Pamiętam, że jakoś wczesną wiosną na łamach „Wysokich Obcasów” toczyła się polemika pomiędzy redaktorkami. Z jednej strony rozważały, na co kobiety czekają, skoro nie idą po władzę razem, właśnie teraz, kiedy ich obecność w publicznym dyskursie jest tak silna, a z drugiej strony – dlaczego tego się od nas właściwie wymaga. Czy samo doświadczenie bycia kobietą jest czynnikiem, który daje nam większe możliwości jako kobiecej wspólnocie, skoro jednocześnie tak bardzo się ze sobą nie zgadzamy? Kolejne dywagacje – jak ewentualnie zdobytą później władzę rozdzielać i jak sobie z nią poradzić? Wreszcie – co tak naprawdę miałyby oznaczać rządy kobiet.

To było po Czarnym Proteście, ale jeszcze przed #metoo. Kiedy bycie feministką przestawało być odbierane jako sekciarskie, a zaczęło stawać się rozumiane i atrakcyjne. Zanim głosy tysięcy kobiet zdominowały portale, gazety i media społecznościowe – przez hasztag #metoo, który rozpoczął proces tworzenia się wspólnoty opartej na solidarności. Okazało się, że wspólnym doświadczeniem, które łączy kobiety, jest doświadczenie przemocy

Po pierwsze – solidarność

Mądra solidarność jest nam niezwykle potrzebna. Kryje się za nią odpowiedzialność za wspólnotę, którą tworzymy w konkretnej sprawie. Przejawia się w działaniach. Jeśli chcemy świadomego, mądrego feminizmu musimy nauczyć się budować jedność i akceptować jej wewnętrzną różnorodność, nie w teorii, a w praktyce. Nie bać się samokrytyki – bo nadal wychodzi z nas potrzeba środowiskowej monofonii. Sytuacja z pisarzem o niewybrednym poczuciu humoru – dyskusja, z której w internecie powstał później hasztag #naszJanusz – przypomniała, że feminizm nie jest wolny od środowiskowych podziałów, a ingerencja mężczyzn w jego wewnętrzny porządek jest nadal bardzo silna. Co gorsza – nastroje rozłamu podtrzymywane przez autorytety miały te podziały umacniać i potwierdzać. Autorytety feminizmu brzmią zresztą jak oksymoron. Nie można być przecież feministką bardziej lub mniej.

Celem feminizmu nie jest wszczęcie walk płci. W feminizmie nie chodzi – i nigdy nie chodziło – aby nienawidzić i zwalczać mężczyzn, bo dostali władzę, nadużywają jej albo nie potrafią z niej przestać korzystać. Polski feminizm nigdy nie zakładał radykalnych kobiecych utopii. I pomimo cichych pragnień reprezentowanych przez bardzo radykalne feminizmy, na ogół nie dążył do świata bez mężczyzn, tylko do takiego, w którym płeć nie będzie narzędziem dominacji – na polu zawodowym, seksualnym, prywatnym, publicznym, politycznym i każdym innym. Feminizm ma pchać do przodu zmiany systemowe, upolityczniać się, angażować, demonstrować, wspierać, przekonywać, wreszcie – czynnie reagować na przemoc. Intencjonalną przemoc, która wynika z dominacji. Nieintencjonalną przemoc, na którą jest społeczne przyzwolenie, bo stosuje ją osoba, która jest uznana za autorytet. Jedną z form przemocy seksualnej jest na przykład uporczywe namawianie do stosunku, który zaistnieje za zgodą obydwu stron, ale poprzedzoną długim „przekonywaniem”, wykorzystywaniem szantażu emocjonalnego albo nadużywaniem swojej pozycji władzy. Długofalowa walka z przemocą wymaga oczywiście innych narzędzi niż tylko bieżąca reakcja. Przemoc jest zjawiskiem kulturowym, mocno zakorzenionym w kulturze patriarchatu. bell hooks twierdzi, że jeśli chcemy walczyć z patriarchatem, a przecież taki jest nasz cel, nie możemy odwrócić się plecami do mężczyzn w ogóle, stworzyć własnej utopii i nie starać się dociec, dlaczego uciekają się do przemocy. W rewolucji feministycznej nie chodzi przecież o to, aby zająć miejsce na tronie, tylko ten tron spalić, bo tron jest miejscem, z którego spogląda patriarchat. Sytuacja rozczarowania, w której w tym momencie się znalazłyśmy, zabiera nam nadzieję, że to, co do tej pory budowałyśmy – a czego fundamentem był Czarny Protest – powoli zaczyna się rozpadać. A jeśli się tak stanie, to jak w ruinach rewolucji budować ją na nowo?

Rewolucja ograniczonego zaufania

Siłę znajdziemy w realizacji najważniejszego postulatu feministycznego – potrzebie siostrzeństwa. Takiego, którym nie rządzi zasada „z nami albo przeciwko nam”. Nie ma w nim miejsca na odbieranie legitymacji feministki, elementarza zachowań dopuszczalnych i przyzwoitych, który byłby uniwersalny. Nie ma progu wejścia, bycia wystarczająco radykalną, wykształconą, feministyczną.   

Nie zbudujemy siostrzeństwa opartego na wsparciu, na świadomości współczesnej i historycznej pozycji kobiety, na stworzeniu wspólnoty ciał i wolności używania tych ciał jak tylko chcemy, w końcu mitycznej potrzeby obalenia patriarchatu, którego cały skomplikowany mechanizm ukryty jest w każdym przemocowym działaniu, jeśli nie znajdziemy tych pól wspólnych, w których będziemy ponad podziałami. W haśle #trzymamstronękobiet jest wielka nadzieja. Na zgodę i wspólną walkę. O prawo do samostanowienia. O prawo do bezpieczeństwa. Do miłości, która będzie opierała się na równości. Do prawa decydowania o swoim ciele – posiadania lub nieposiadania dzieci, takich lub innych wyborów seksualnych, poliamorii i monogamii. Do edukacji. Do decyzji o karierze lub wyboru pełnoetatowej roli matki. Na to, że tych wyborów – w tym małym, dzisiaj podzielonym środowisku – nie będziemy kwestionowały i oceniały w skali feminizmu od jeden do dziesięć, przyznając sobie nagany i wyróżnienia.

Koniec milczenia

Dzisiaj myślimy o tym, że jesteśmy na przedpolu rewolucji. Zrobiłyśmy bardzo ważny krok – zaczęłyśmy głośno mówić o przemocy, a lęk, który do tej pory należał do kobiet, zaczął przenosić się na mężczyzn, którzy szybko wymieniają w myślach listę grzechów i nie wiedzą, czy znajdą się na radarze. Być może zacznie się to, co niektórzy nazywają „polowaniem na czarownice”. Możemy liczyć też na to, że nie ma już sztandarów, za którymi można się ukryć. Patriarchat mościł się pod lewicowym sztandarem na tyle długo, że w wątpliwość można poddać autentyczność instytucji, które posługują się parytetami i krzyczą „kobiety do polityki”. 

Okazuje się, że za sprawcami przemocy już nie stoją instytucje, władza i polityczne afiliacje, kiedy ofiar jest więcej i mówią jednocześnie. Doświadczamy tego, jaką siłę w kulturze ma kobiecy głos i jak bardzo wiele wnosi do dyskursu. Kobiece milczenie ma bardzo długą historię. Wyraża się w wymazywaniu kobiecych postaci z przestrzeni publicznej. Stworzeniu instytucji niewidzialnej pracy. Milczenie przynależy do kobiet, bo nawet polityczne prawo głosu nasze siostry dostały dopiero w XIX wieku. To, że mężczyźni, niezależnie od warunków socjalizacji, milczenia nie mogli się nauczyć, widać dzisiaj. Akcja #metoo miała męską odpowiedź, a w mediach społecznościowych pojawił się nie jeden, a wiele męskich głosów. Niektóre przekazywały bardzo proste komunikaty: przykro, że tyle kobiet doświadczyło przemocy. Jaka jest wartość tego komunikatu? Niewielka albo żadna. Wbrew pozorom, może nieświadomie, tę akcję dyktował lęk przed zmianą społecznej akustyki. Odpowiedź na akcję #metoo – #itwasmee, nie była wcale sukcesem rewolucji, przyznaniem się do winy i biciem w piersi, a kolejnym przemocowym gestem, próbą zepchnięcia kobiet z podestu. Strachem przed zamianą ról i wyciszeniem. Mężczyźni nie znają ciszy, nawet jeśli to nie jest ich wina. Być może kiedy ją poznają, to nauczą się słuchać. Szczególnie, kiedy mówimy „nie”.

1 metoo me too ja tez

Opracowanie graficzne Małgorzata Stolińska, fot. unsplash.com

Instagram enter The Room

object(stdClass)#939 (3) { ["error_type"]=> string(23) "OAuthRateLimitException" ["code"]=> int(429) ["error_message"]=> string(178) "You have exceeded the maximum number of requests per hour. You have performed a total of 931 requests in the last hour. Our general maximum limit is set at 500 requests per hour." }

Sorry something went wrong. Here is the possible list of errors:

  • Error loading user profile items