Mamy dla was przedpremierowo opowiadanie Zośki Papużanki z jej najnowszego zbioru „Świat dla ciebie zrobiłem”, który ukaże się nakładem wydawnictwa Znak (w serii Proza PL) juz 24 maja! Książka cenionej autorki, nominowanej do Nagrody Literackiej Nike i Paszportu Polityki, opowiada o sprawach właściwie intymnych, o naszym codziennym uwikłaniu w relacje międzyludzkie: czasem tak chcielibyśmy od nich uciec, a jednak nie potrafimy przecież obejść się bez innych.

STRACCIATELLA

un tal Lucas 

 

Nieco ponad siedem kilometrów. Zwoje na ekranie nawigatora wyglądają jak rysunek wściekłego dziecka, jak fioletowe drogi ludzkich jelit. Zakręt za zakrętem, wciąż pod górę. Schowana w lesie droga co jakiś czas otwiera się na maleńką miejscowość, kamienne domy kryte czerwoną dachówką, obleczoną cieniem soczystej zieleni magnolii. Jeszcze wyżej. Samochód jest ostrożny i bardzo dzielny, nie wyobrażam sobie tutaj kogoś na rowerze. Kościół, cmentarz, koniec miasteczka. Jeszcze wyżej. Nic nas nie mija. 

Malutki sklep spożywczy, apteka, zakręt i jesteśmy na miejscu. Hotel i restauracja „Amelia” po prawej stronie drogi, hotel i restauracja „Amelia” po lewej stronie drogi.

Wiem, że to cię złości, że wolisz być pewny; zatrzymujesz samochód prawie na środku ulicy, którą idzie kot. Idzie sobie, jak chce, powoli, nie rozglądając się wcale, dlatego twoja złość mija. Wszędzie można zaparkować, skoro nic nie jedzie i nie pojedzie. Kot to wie. 

Wysiadam, wyciągam plecak, zakładam na głowę kaptur kurtki, bo z bezchmurnego nieba zaczyna padać, kropla po kropli, delikatnie, żeby zanadto nie przeszkodzić kotu.

Gdy kieruję się do hotelu i restauracji „Amelia” po lewej stronie drogi, z hotelu i restauracji „Amelia” po stronie prawej wychodzi mężczyzna w żółtym fartuchu zawiązanym w pasie, uśmiecha się i zapewnia mnie, oczywiście, hotel i restauracja „Amelia” po prawej, a on tu czeka, jakby czekał zawsze, jakby na świecie całym, gdzie góry składają się z zakrętów, nie było niczego prostszego.

Mężczyzna przedstawia się jako właściciel hotelu i restauracji „Amelia” po obu stronach drogi; wyciera ręce w fartuch, wchodzi na środek ulicy i prostą, powolną, nierozpędzoną angielszczyzną tłumaczy ci coś, a potem, gdy cofasz samochód i wjeżdżasz na ukryty wśród drzew lipowych parking, wprowadza mnie do hotelu i restauracji „Amelia”. 

Rozpadało się i kot czmychnął. Szerokie drzwi i wszystkie okna na parterze są otwarte na oścież. Mężczyzna czeka na mnie wśród gęstwy metalowych stolików i krzeseł.

Każdy mój krok śledzą spojrzenia. Przy ścianie trzy staruszki, wszystkie w okularach; przy stoliku mężczyzna z gazetą mniej interesującą od mojej kurtki oraz drugi, młodszy, opierający łokcie na stole. Kobieta za ladą obraca się w moim kierunku, w ręce trzyma filiżankę do espresso. Zaraz przyjdziesz i na pewno będziesz chciał napić się espresso, nie ma nic lepszego niż espresso we Włoszech, zwłaszcza gdy się ma za sobą wyczerpujące zakręty, a przed sobą nic. Buongiorno, mówię, i dodaję już po angielsku, mamy tu zarezerwowany pokój, zaraz przyjdzie mój mąż z dokumentami i paszportami i na pewno zamówi espresso. Buongiorno, odpowiada mi chór głosów męskich i żeńskich, starszych i młodszych, a kobieta przemieszcza się pod napis „Reception”.

Zmokłeś w deszczu i cała złość schowała się za którymś zakrętem; wyciągasz dokumenty potwierdzające rezerwację pokoju, nasze paszporty. Kiwasz głową, kiedy kobieta pyta: Espresso? Właściciel restauracji i hotelu zdejmuje żółty fartuch, zapisuje nasze nazwiska w zeszycie, a potem dyskutuje z kobietą na temat numeru pokoju, który ma być nasz; rozmawiają długo i głośno, wyraźnie rozstrzygają poważny problem, jakby mieli nie wiadomo ile pokoi i nie wiadomo ilu gości, jakby na ladzie przed nami nie leżał rząd kluczy. Smutni żołnierze na drewnianych koniach, można chyba wybrać swój ulubiony numer od jednego do dwudziestu, każdy gotowy. Ale trzeba mieć swój ulubiony numer, a dla nas numery nie mają znaczenia. Dostajemy pokój numer osiem, naczynia połączone, wieczna symbioza dwóch kół, zakręty zamknięte.

Zdejmujemy wilgotne kurtki, siadamy przy wolnym stoliku. Spojrzenia odprowadzają każdy nasz gest, śledzą każdy dźwięk, wypowiadany w dziwnym, szeleszczącym języku, pełnym niespodziewanych zakrętów. Spojrzenia podnoszą się wraz z naszymi dłońmi do naszych ust, podtrzymując maleńkie filiżanki z gęstą kawą. Spojrzenia nie są niepewne ani podejrzliwe, to po prostu spojrzenia ludzi, którzy patrzą na coś nowego, co pije espresso, jakby uczestniczyło w nabożeństwie, pije ka-wę, której widocznie nie ma u siebie, tam gdzieś gdzie indziej, gdzie ludzie mówią, jakby nieustannie zakręcali. Spojrzenia nie są badawcze ani nachalne; to spojrzenia ludzi, którzy nie kryją się z tym, że patrzą.

Młodszy z mężczyzn podnosi się i rusza w kierunku półki z chipsami, bierze paczkę i wraca na swoje miejsce, stawiając powoli chromą nogę. Starszy człowiek sięga po leżącego na stoliku pilota do telewizora, zapala się ekran i spojrzenia na chwilę odrywają się od naszych filiżanek i przenoszą na ulicę pełną facetów na rowerach. Giro d’Italia. Zakręt za zakrętem, ale oni są przyzwyczajeni, nawet nie wiedzą, kiedy czas im mija. Rozglądamy się. Wymyśl coś, mówisz, wymyśl cokolwiek, nieważne co, wszystko tu jest. Na jednym końcu lady – recepcja hotelu „Amelia”, rząd kluczy z drewnianymi kołkami, kasa skalna, zeszyty, foldery, powiewające losy na loterię, stojak z lizakami, breloczki, naklejki. Lustro. Na drugim końcu – restauracja „Amelia”, ekspres do kawy, szklanki i kieliszki, rzędy butelek, talerze, sztućce, serwetki i wykałaczki. Na ścianie – telewizor, obok niego półka z chipsami i miejscowymi specjałami – słoikami z miodem, konturami, butelkami wina i oliwy. Między oknami wychodzącymi na ulicę – automat do gry. Hortensje w donicach na tarasie, tak ciemne, że prawie granatowe, wymyte deszczem. Staruszka w swetrze wyjmuje z reklamówki kulę fioletowej włóczki i szydełko, przyciska palcem wskazującym okulary do nosa i bardzo, bardzo powoli wchodzi w kolejny rząd półsłupków. Na ścianie nad nią – długoszyja piękność Modiglianiego, papież z dalekiego kraju o dziwacznym języku, pagórkowaty landszaft z obowiązkową kampanilą.

Może to i lepiej, myślimy, że o tej porze jest już tylko pizza, ponieważ kucharz poszedł do domu, co wyjaśnił nam właściciel hotelu i restauracji „Amelia”, jakby mieli nie wiadomo ile dań i nie wiadomo ilu kucharzy, tylko akurat dzisiaj nie wiadomo ilu gości wszystko już zjadło i została tylko pizza. Może to i lepiej. Koniec zakrętów. Właściciel przygrzewa dla nas pizzę, patrzysz mi w oczy ze spokojem najciemniejszego espresso. Koniec zakrętów.

Jedna ze starszych pań nagle przesiada się bliżej nas i o coś pyta, o coś mnie pyta, bardzo cicho i po włosku. Może dałabym radę zrozumieć, gdyby mówiła troszkę głośniej, chociaż odpowiedzieć – na pewno bym nie umiała. Właściciel hotelu i restauracji przygrzewa gdzieś na zapleczu naszą pizzę, nie mogę więc poprosić jego nierozpędzonej angielszczyzny o pomoc, uśmiecham się do starszej pani, która ponownie próbuje zmiękczyć mnie swoim cichym włoskim pytaniem. Kulawy mężczyzna patrzy na mnie wyczekująco, ale jako że nie stać mnie na nic poza uśmiechem, wstaje po kolejną paczkę chipsów i zagłębia się w meandry Giro d’Italia. Zakręty chociaż w telewizorze, bo tutaj chyba wszystko jest proste.

Pizzę przynosi nam kobieta zza lady; to chyba żona właściciela, bo mają takie same żółte fartuchy. Włoskie pytanie pozostaje bez odpowiedzi. Espresso, pizza, cóż może być prostszego w małej włoskiej mieścinie, do której wiedzie droga skręcona jak jelita. Pizza jest pyszna albo my jesteśmy głodni i zmęczeni, albo też nieważne, nieważne jak ulubiony numer. Jemy pizzę ze spojrzeniami. Niebo się przejaśnia, granatowe hortensje połyskują w kroplach deszczu przemieszanych ze słońcem.

Starsza pani powoli przekłada włóczkę przez metalowy zakręt szydełka. Giro d’Italia się skończyło, chudzi faceci dźwigają większe od nich puchary, dają się cało- wać pięknym dziewczynom, trzęsą butelkami szampana i oblewają się pianą. Mężczyzna, który włączył telewizor, szura krzesłem, mówi coś, wszyscy się śmieją, po czym gasi ekran i wychodzi zapalić na tarasie. Przejeżdża samochód. Wiem, bo kulawy odwraca się w stronę okien już na kilka sekund wcześniej i czai się jak zwierzę do skoku, a starsza pani zatrzymuje szydełko. Samochód nie zatrzymuje się jednak, szydełko znajduje swoje oczko, kulawy podważa paznokciem metalowe kółko na puszce coca-coli. Starszy mężczyzna odkłada przeczytaną gazetę na sąsiedni stolik. Sięga po nią sąsiadka szydełkującej.

Miasteczko nie wygląda na bardzo stare, ale przecież ludzie musieli tu mieszkać, zanim wynaleziono samochody. Jakże im się chciało wynosić pod górę wszystkie te kamienie, glinę na dachówki, wszystkie donice z hortensjami, sadzonki srebrnych oliwek, które wtyka- ją w nieposłuszne stoki? Na ob te zbiory oliwek trzeba czekać wiele lat. Samochód wynaleziono chyba jakoś w połowie XIX wieku. Musieli te dachówki, sadzonki, swoje garnki, pościel, losy na loterię ciągnąć pod górę na wozach, końmi, osłami, musieli odłożyć swoje gazety, szydełka, żeby zamieszkać na górze, żeby wybudować drogę pełną zakrętów, na których szczycie zostali, na których szczycie nie dzieje się nic. Musieli czekać latami na jakichś ludzi, którym wystarczają espresso i pizza, i granatowe kule hortensji, i stoki srebrne od drzew oliwnych, nad którymi zapada zmierzch.

Wstajemy od stolika, ubieramy się w to, co nasze, a gdybyśmy zapomnieli o jakiejś kurtce, plecaku czy mapie, spojrzenia nam przypomną. Odnosimy maleńkie filiżanki. Pojawia się właściciel hotelu i restauracji „Amelia”, życzy nam dobrego odpoczynku i spokojnej nocy. Wyprowadza nas na taras i wskazuje ręką hotel i restaurację „Amelia” po przeciwnej stronie drogi. Tam jest pokój numer osiem, tam się śpi, a tutaj się pije espresso, je pizzę, rozmawia się o wynikach Giro d’Italia, przepuszcza między palcami kolejne dni, powstające jak szydełkowe oczka, bardzo powoli, ale wciąż tak samo.

Chciałbym sprawdzić pocztę i wysłać ważną wiadomość, mówisz, chociaż nie ma ważnych wiadomości. Albo te najmniej ważne są najważniejsze. Jest dostęp do Internetu? Jakie jest hasło? Właściciel wyciąga kartkę i długopis, pisze coś i podaje ci kartkę. Czytasz i śmiejesz się. Stracciatella. Hasło do wi-fi – stracciatella. Stracciatella, wykrzykujesz, a leniwa załoga statku odpowiada ci, stracciatella, podaje sobie magiczne słowo z ust do ust, słowo lekkie i smaczne, słowo, które znamy, które połączy nas ze światem zakrętów, pracy, zapomnianych obietnic, spotkań odłożonych na później. Wszyscy się śmieją. Znasz to słowo, pyta właściciel. Tak, znam, mówisz głośno, śmiejąc się, i wszyscy śmieją się do ciebie, stracciatella, twarde, zimne kawałki czekolady w śmietankowych lodach. Śmiech odprowadza nas na taras.

Wracam do wnętrza i proszę właściciela o pomoc. Starsza pani o coś mnie spytała, a ja nie umiałam jej odpowiedzieć. Chcę jej odpowiedzieć, nawet nie po to, żeby nie być nieuprzejmą; chcę po prostu dowiedzieć się, o co pytała. Właściciel hotelu i restauracji po obu stronach świata podchodzi do starszej pani, coś do niej mówi i odwraca się z uśmiechem na ustach. Wyjaśnia mi, że ona jest już bardzo stara, dlatego tak zaczepia ludzi, wszystkich ludzi zaczepia, jakby tu było nie wiadomo ilu ludzi. Chciała tylko spytać, czy nam jest tutaj dobrze, nie trzeba się nią przejmować. Czy nam jest tutaj dobrze, wśród srebrnych oliwek i granatowych hortensji, w miejscu bez czasu, w miejscu, gdzie kończą się wszystkie zakręty, z kluczem numer osiem w ręce. Tak, jest nam dobrze, odpowiadam, zostawiliśmy świat za sobą, pizza była znakomita i chyba przestało padać, a ja chcę się przejmować każdym pytaniem, każdym spojrzeniem, mam na to wystarczająco dużo czasu, którego nie ma.

Czekasz na mnie na tarasie. Chwytam cię za rękę i rozglądam się w obie strony, chociaż nic nie jedzie i nie pojedzie. Wchodzimy do hotelu i restauracji „Amelia” po drugiej stronie drogi, na pierwszym piętrze znajdujemy pokój numer osiem. Łóżko z kolorową narzutą, szafa z lustrem, idealnie poskładane ręczniki, cukierki na komodzie, wszystko czyste i czekające pod numerem osiem od dawna. Burzymy porządek ręczników, zjada- my cukierki, kochamy się powoli, jakby jeszcze trwało popołudnie. Ze zdziwieniem dotykamy miejsc, których dotykaliśmy tyle razy. Odkrywam nas w lustrze wprawionym w drzwi szafy, podglądam nas pierwszy raz w życiu z zewnątrz. Nigdy nie byłam ciekawa, jak wyglądamy, gdy się kochamy, a teraz patrzę jak człowiek, który nie kryje się z tym, że patrzy. Jesteśmy ładni. Ład- nie wyglądamy, naprawdę, i nie staram się, żeby jakiekolwiek inne słowo przyszło mi do głowy.

W nocy marznę pod cienkim prześcieradłem, wstaję, przymykam okno, szukam w plecaku skarpetek i bluzy. Szczękając zębami, wtulam się w twoje plecy, zaskoczona ich ciepłem.

Rano, gdy schodzimy na śniadanie do hotelu i restauracji „Amelia” po drugiej stronie drogi, są tam już star- sza pani z szydełkiem i kaleki mężczyzna. Pachnie kawą. Hortensje wyschły. Przy naszym stoliku siedzi czteroosobowa rodzina, która rozmawia śpiewnymi francuskimi sylabami, popijając ca è latte i gorącą czekoladę. A jednak nie jesteśmy tu sami, myślę, a jednak nie jesteśmy tu sami, mówisz. Chociaż w lustrze widziałam ciebie i siebie po raz pierwszy wczoraj w nocy, zbyt długo cię znam, żeby nie wyczuć w twoim głosie nuty zawodu.

3 papuzanka 

Fot. Adam Golec, materiały prasowe 

Instagram enter The Room

Sorry something went wrong. Here is the possible list of errors:

  • Error loading user data