Mamy dla Was fragmenty powieści „Incognito”, której patronujemy! Powieść węgierskiej pisarki Tibor Noé Kiss porusza problem tożsamości płciowej. Młody chłopak, zapalony piłkarz, stopniowo odkrywa, że wcale nie jest w tym miejscu, w którym chciałby być. Powtarzając w myślach słowa „kobietą się staje”, dojrzewa do bycia Noémi. To historia o dojrzewaniu w ogóle i poszukiwaniu siebie, wymykająca się uproszczeniom.

* * *

Jestem Noémi. Słyszę moje imię, między ścianami jego echo brzmi czysto, zrozumiale. Ktoś wypowiada moje imię. To mogę być tylko ja, Noémi. Stoimy w przedpokoju, słyszę nowe imiona, Evelin, Laca. Stoimy w czwórkę w przedpokoju, Evelin, Laca, Évi, Noémi. Podajemy sobie dłonie.

Godzina dwudziesta pierwsza, trzydzieści sześć minut, czerwony plastikowy zegar na ścianie, na pomalowanej na pomarańczowo ścianie. Na wieszaku płaszcz, z futrzanym kołnierzem. Damskie buty i kozaki, wsunięte pod szafkę, wciśnięte pod dywan. Biała szafa, tablica korkowa. Broszury, kolorowe pinezki. Zestaw do makijażu na kuchennym blacie. Butelka wody mineralnej, toster, kostka masła, filtr do herbaty, pisak, świeczka, lakier do paznokci, kredka do oczu.

Duże ścienne lustro. Różowy kardigan, ze srebrnymi perełkami, z kapturem. Do Evelin pasuje różowy i kolczyk w nosie. Pasuje rzucona na podłogę torebka, komórka z kolorowym wyświetlaczem, płatki kukurydziane Corn Flakes, batonik Túró Rudi. Laca ma modny balejaż, modne przetarte dżinsy i obojętny wyraz twarzy. Laca pachnie trawą. Do Évi pasuje dom, w którym mieszka, pasuje restauracja wegetariańska, w której pracuje. Czarne kozaki, srebrny zegarek, pończochy we wzory. Wszystko pasuje, wszystko jest cool.

Stoję ze zgarbioną sylwetką, cześć, Noémi. Moje imię brzmi obco. Nie pasuję do niego, głowa nie mieści się w lustrze. Cofam się o krok, by zobaczyć swoją twarz. Widzę kogoś obcego. Nie pasuję do kolorów, nie pasuję do mebli. Nie pasuję do źdźbeł trawy. Jestem kimś obcym na łące i na ścieżce. Kimś obcym we wsi i wśród blokowisk. Kimś obcym na brzegu Dunaju i na dunajskiej promenadzie, w barze i na boisku. Kimś obcym w domu i kimś obcym w obcym. Jestem incognito, wszędzie.

* * *

Ciała. Jedno przy drugim, wtulone w siebie, ocierające się o siebie. Szał ciał. Błyszczące, brudne od potu ciała. Kolorowe twarze, plecy, kończyny. Migoczący stroboskop. Tętniące kolory, stop-klatki ruchów i gestów. Świecidełka na ubraniach, tiulowe suknie, szpilki, jedwabne boa. Uśmiechy błyszczące jak masa perłowa. Szampan, playback, karnawał. Tańczące androidy. Mężczyźni i kobiety, i prawdopodobnie mężczyźni, i prawdopodobnie kobiety, i osoby androginiczne, i tak dalej. Prawdopodobnie transseksualiści.

Sobotnia noc. Nic nie jest tym, czym się wydaje. Możesz być tym, kim pragniesz być. Błyszczenie w taksówce, w przejściu podziemnym, na krześle barowym, na scenie. Rozsmarowany cień do powiek na skórze, naszyjnik z pereł na oparciu krzesła, spłowiała peruka na plastikowym manekinie, za błyszczącymi ozdobami. Papieros jeden za drugim. Ostatni łyk.

Numerek z szatni do kieszeni spódnicy, szal wciśnięty do rękawa płaszcza. Nienawiść w spojrzeniu ochroniarza. Potknąć się na schodach, przekroczyć próg. Przekroczyć odłamki szkła na chodniku, kałużę o zapachu piwa. Skrzypienie hamulca, uderzanie fal, trzecia nad ranem.

Kopuła wzgórza Gellerta, rozpięte liny mostu Elżbiety. Śpiące mewy na poręczach nabrzeża. Pusty przystanek tramwajowy. Tańczące plamy światła na powierzchni wody. Ćwierkanie ptaków, buczenie transformatora. Migająca na żółto sygnalizacja świetlna. Stukot butów, cień na betonowym murku. Zimny kamień, wilgotne powietrze, ciepły płaszcz. Hasło blokady klawiatury, esemes do mamy.

* * *

Na ekranie Marlon Brando, z cygarem w dłoni. Kobiety mogą być beztroskie, mężczyźni nie. Nie jestem mężczyzną, nie jestem kobietą, nie jestem beztroską osobą. Mam nadzieję, że nie widać tego po mnie.

Uśmiecham się, kiedy inni też się uśmiechają. Milczę, kiedy inni też milczą. Zachowuję się naturalnie. Prawie w ogóle nie rzucam się w oczy. Rozpływam się w powietrzu. Evelin zatrzymuje wideo. Ojciec chrzestny to nasz ulubiony film. Magnetowid brzęczy, kaseta wysuwa się zza plastikowej klapki. Rzadko chodzę do kina, wolę filmy przyrodnicze i mecze piłki nożnej. Nigdy nie chodzę do kina, raczej słucham muzyki. Siedzę w domu i słucham muzyki. Siedzę w domu, bo na ulicy w każdej chwili może uderzyć mnie pot, może dopaść zdrętwienie ramion i bicie serca.

Łyk herbaty, łyk unicum. Ciepłe kolory, ciemnozielone zasłony, mahoniowobrązowe meble. Otwarta kuchnia z wyspą, terpentynowe wzory na oknie w pokoju, naklejki na drzwiach lodówki. Jeden papieros. Rozmawiam o muzyce z Evelin i Lacą. Zachowują się taktownie. Zachowują się, jakby i moje zachowanie było naturalne. Zakładam nogę na nogę, prostuję się, moje kolano uderza w stół, krzesło skrzypi. Herbata jest nadal gorąca, poduszka spada z krzesła na podłogę. Podnoszę ją z podłogi i wciskam pod siebie.

Dotykam ręką włosów, mierzwię fryzurę. Jest w tym ruchu coś prawdziwego, przekonującego. Godzina dwudziesta pierwsza, pięćdziesiąt dziewięć minut, dwadzieścia sekund, nie czuję ciężaru swojego ciała, żyję. Dlaczego nikt mnie nie pyta, czemu noszę damskie ubrania? Teraz potrafiłabym odpowiedzieć. W tej chwili potrafiłabym. Dlatego, że w nich potrafię lepiej wyrazić samą siebie, odpowiedziałabym. Ale z jakiegoś powodu nie pytają o to. Wolą rozmawiać o muzyce. Nie dopuszczają, żebym im powiedziała to, co chciałabym powiedzieć. Drżenie rąk, bicie serca. Powolne, głębokie oddechy.

* * *

Wszędzie ciała. Jedno przy drugim. Szał. Siedziałam w fotelu, Leila i Vivi zniknęły. W jednym momencie Leila jeszcze kołysała swoją torebką, Vivi poprawiała pasek od swojej, a w następnym już zniknęły mi z oczu. Założyłam nogę na nogę, nylon przykleił się do sztucznej skóry obicia. Światło lamp przypalało moją twarz.

Obok baru stał mężczyzna. Odkąd usiadłam przy stoliku, patrzył na mnie. Wziął łyk piwa. Próbowałam wypuścić z ust kółko z dymu, ale nie udało się. Pociłam się z gorąca, muzyka grała głośno. Ściągnęłam pierścionek ze środkowego palca i założyłam na serdeczny. Nigdy nie potrafiłam puszczać kółek z dymu, tylko całą chmurę. Z chmury dymu wyłoniła się twarz mężczyzny. Czoło miał poprzecinane bruzdami, na skroniach siwiały włosy. Nie rozumiałam, czemu się uśmiecha, ja się nie uśmiechałam. Zbliżył się do mojej twarzy. Żeby tylko nie chciał mnie pocałować. Po Leili i Vivi ani śladu. Mogę dać ci buziaka? Mężczyzna zapytał cicho. Miał przyjemny głos, nie chciałam go odtrącić. Żeby tylko nie chciał tańczyć, pomyślałam. Zbliżył się do mojej twarzy. Odsunęłam kieliszek wina, żeby nikt go nie strącił. Żeby tylko nie chciał mnie pocałować. Jego zarost przeorał mój makijaż, do włosów na twarzy mężczyzny przywarł puder. Jego usta były miękkie, perfumy miały zapach wanilii.

Nie potrafiłem zdecydować, jesteś kobietą czy mężczyzną. Dla mężczyzny to był żart, dla mnie nie. Chciał chwycić moją dłoń, ale mu nie pozwoliłam. Gdy przesuwałam ją po blacie stolika, utknęła w niej drzazga. Wypiłam resztkę wina z kieliszka. Wszyscy wokoło tańczyli, nawet ci, którzy stali przy barze. Za barem, w trakcie zmywania szklanek. Tańczyć też nienawidziłam. Z kieszeni sukienki wygrzebałam numerek do szatni. Poplamiłam bluzkę krwią. Podziękowałam mężczyźnie, że był względem mnie uprzejmy. Nazywam się Péter, zaczął. Pożegnałam się z nim i wstałam od stolika.

Leilę malowała w łazience jakaś kompletnie obca kobieta, Vivi rozmawiała z inną. Nie miałam ochoty żegnać się z nimi. Irytowały mnie tak samo, jak ja irytowałam je. W kącie całowało się dwóch mężczyzn. Wyglądali odstręczająco. Ja też czułem się odstręczająco, gdy idąc w górę, łapałem równowagę na schodach. Gdy obcas mojego buta utknął między kratkami. Czułem nienawiść do ochroniarza. Migającej na żółto sygnalizacji świetlnej. Gołębi śpiących na dachach kamienic. Zatrważającego, niemego miasta.

Trząsłem się na wietrze. Marzły mi nogi. Szal wokół mojej twarzy. Krople krwi na chodniku. Czerwona škoda. Mama przy przystanku autobusowym. W domu, gdzieś.

 

Tibor Noé Kiss„Incognito”, przekład: Daniel Warmuz, Wydawnictwo Książkowe Klimaty 2017

 

Fot. materiały prasowe