytu artysty w Wiedniu.

Kreując swoich bohaterów, Grottger przyjmuje czytelny podział, który można sprowadzić do opozycji aktywni mężczyźni – bierne kobiety. Odzwierciedla to zresztą zasadnicze role, jakie przydzielono obu płciom w patriotycznej sztuce XIX wieku. Młody, przystojny, odważny powstaniec (w konfederatce na głowie) walczy dzielnie za ojczyznę, jednocześnie broniąc pięknej, delikatnej, omdlewającej Polki (w czarnej sukni noszonej na znak żałoby narodowej). Nie ma tu miejsca na niuanse czy niedopowiedzenia, a wyznaczone dla kobiety role mieszczą się właściwie wyłącznie pomiędzy narzeczoną-dziewicą, wysyłającą ukochanego do walki, a matką-Polką i wdową.

Na poziomie świata przedstawionego „Wierna rzeka” wydaje się wręcz uderzająco podobna do przestrzeni stworzonej przez Grottgera. Opis wyglądu dziewczyny i jej anielska dobroć pasują jak ulał do bohaterek, jakie znamy choćby z cyklu „Polonia” (1863). Żeromski przedstawia jednak nieporównywalnie bardziej skomplikowaną rzeczywistość. Co więcej, płciowy podział jest w przypadku powieści dokładnie odwrotny. To kobieta jest aktywna, podejmuje ryzyko, działa, a mężczyzna pozostaje bierny – i to nie tylko ze względu na stan zdrowia.

Bohaterka Żeromskiego staje się więc niejako rewersem „typu Grottgerowskiego” i stanowi dla niego interesującą przeciwwagę. Równocześnie Salomea nie wykracza – przynajmniej pozornie – poza tradycyjną sferę kobiecej działalności, jaką jest zarządzanie domem i opieka nad rannymi. Taki wkład w powstanie, społecznie akceptowalny i zgodny z konwenansami, był powszechnie szanowany. Poza urokliwymi pannami w czarnych sukniach polska kultura poświęciła jednak niewiele miejsca kobietom, które w 1863 roku walczyły z bronią w ręku (ukrywając pod męskimi nazwiskami i adekwatnym strojem), działały jako kurierki czy sanitariuszki.

A teraz wyobraźmy sobie świat, w którym „Wierna rzeka” jest równie popularna, co twórczość Grottgera, zaś udział kobiet w powstaniu styczniowym – omawiany na lekcjach historii.  

4

Obraz Artura Grottgera „Pożegnanie powstańca

Fot. materiały prasowe, wikipedia.org