„MASZ PRAWO głośno wyrażać swoje opinie. MASZ PRAWO zostać astronautką. MASZ PRAWO lubić fizykę i drony”. Tak piszą na swojej stronie. Mówią, że chciałyby zmienić świat. I wcale nie żartują, tylko działają i aktywizują innych. Pięć dziewczyn, licealistek i studentek z Poznania i Zielonej Góry, którym nie jest wszystko jedno, skupionych w ramach inicjatywy #MamyGłos. Rozmawiamy z dwiema z nich, Olą Jarocką i Sylwią Wodzińską.

Paulina Klepacz: Skąd w was ta niesamowita energia do działania, do zmieniania tego, co wam się nie podoba w zastanej rzeczywistości? Wydaje mi się, że będąc w liceum czy zaczynając studia, niekoniecznie myśli się w pierwszej kolejności o zmienianiu świata na lepsze.

Ola Jarocka: Nasz aktywizm wziął się z tego, że zauważyłyśmy, że coś jest nie tak. Szczególnie widać to w szkole, w zachowaniu wielu nauczycieli. W tym, na jakie komentarze pozwalają sobie pod adresem dziewczyn, jak i w tym, czego się uczymy czy raczej czego się nie uczymy – na przykład na historii bardzo mało mówi się o kobietach. Jestem w trzeciej klasie liceum, mam rozszerzoną historię, ale na lekcjach praktycznie nie wspomina się o historii kobiet, począwszy od takich podstawowych spraw, jak ich pozycja w społeczeństwie od czasów starożytnych. Kiedy mówimy o hierarchii w starożytnej Grecji czy starożytnym Rzymie, to mówimy o mężczyznach a o kobietach nie wspominamy. Zadaję w takich przypadkach odpowiednie pytania nauczycielom, ale nie dostaję odpowiedzi, które by mnie satysfakcjonowały. Poza tym widzimy, że jako młode dziewczyny jesteśmy ograniczane i bardzo nam się to nie podoba.

Sylwia Wodzińska: Jestem z nas najstarsza, mam 27 lat, i wciąż pozostaję pod wrażeniem, jak bardzo dziewczyny są niestrudzone w wytykaniu tego, co jest nie tak z tym światem, ale też w szukaniu rozwiązań. Kamila, która z nami działa i która też jest jeszcze w liceum, chciała się jakiś czas temu przenieść z klasy o profilu humanistycznym do takiej o profilu ścisłym i miała przy tym mnóstwo problemów na każdym kroku. Znacznie łatwiej szło to jej koledze, który miał zdecydowanie gorsze oceny niż ona. Dla mnie inspirujące jest to, że Kamila przy okazji każdej sytuacji wiążącej się z dyskryminacją wyraża swoją dezaprobatę. Tak było na przykład wtedy, gdy w szkole organizowano konkurs z nagrodami dla największego mięśniaka, choć jest tam wiele dziewczyn, które ostro trenują na siłowni, jest nawet jedna kulturystka. Za każdym razem, kiedy tego typu sytuacja miała miejsce, Kami dzwoniła do mnie wściekła, a ja polecałam jej sprawdzić, gdzie może zwrócić się po odpowiednią pomoc. Okazywało się jednak, że niewiele można zrobić, bo istniejące organizacje feministyczne przede wszystkim zajmują się dorosłymi kobietami, nie nastolatkami, a polskie prawo też pozostawia w tym temacie sporo do życzenia. Dlatego przygotowujemy kompendium wiedzy dla niepełnoletnich osób doświadczających przemocy, bo sytuacja ma się fatalnie. Zanim skończymy 18 lat, nie mamy możliwości udać się samodzielnie po pomoc do ginekologa, psychologa, jakiegokolwiek lekarza, bo potrzebujemy zgody rodziców, a przecież problem często wiąże się właśnie z nimi. Kiedy nastolatki doświadczają jakiegokolwiek seksizmu w szkole, przemocy w domu, to tak naprawdę nie mają środków, aby temu przeciwdziałać. Chcemy więc wzmacniać ofiary przemocy, jak i pomóc im w identyfikowaniu sytuacji przemocowej. 

 

Aleksandra Nowak: Nauczyciel, rodzic, każdy dorosły ma rację i koniec. Doskonale pamiętam przykłady dyskryminacji z czasów mojej edukacji. W liceum nauczycielka matematyki kazała mi podpinać grzywkę, inaczej dostawałam uwagę lub jedynkę. Inni nauczyciele, do których zwracałam się po pomoc, odsyłali mnie z kwitkiem, mówiąc, że lepiej nie wchodzić w konflikt z matematyczką i tyle. Czy nie ma sposobu, aby przeciwstawić się takim postawom nauczycieli? Jak uczniowie  powinni reagować?

Ola: Kończę już na szczęście edukację szkolną, ale pamiętam mnóstwo sytuacji jak ta przytoczona przez ciebie. Mnie osobiście nikt nie zwrócił uwagi, że jestem niestosownie ubrana, ale moim koleżankom zdarzało się to często. Pamiętam, jak w gimnazjum dyrektor, który uczył nas biologii, powiedział mojej koleżance: „Nie zachowujesz się jak dziewczyna, popatrz na Olę, jak ona się ładnie ubiera, bierz z niej przykład”. Innej polonistka zwróciła uwagę, że ma za krótkie spodenki. W publicznej szkole w Polsce bardzo trudno jest zdobyć się na odwagę, aby powiedzieć nauczycielowi, że nie ma racji. Nawet jeśli starałybyśmy się powiedzieć to jak najbardziej łagodnie, kulturalnie – do czego zresztą mamy prawo – rezultatem będzie mnóstwo kolejnych problemów. Nie zapomnę, kiedy nauczyciel powiedział przy całej klasie, że jeśli będę rozmawiać z moim kolegą na lekcji, to zajdę w ciążę. Kiedy zwróciłam mu uwagę, że nie tylko ja rozmawiam z tym chłopakiem, ale i ten chłopak rozmawia ze mną, to nauczyciel zapytał, czy chcę dostać w łeb. Dokładnie tak. W szkole jest tak, że kiedy nie pasuje nam zachowanie jakiegoś nauczyciela, powinniśmy iść z tym w pierwszej kolejności do wychowawcy. Ale jak wiadomo, nauczyciele się przyjaźnią i kiedy powiem, że pani X zwróciła mi uwagę, że miałam za krótkie spodenki, wtedy pani Y odpowie, że X miała rację. Kolejna instancja w takiej sytuacji to dyrektor, który często również staje po stronie nauczyciela. Wtedy pozostaje nam tylko kuratorium oświaty, ale żeby tam napisać, sprawa musi być już bardzo poważna. I o ile my uważamy, że powiedzenie dziewczynie „nie gadaj, bo zajdziesz w ciążę, a jak nie przestaniesz, to dostaniesz w łeb” jest poważne, o tyle taka jedna sytuacja nie wystarczy, aby kuratorium się tym zajęło.

2 mamy gos 

Logo Mamy Głos

Paulina: A psycholog czy pedagog szkolny? Czy jest to jakaś instancja, która może realnie wesprzeć?

Ola: Czasami w liceum w ogóle nie ma psychologów szkolnych, są tylko pedagodzy, jedna pani pedagog na szkołę, gdzie jest 700 osób. Moim zdaniem bardzo trudno coś zgłosić, dostać pomoc. Klasa często machnie ręką, koledzy powiedzą, żeby się nie przejmować dogryzaniem nauczyciela. Ale jeśli będzie tak dokuczał na każdej lekcji, przez cały rok, to może bardzo obniżyć czyjeś poczucie własnej wartości. Dlatego jako #MamyGłos chcemy budzić świadomość, aby nie było w nas zgody na złe traktowanie w szkole, jak i uświadamiać dziewczynom, że mają siłę. Mamy nadzieję, że dzięki temu postawy uczniów, jak i nauczycieli zmienią się w przyszłości na lepsze. 

Sylwia: W zeszłym roku, kiedy zaczynałyśmy, stwierdziłyśmy, że zmienimy świat – wykształcimy nauczycieli, którzy będą wyrozumiali, zmienimy chłopaków, połączymy dziewczyny z psychologami, którzy będą oferowali darmowe terapie. Kiedy się wzięłyśmy do działania, część tych planów okazała się niemożliwa do realizacji. Przyjęłyśmy więc inną taktykę – postanowiłyśmy uświadamiać dziewczyny, pokazać im, że to, że czujemy się brzydkie, grube, głupie czy boimy się zabrać publicznie głos, to nie tylko jednostkowy problem i nie jest zależny wyłącznie od nas, nie wynika on z naszego charakteru. Tak po prostu zostałyśmy wychowane. Bardzo dużo energii wkładamy w to, aby wzmocnić dziewczyny, przygotować je, że świat jest taki, a nie inny, ale one mogą być silne i świetnie dać sobie radę mimo wszystko. Zależy nam też, aby stworzyć network aktywistek, które w razie czego staną za sobą murem i będą działać. I to zaczęło się nam udawać. Więc nie zmieniłyśmy polskich szkół i jeszcze nie zmieniłyśmy prawa, ale mamy pierwsze sukcesy wśród dziewczyn. Widzimy, że już zupełnie inne reakcje wywołuje to, że używamy słowa na f, czyli „feminizm”. Na samym początku, kiedy mówiłyśmy na warsztatach czy w materiałach na naszym kanale na YouTube, że jesteśmy feministkami, to wszyscy wstrzymywali oddech. Teraz to dziwi mniej osób, nie szokuje. Coś się zmienia. 

 

Paulina: Coś się zmienia, kiedy się nad tym pracuje. Wy prowadzicie szereg działań, aby zmieniać myślenie i wzmacniać, zaczynając od listy tego, do czego dziewczyny mają prawo, na waszej stronie, przez aktywność w mediach społecznościowych po warsztaty w ramach #GirlPowerAcademy. Masa świetnych projektów. Jak dziewczyny na nie reagują, które najbardziej do nich trafiają? 

Ola: Dziewczyny mają różne zainteresowania, o jednych rzeczach wolą mówić więcej, o innych mniej. Na warsztatach z krytycznego myślenia podejmowałyśmy różne tematy, miałyśmy na przykład „Gender w podręcznikach” i to interesowało głównie studentki pierwszoroczne i osoby z klas maturalnych, wywiązały się świetne dyskusje. Z kolei „Kobieta w sztuce” przyciągnęła dziewczyny niewiele wiedzące o feminizmie, ale zainteresowane sztuką, w dużej mierze gimnazjalistki. Na warsztatach prawniczych miałyśmy grupę bardzo zróżnicowaną wiekowo i obu płci. Nawet niektóre mamy mówiły nam, że to bardzo przydatna wiedza i super, że jej dostarczamy. Z kolei warsztaty z aktywizmu przyciągnęły osoby, które same miały mnóstwo dobrych pomysłów, ale chciały poznać innych, z którymi można działać.

Sylwia: Mam wrażenie, że na te warsztaty przyszły osoby, które sobie myślały: może chciałabym działać, ale nie jestem zbyt cool, nie nadaję się. Tymczasm okazywało się, że mają dużo pomysłów nie tylko na same akcje, ale i na to, jak pozyskać środki na działania. A na warsztatach w Zielonej Górze o dyskryminacji słownej pojawiło się 18 gimnazjalistek i jeszcze cztery panie koło sześćdziesiątki, które dowiedziały się od wnuczki jednej z nich, że coś takiego się odbywa.

 

Aleksandra: W waszym aktywizmie dużą rolę odgrywają media społecznościowe jako narzędzie rozprzestrzeniania informacji o warsztatach i poszerzania kręgu dziewczyn wokół was, prawda? Jednak, jak wiemy, internet nie tylko pomaga, lecz także stanowi kolejne miejsce, gdzie można spotkać się z dyskryminacją, cyberprzemocą. Jaki macie do tego stosunek?

Sylwia: Każde medium i każda platforma jest miejscem do dyskryminacji, hejterstwo niestety się szerzy. To, czego nigdy nie powiedzielibyśmy komuś wprost, w internecie przychodzi nam bez trudu, bo jesteśmy anonimowi. Treści z sieci bardzo na nas wpływają. Na naszym koncie na Instagramie są materiały, które przypominają, że każda z nas jest silna, mądra, piękna. Ale obserwujemy też celebrytki, które umieszczają zdjęcia obrobione w Photoshopie, które napędzają do zmian w imię idealnego, nieosiągalnego wyglądu. I to jest wada. Ale w internecie można też znaleźć znajomych, myślących podobnie jak my, pisać bloga, dzielić się swoją twórczością. Dlatego nie powinniśmy ograniczać młodzieży dostępu do sieci, ale edukować, jak bezpiecznie z niej korzystać, rozwiązywać problemy, a nie ich unikać – mówić o sextingu czy pornozemście i tym, jak się przed nimi ustrzec.

 

Paulina: W polskich szkołach milczy się o cyberprzemocy, leży też edukacja seksualna, która nie tylko mówiłaby o przemianach ciała w okresie dojrzewania, lecz także o wyznaczaniu swoich granic i szanowaniu cudzych. Czy zamierzacie działać i na tym polu? 

Sylwia: Jest mnóstwo spraw, którymi wypadałoby się zająć. Póki co edukacja seksualna jest w naszych dalszych planach, tym bardziej że istnieje świetna inicjatywa Te Tematy. Skupia młodych ludzi, którzy robią to, co powinna robić szkoła, czyli edukują swoich rówieśników odnośnie seksualności. W tym roku chcemy zajmować się głównie empowermentem – samoobroną, asertywnością, ale też prowadzić dalej warsztaty prawne i aktywizmu, bo one okazują się być najbardziej wzmacniające. Marzy nam się też przewodnik dotyczący aktywizmu pokazujący, jak zacząć, jak jest to proste i tanie. Jeżeli tak się zdarzy, że będziemy miały odpowiednią ilość środków finansowych, chętnie podejmiemy się również edukacji seksualnej.

Ola: Edukacja seksualna jest bardzo potrzebna. Rozwijamy się, dojrzewamy i przerażające jest, jak mało wiemy o naszych ciałach. Ta wiedza często jest tabu w domach, mamy nie edukują swoich córek, nie edukuje też szkoła. To powoduje ogromne zagubienie i wpływa na poczucie niskiej wartości – coś się ze mną dzieje, ale nie wiem do końca co i nie wiem, co mam z tym zrobić. Poza tym bardzo mało wiemy o antykoncepcji, prawach odnośnie opieki medycznej w ogóle. W szóstej klasie podstawówki przychodzi do nas pani z firmy produkującej podpaski, rozdaje po pakieciku i mówi, że tamponów nie możemy sobie aplikować, póki jesteśmy dziewicami, a więcej informacji znajdziemy na ich stronie. I tyle.

1 mamy gos

Ilustracja Marta Mielcarek dla Mamy Głos 

Paulina: Przygotowujecie też herstoryczną kolorowankę z megababkami – 30 inspirującymi kobietami, które zapisały się na kartach historii i są wzorem do naśladowania. 

Sylwia: To kolejny projekt, który fajnie się toczy. Pomagają nam w nim 3 ilustratorki z różnych krajów. Okazało się, że jest bardzo dużo świetnych, inspirujących kobiet. Planując kolorowankę, godzinami czytałyśmy Wikipedię i inne strony i nie mogłyśmy przestać, wyjść z podziwu. Mamy nadzieję, że kolorowanka będzie dostępna dla jak największej liczby dziewczyn. Chcemy, żeby cena była przystępna, aby każdy mógł kupić ją z kieszonkowego. Część kolorowanek rozdamy za darmo uczennicom szkół podmiejskich dzięki wsparciu sponsorów.

 

Aleksandra: Które z megababek są dla was osobiście najważniejsze?

Ola: Jestem bardzo podekscytowana zwłaszcza dwiema. Jedna z nich to Ada Lovelace, pierwsza programistka komputerowa, która była też poetką. Bardzo się cieszę, że będzie tam też prekursorka piłki nożnej Nettie Honeyball z Wielkiej Brytanii. Moja młodsza siostra, która ma 8 lat, gra w drużynie piłkarskiej z samymi chłopakami, przełamuje stereotypy, świetnie sobie radzi. Kiedy bywa jej trudno, staram się ją wspierać, podając właśnie przykład Nettie. Nie mogę się doczekać, kiedy będzie mogła ją pokolorować.

Sylwia: Kiedy byłam w gimnazjum, ekscytowały mnie Frida Kahlo i caryca Katarzyna, obie silne, męskie, nie dawały sobie w kaszę dmuchać. Później moje herstoryczne horyzonty znacznie się poszerzyły, ale i tak przy okazji prac nad kolorowanką odkryłam kobiety, o których nie miałam wcześniej pojęcia. Dowiedziałam się na przykład o Lise Meitner, której życie było pełne przeciwieństw losu, ale nie poddawała się i parła do przodu. Podobnie zresztą jak Alina Szapocznikow, która przetrwała obozy koncentracyjne i tworzyła wspaniałą sztukę. Czytając ich biografie, czułam siłę, że mogę zrobić wszystko. 

 

Aleksandra: Mówimy o dziewczynach i kobietach, a co z chłopcami? Wydaje się ważne, aby nie tylko mówić dziewczynom, jak mają reagować, ale też edukować tę drugą stronę.

Ola: Od początku chciałyśmy edukować dziewczyny i je wzmacniać, ale też wciągać chłopaków do naszych działań. Oni również padają ofiarami stereotypów, są wsadzani w role, którym muszą sprostać, a z którymi niekoniecznie się identyfikują. Dlatego zapraszamy ich do naszych dyskusji, na nasze wszystkie warsztaty. Jedynymi, na które zapraszamy tylko dziewczyny, są warsztaty samoobrony i asertywności Wendo. 

Sylwia: W zeszłym roku, kiedy byłyśmy tylko we trzy, nie miałyśmy jeszcze dość wiedzy i środków, aby szaleć z naszymi działaniami. Zdawałyśmy też sobie sprawę, że nie możemy iść i mówić chłopakom czegoś jedynie na podstawie tego, co sądzimy, wyobrażamy sobie o nich, bo może to być bardzo krzywdzące. Obecnie działa z nami coraz częściej jeden chłopak, już nawet prowadził warsztaty. Aplikujemy też o grant, który pozwoliłby nam na zorganizowanie warsztatów dla chłopaków prowadzonych przez jakiegoś fajnego edukatora.

Ola: Dużo chłopaków pojawiło się na warsztatach, o których wspomniała Sylwia, i wywiązały się tam ciekawe dyskusje. Okazało się, że chłopaki są coraz bardziej świadome problemów, które dotykają dziewczyny, i też chcą im przeciwdziałać. Po tym spotkaniu dostałyśmy bardzo pozytywny feedback – zarówno od uczestników, jak i uczestniczek. Jak mówi Sylwia, uczymy się wszystkiego, pracujemy na żywym organizmie i małymi krokami dążymy do celu. 

Sylwia: Marzymy o świecie, w którym żadna płeć nie jest krzywdzona przez stereotypy. Po prostu chcemy zmienić ten świat (śmiech).

Trzymamy kciuki!

5 mamy gos

Tekst ukazał się pierwotnie w pierwszym numerze feministyczno-erotycznego magazynu „G'rls ROOM” (numer 1 - zima 2016/17). 

Instagram enter The Room

Sorry something went wrong. Here is the possible list of errors:

  • Error loading user data