Nowy Jork. Dwoje ludzi. Ostatni tydzień roku. Mamy dla Was fragment powieści „Osiem białych nocy” André Acimana, czyli autora bestsellerowych „Tamtych dni, tamtych nocy”. Książka stanowi studium oczekiwań i nadziei, z jakimi zmaga się każdy człowiek, gdy rozpoczyna nowy związek.

W połowie kolacji wiedziałem już, że później odtworzę sobie cały wieczór w głowie: autobus, śnieg, droga wiodąca w górę łagodnego wzniesienia, katedra majacząca tuż przede mną, nieznajoma w windzie, duży zatłoczony salon pełen widocznych w blasku świec twarzy promieniejących od śmiechu i tajemniczego przeczucia, dźwięki fortepianu, śpiewak o gardłowym głosie, sosnowa woń unosząca się we wszystkich pomieszczeniach, po których wędrowałem, myśląc sobie, że powinienem był zjawić się tu dziś o wiele wcześniej, albo nieco później, albo w ogóle nie przychodzić, klasyczne sepiowe grafiki na ścianie przy łazience, a obok długi, ukryty za drzwiami skrzydłowymi korytarz wiodący do prywatnej, niedostępnej dla gości części mieszkania, który jednak skręcił po drodze w kierunku holu i nagle niczym za sprawą magii wrócił do salonu, gdzie w międzyczasie zebrało się jeszcze więcej ludzi i gdzie ktoś niespodziewanie odwrócił się do mnie przy oknie za dużą choinką, choć schowałem się tam w nadziei na chwilę spokoju, wyciągnął rękę i powiedział:

– Jestem Clara.

Jestem Clara, wypowiedziane ot tak, jakby było to najoczywistsze stwierdzenie pod słońcem, jakbym i tak już to wiedział albo powinienem był wiedzieć, lecz skoro nie zwróciłem na nią uwagi czy też może usiłowałem nie zwracać na nią uwagi, ona postanowiła pomóc mi wyzbyć się pozoru obojętności i nadała twarz imieniu, które bez wątpienia słyszałem już wielokrotnie z ust innych osób.

U każdego innego człowieka „Jestem Clara” mogłoby zabrzmieć jak niepewne zagajenie rozmowy – potulne, powierzchownie asertywne, przesadnie zdawkowe, zdystansowane, rzucone jakby poniewczasie; słowny odpowiednik potrząśnięcia ręki, które nauczyło się pozorować stanowczość i energiczność poprzez nadmierne przeciąganie skądinąd bezwładnego i drętwego uścisku. U osoby nieśmiałej słowa „Jestem Clara” wymagałyby wysiłku, który całkowicie by ją wyczerpał, tak że na brak reakcji ze strony rozmówcy poczułaby nieomal wdzięczność.

Lecz w jej ustach owo „Jestem Clara” nie było ani śmiałe, ani obcesowe; wypowiedziała je z cierpkim wypraktykowanym uśmiechem kogoś, kto powtarzał to już zbyt wiele razy, żeby się przejmować wrażeniem, jakie sprawi, przerywając w ten sposób milczenie z obcym człowiekiem. Wymuszone, obojętne, zmęczone i rozbawione – nią samą, mną, życiem, które sprawiło, że nawiązywanie rozmowy jest czymś tak stresującym i krępującym – „Jestem Clara” wsunęło się między nas niczym pozbawiona znaczenia formalność, z którą trzeba się wreszcie uporać, więc równie dobrze można to zrobić teraz, skoro oboje stoimy akurat z dala od tłumu zgromadzonego na środku pomieszczenia i szykującego się do rozpoczęcia śpiewu. Jej słowa zaskoczyły mnie jak jeden z tych niespodziewanych podmuchów wiatru, które przedzierają się przez wszelkie zapory i otwierają na oścież wszystkie drzwi i okna, wnosząc zapach wiosennego kwiecia w samo serce zimowych miesięcy, siejąc na swojej drodze zamęt i skłaniając do przedwczesnej zażyłości niczym ktoś, kto nie ma nic do stracenia i kogo zupełnie nie obchodzi, co pomyślą o nim inni. Nie dostrzegałem w nich natarczywości ani chęci pominięcia męczących banałów, lecz mimo to wyczułem odcień przymusu i rozgorączkowania, który nie był ani nieprzyjemny, ani całkowicie niezamierzony. Pasował do jej postaci, do niespokojnej arogancji jej podbródka, do karmazynowej i cienkiej jak woal koszuli, rozpiętej aż po mostek, do odsłoniętej skóry, gładkiej i równie nieprzystępnej co mały diamencik wiszący na cienkim platynowym naszyjniku.

„Jestem Clara”. Wprosiło się niezapowiedziane jak amatorka teatru, która przepycha się między pozajmowanymi fotelami, przeszkadzając wszystkim w ostatnich sekundach przed podniesieniem kurtyny, a jednak zamieszanie, którego jest przyczyną, wyraźnie bawi ją do tego stopnia, że gdy tylko dociera do zarezerwowanego na cały sezon miejsca, natychmiast zdejmuje płaszcz, zarzuca go sobie na ramiona, odwraca się do siedzącej obok osoby i, przepraszając za zakłócenie spokoju, a zarazem zupełnie się tym nie przejmując, szepcze porozumiewawczo: „Jestem Clara”. Ma to oznaczać: Jestem Clara, którą będziesz tu widywał przez cały rok, więc postarajmy się być dla siebie mili. Jestem Clara, której nigdy nie spodziewałeś się ujrzeć na fotelu obok siebie, a jednak oto się zjawiłam. Jestem Clara, którą będziesz pragnął oglądać tu każdego dnia każdego miesiąca przez resztę tego oraz każdego kolejnego roku swojego życia – a ja o tym wiem, więc powiedzmy sobie szczerze: może starasz się tego nie okazywać, ale też zdajesz sobie z tego sprawę, i to od momentu, kiedy po raz pierwszy na mnie spojrzałeś. „Jestem Clara”.

Było to coś pomiędzy żartobliwym „Jak mogłeś tego nie wiedzieć?” a „Co masz taką przygnębioną minę?”. Proszę – zdawała się mówić, niczym magik pokazujący dziecku prostą sztuczkę – weź to imię, zaciśnij je mocno w ręce, a po powrocie do domu rozłóż dłoń i pomyśl sobie: „Dzisiaj poznałem Clarę”.

Jakby zaoferowała starszemu panu kawałek czekolady z orzechami akurat w momencie, kiedy miał stracić cierpliwość. „Niech pan nic nie mówi, dopóki pan tego nie spróbuje”. Wytrącała człowieka z równowagi, ale natychmiast mu to wynagradzała, zanim w ogóle zdążył się zorientować, tak że nawet nie miał pewności, co było pierwsze: przeprosiny czy delikatna szpila, a może jedno i drugie splotło się w jednym zwrocie, owijając jej dwa słowa spiralą, jakby były wypowiedzianą z uśmiechem groźbą śmierci przebraną za nieznaczący żart. „Jestem Clara”.

Życie przed. Życie po.

Wszystko przed Clarą wydawało się takie martwe, puste, tymczasowe. Wszystko po Clarze ekscytowało mnie i przerażało: miraż oazy majaczący na drugim końcu doliny grzechotników.

„Jestem Clara”. Oto był jeden pewnik, co do którego nie musiałem mieć żadnych wątpliwości i mogłem do niego wracać za każdym razem, kiedy będę chciał pomyśleć o niej – przenikliwej, ciepłej, cierpkiej i niebezpiecznej. Cała jej osobowość emanowała z tych dwóch słówek, jakby były pilną informacją zapisaną tajemniczo na odwrocie książeczki z zapałkami, którą chowasz do portfela, bo zawsze już będzie ci przypominać tę noc, kiedy niespodziewanie rozkwitło przed tobą marzenie, twoje wyśnione życie. I może nie było to nic więcej – ot, zwykły sen – ale zbudziło we mnie tak silne pragnienie bycia szczęśliwym, że prawie gotów byłem uwierzyć, iż faktycznie jestem szczęśliwy w ów wieczór, kiedy ona wdarła się do mnie niespodziewanie, wnosząc zapach wiosennego kwiecia w samo serce zimowego miesiąca.

Czy po opuszczeniu dzisiejszego przyjęcia nadal będę się tak czuł? A może przebiegle znajdę sposób, żeby zafiksować się na drobnych wadach, aż zaczną mnie drażnić i pozwolą mi stłamsić to marzenie tak, że wreszcie zgaśnie i utraci swój powab, a utraciwszy go, przypomni mi na nowo – jak zawsze na nowo – że szczęście to jedna jedyna rzecz w życiu, której inni nie są w stanie nam zapewnić.

„Jestem Clara”. Te słowa miały moc przywołania jej głosu, jej uśmiechu, jej twarzy, gdyby w trakcie wieczoru zniknęła w tłumie, napełniając mnie obawą, że już zdążyłem ją utracić albo że tylko ją sobie wyobraziłem.

– Jestem Clara – mógłbym sobie powiedzieć w takiej chwili, a wtedy ona na powrót byłaby Clarą i zjawiłaby się przy mnie obok choinki, przenikliwa, ciepła, cierpka i niebezpieczna.

Już teraz – nie minęło kilka minut od momentu, kiedy się poznaliśmy, a wiedziałem, że tak będzie – wyobrażałem sobie, że mógłbym jej nigdy więcej nie spotkać; już teraz zastanawiałem się, w jaki sposób mam zabrać ze sobą owo „Jestem Clara” i schować je do szuflady razem ze spinkami do mankietów, wkładami do kołnierzyków, zegarkiem i portfelem.

Przyzwyczajałem się do niewiary w to, że ten moment zdoła potrwać kolejne pięć minut, ponieważ nosił on wszelkie znamiona nierzeczywistego, zaczarowanego interludium, kiedy wszystkie drzwi otwierają się aż nazbyt łatwo i pozornie wpuszczają nas do zamkniętego zwykle kręgu, którym jest nic innego jak nasze własne życie – nasze życie, tyle że w postaci, w jakiej zawsze pragnęliśmy je przeżywać, choć na każdym kroku oszukiwaliśmy; nasze życie przetransponowane wreszcie do właściwej tonacji, opowiedziane od nowa w odpowiednim trybie gramatycznym, w języku, który do nas przemawia i do nas jedynie jest dostosowany; nasze życie, wreszcie urzeczywistnione i świetlane, ponieważ objawiło się nagle nie w naszym własnym, lecz w cudzym głosie, zostało uchwycone cudzą ręką, odbite na twarzy osoby, która nie może przecież być nam obca, ale ponieważ właśnie taka jest, przykuwa nasz wzrok spojrzeniem mówiącym: „Dziś wieczorem to ja jestem twarzą, którą nadajesz swojemu życiu i temu, jak je przeżywasz. Dziś wieczorem to ja jestem twoimi oczami na świat, który spogląda z powrotem ku tobie. Jestem Clarą”.

Oznaczało to: „Weź moje imię i szepcz je do siebie, a za tydzień wróć i przekonaj się, czy zdążyło obrosnąć kryształami”.

Jestem Clara – uśmiechała się, jakby rozbawiło ją coś, co ktoś przed chwilą powiedział, a ona pożyczyła tę wesołość zapoczątkowaną w innym kontekście i odwróciła się do mnie, ukrytego za świąteczną choinką, i wyjawiła mi swoje imię, podała mi swoją dłoń, sprawiła, że chciałem się zaśmiać z puenty, której nie usłyszałem, ale która doskonale pasowała poczuciu humoru dokładnie takiemu jak moje.

To właśnie oznaczało dla mnie „Jestem Clara”. Stworzyło iluzję intymności, przyjaźni na krótko przerwanej i pospiesznie wznowionej, jakbyśmy już się kiedyś spotkali albo nasze ścieżki się krzyżowały, ale ciągle nie mogliśmy na siebie wpaść i teraz za wszelką cenę musieliśmy na nowo się zapoznać, a jej gest wyciągnięcia ręki był czymś, co powinniśmy byli zrobić o wiele wcześniej, bo przecież wspólnie się wychowaliśmy, tylko potem straciliśmy kontakt, albo tyle razem przeszliśmy, albo w jakimś innym życiu byliśmy kochankami, dopóki nie rozłączyło nas coś tak trywialnego i haniebnego jak śmierć, lecz tym razem Clara nie zamierzała do tego dopuścić.

„Jestem Clara” oznaczało: ja już cię znam – to nie jest zwyczajna sytuacja – a jeśli wydaje ci się, że przeznaczenie nie miało z tym nic wspólnego, to lepiej zastanów się jeszcze raz. Owszem, możemy (jeśli masz ochotę) trzymać się banalnych koktajlowych uprzejmości i udawać, że wszystko to dzieje się tylko w twojej głowie – albo możemy rzucić wszystko i niepomni na pozostałych, niczym dzieci, które w wigilijny wieczór budują sobie pośrodku zatłoczonego salonu malutki namiot, wstąpić do świata promieniejącego od śmiechu i tajemniczego przeczucia, gdzie nic nie wiąże się z ryzykiem, gdzie nie ma miejsca na wstyd, zwątpienie czy strach, gdzie wszystkie słowa są lekkim, frywolnym żartem, bo najuroczystsze sprawy często przychodzą do nas w przebraniu psot i radosych zabaw.

Przytrzymuję jej rękę odrobinę dłużej niż to się zwykle robi, żeby pokazać, że zrozumiałem wiadomość, ale nie tak długo jak powinienem, z obawy, że wiadomość ta była tylko dziełem mojej wyobraźni.

Oto mój wkład, mój podpis pod tym wieczorem, moja pokrętna interpretacja zwykłego uścisku dłoni. Gdyby Clara wiedziała, jak odczytywać moje zachowania, przejrzałaby tę afektację i nonszalancję i dostrzegłaby ową inną, jeszcze głębszą nonszalancję, której niechętnie się wyzbywam, zwłaszcza w obecności kogoś, kto jednym przelotnym spojrzeniem i dwoma słowami bez trudu mógłby wydobyć ze mnie klucz do wszystkich moich kryjówek.

Nie przyszło mi do głowy, że ludzie, którzy wpadają z impetem w nasze życie, mogą równie łatwo z niego zniknąć, kiedy już z nami skończą; że ktoś, kto wbiega do filharmonii na kilka sekund przed rozpoczęciem koncertu, może nagle zerwać się z miejsca i od nowa zacząć się przepychać między fotelami, bo odkrył, że siedzi w niewłaściwym rzędzie, i uznał, że nie ma ochoty czekać na antrakt.

Spojrzałem na nią. Spojrzałem na jej twarz. Znałem tę twarz.

– Wyglądasz znajomo – zamierzałem powiedzieć.

– Wyglądasz, jakbyś trafił tu przez przypadek – odezwała się pierwsza.

– To widać? – odparłem. – I czy większość ludzi na przyjęciach nie wygląda, jakby trafili tam przez przypadek?

– Niektórzy bardziej niż inni. On nie. – Pokazała palcem mężczyznę w średnim wieku, który rozmawiał z jakąś kobietą. Trzymał w dłoni przejrzystego drinka i stał pod czymś, co zapewne było zaledwie podróbką żłobkowanej kolumny o korynckim kapitelu; wręcz pokładał się na niej niedbale, jakby absolutnie nigdzie mu się nie spieszyło. – W ogóle nie wydaje się zagubiony. Ona też nie.

„Jestem Clara”. Potrafię przejrzeć ludzi.

Pan i pani Shukoff – tak ich ochrzciła. Shukoffów małżeńska raz para paliła się do bara-bara; rzekł on do niej śmiało, pieszcząc wzrokiem jej ciało: Wnet cygarko się moje zajara.

Państwo Shukoff: ludzie, którzy z uporem cię shukoją, choć ciągle usiłujesz się przed nimi ukryć – wyjaśniła. Oboje wybuchliśmy śmiechem.

Następnie gestem, który nie miał nic wspólnego z dyskrecją, Clara wskazała palcem kobietę po sześćdziesiątce w długiej czerwonej sukni i pantoflach z czarnej lakierowanej skóry.

– Babcia Świętego Mikołaja. Patrz – rzuciła, pokazując szeroki lakierowany pas ze złotą klamrą, opinający talię Babci. Kobieta miała na głowie coś, co po prostu musiało być peruką; połyskliwe blond pukle okręcały się wokół jej uszu, zakończone twardymi, zbitymi kosmykami o wyglądzie kłów młodego dzika. Z jej płatków usznych wisiały duże, rozcięte na pół perły, osadzone na maleńkich złotych talerzach; miniaturowe latające spodki, tylko bez zielonych ludzików – powiedziała Clara. Natychmiast ochrzciła kobietę imieniem Muffy Mitford. Następnie zaczęła rozbierać Muffy Mitford na części pierwsze, zaciągając mnie do pomocy, jakby w jej umyśle nie postał nawet ślad wątpliwości, czy przyłączę się do niej w tym procesie całkowitej dyskredytacji.

2 Aciman OsiemBialychNocy wab

Muffy mówiła świdrującym głosem. Muffy nosiła po domu błękitne pantofle na obcasie z puchatymi pomponikami – powiedziałem. Muffy nosiła pod spodem podomkę, zawsze nosiła pod spodem podomkę – powiedziała ona. Muffy miała niewystrzyżonego pudla o imieniu Sulejman. Jej mąż nosił przezwisko Chip. A syn – jakżeby inaczej – Pip. Córka nazywała się Mimi. Nie, Buffy, do rymu z Muffy. Muffy Beaumont. Z domu Montebello. Nie, Belmont. Nie oszukujmy się: Schoenberg – powiedziała Clara. Muffy miała angielską służącą. Ze Shropshire. Nie, z Nottingham. Nie, z Anglii Wschodniej. Z East Coker w Somerset. Z Little Gidding – powiedziałem. Burnt Norton – poprawiła, a po namyśle zmieniła zdanie: z jakichś ciepłych wysp. Z Majorki. A na nazwisko ma Monserrat albo jakoś podobnie – dodałem. „O nie, nie. Dolores Luz Berta Fatima Consuelo Jacinta Fabiola Inez Esmeralda” – jedno z tych imion, które nigdy się nie kończą, bo ich czar leży w kadencji i melodii, a one wznoszą się na niej i nabrzmiewają, aż w końcu spadają nagle kaskadą przy nazwisku pospolitym jak piasek na podmiejskiej plaży: Rodriguez – i oboje ryknęliśmy na widok Muffy, która śmiała się i kołysała biodrami do rytmu piosenki wykonywanej przez śpiewaka o gardłowym głosie; luźny koniec jej paska kołysał się niczym zawieszony na brzuchu symbol płodności, a w dłoni tkwił pusty kieliszek do martini – i do dna wychyliła, i oczko puściła, i rzekła: Nalej więcej, to zrobię się miła.

– Jesteś znajomym Hansa, prawda? – zapytała Clara.

– No proszę… skąd wiedziałaś?

– Bo nie śpiewasz. I ja nie śpiewam. – Po czym, widząc że nie do końca rozumiem, wyjaśniła: – Znajomi Hansa nie śpiewają. Tylko znajomi Gretchen. – Otarła usta serwetką, jakby tłamsząc ostatnie podrygi prywatnego żartu, którym nie zamierzała się ze mną dzielić, ale chciała, żebym go dostrzegł. – To proste – rzekła, wskazując niezbyt dyskretnym ruchem zgromadzony wokół fortepianu tłum, którego członkowie śpiewali na cały głos za przewodem mężczyzny o gardłowym głosie.

– A więc Gretchen jest tą bardziej muzykalną – rzuciłem obojętnie tylko po to, żeby coś powiedzieć, cokolwiek, nawet jeśli moja uwaga miała pokuleć niezgrabnie w stronę nieuniknionej ciszy. Odpowiedź Clary zupełnie zgasiła moje słowa:

– Gretchen, muzykalna? Gretchen nie poznałaby się na muzyce, choćby ta pierdnęła jej w ucho. Spójrz na nią: stoi przyklejona do drzwi i tylko wita się z gośćmi, bo nie ma pojęcia, co innego ma ze sobą zrobić. – Niespodziewanie przypomniałem sobie sflaczały uścisk dłoni, zdawkowe powitanie i całusa w policzek, który tak naprawdę był tylko muśnięciem ucha, bo Gretchen nie chciała rozmazać sobie makijażu.

Słowa Clary mnie zaskoczyły, ale puściłem je mimo uszu nie wiedząc, jak na nie odpowiedzieć albo im zaprzeczyć.

– Patrz na ich twarze – dorzuciła Clara, wskazując palcem śpiewających. Popatrzyłem na ich twarze. – Przecież nie zabrałbyś się do śpiewania wyłącznie dlatego, że jesteśmy na przyjęciu bożonarodzeniowym i pławimy się w wigilijnej atmosferze jak przerośnięte uszka w barszczu, prawda?

Nie odpowiedziałem.

– Mówię poważnie – dodała. A więc jej pytanie nie było retoryczne. – Popatrz na tych wszystkich pseudoeuropejskich Shukoffów. Czy nie wyglądają dokładnie jak ludzie, którzy zawsze śpiewają na świątecznych imprezach?

„Jestem Clara”. Bywam wredna.

– Ale ja też śpiewam… czasami – wtrąciłem nieszczerze, starając się, żeby zabrzmiało to równie mdło i naiwnie jak u ludzi, dla których śpiewanie podczas przyjęć to najnormalniejsza rzecz pod słońcem. Być może chciałem się przekonać, czy Clara wycofa się z tego ostrzału, kiedy się zorientuje, że mimowolnie złapała mnie na linii ognia. A może tylko się z nią droczyłem i nie chciałem, żeby odgadła, jak bardzo jej cyniczna opinia o stowarzyszeniu współśpiewaczy przypominała moją własną.

– Ale ja też śpiewam – odparła, unosząc brew, jakbym powiedział coś złożonego i wymagającego namysłu. Pokiwała lekko głową, zastanawiając się nad głębszym sensem moich słów, i nadal zdawała się ważyć je w myślach, kiedy nagle to do mnie dotarło: wcale nie mówiła o sobie, po prostu papugowała moją wypowiedź – „Ale ja też śpiewam” – i odrzucała ją z powrotem do mnie, przybraną teraz w szyderczą melodię pogardy, jak zgnieciony podarunek zwracany w naruszonym opakowaniu.

– Więc ty też śpiewasz – rzekła nadal z namysłem. A może właśnie próbowała się wycofać po tym, jak strzeliła we mnie zatrutą strzałą?

– Owszem. Śpiewam, czasami… – potwierdziłem, starając się nie wypaść zbyt zarozumiale ani zbyt gorliwie. Udawałem, że nie dostrzegam ironicznego podjudzenia w jej głosie, i już miałem dodać: „Pod prysznicem”… lecz natychmiast wyczułem, że w świecie Clary każdy, kto niechętnie przyznaje się do śpiewania czasami, zaraz by dodał, że robi to pod prysznicem. Byłaby to najbardziej przewidywalna ze wszystkich możliwych ripost. Już słyszałem, jak Clara rozbiera na części pierwsze każdą banalną kliszę zawartą w mojej wypowiedzi.

– A zatem śpiewasz – zaczęła. – W takim razie chętnie posłucham.

Wzięła mnie z zaskoczenia. Pokręciłem głową.

– Czemu nie? Nie idzie ci śpiewanie z innymi? – zapytała.

– …Coś w tym stylu. – „Niezbyt dobrze” stanowiłoby słabą odpowiedź na jej żarty wypowiadane tonem nauczycielki wystawiającej uczniowi opinię; dlatego właśnie postanowiłem tego nie mówić. Teraz jednak nie wiedziałem, jak pociągnąć rozmowę.

Kolejny moment wahania. I nagle, spoglądając ponad moim ramieniem, Clara przełamała ciszę:

– A chcesz usłyszeć, jak ja śpiewam?

Jej słowa brzmiały niemal jak wyzwanie. Sądziłem, że żartuje i że, okazawszy takie zniesmaczenie znajomymi Gretchen oraz ich współśpiewaczym „pławieniem się w wigilijnej atmosferze”, nie będzie miała najmniejszej ochoty na występ muzyczny. Zanim jednak zdołałem podjąć decyzję, w jakim tonie jej odpowiedzieć, Clara przyłączyła się już do refrenu, tylko że zrobiła to głosem, którego nigdy nie połączyłbym z jej twarzą i nie uwierzyłbym, że należy do niej: balansował na granicy całkowitego zapamiętania, jakby śpiewając tak przy mnie Clara ujawniała kolejną, głębszą warstwę siebie i uświadamiała mi, że wszystko, co do tej pory o niej myślałem – od nagłego podmuchu wiatru poprzez zatrute strzały aż po żarty i pogardę – mogło być błędne; że „cierpkość” miała też swoją łagodniejszą stronę, że „niebezpieczeństwo” mogło stać się wrażliwe i pełne czułości, że kryły się w niej jeszcze inne, bardziej zdumiewające niespodzianki, a próby dotrzymania im kroku albo przewidzenia ich są bezcelowe, podobnie jak opieranie się komuś, kogo zwięzłe, zdawkowe „Jestem Clara” pokazywało, że istnieją na tym świecie ludzie, którzy pomimo całej swojej szorstkości i arogancji potrafią za pomocą kilku nut wmówić ci, że są z natury życzliwi, szczerzy i subtelni – a zaraz potem nękają cię przypomnieniem, że to właśnie owa zdolność do przeskakiwania z jednego aspektu osobowości do drugiego daje im tę śmiertelną siłę rażenia.

1 Aciman OsiemBialychNocy wab 

André Aciman, „Osiem białych nocy”, Wydawnictwo W.A.B.

Tłumaczyła Agnieszka Walulik

Fot. materiały prasowe 

Instagram enter The Room

object(stdClass)#930 (3) { ["error_type"]=> string(23) "OAuthRateLimitException" ["code"]=> int(429) ["error_message"]=> string(178) "You have exceeded the maximum number of requests per hour. You have performed a total of 863 requests in the last hour. Our general maximum limit is set at 500 requests per hour." }

Sorry something went wrong. Here is the possible list of errors:

  • Error loading user profile items