fot. Vogue

Cały świat ogląda się na Francuzki, a szczególnie na paryżanki. Co je wyróżnia? Jedna, konkretna rzecz – najbardziej stylowe, najlepiej ubierające się kobiety w Europie unikają tatuaży. Dlaczego? Odpowiedź może wydawać się zadziwiająco prosta. Ale nie jest.

Podstawowym trendem, któremu od pokoleń hołdują paryżanki (i Francuzki generalnie) to niepodążanie za trendami. Proste, prawda? Jedną z żelaznych zasad jest etre blank, co w wolnym tłumaczeniu oznacza być czystym, o niesplamionej skórze. Paryż elegancki, dekadencki, nie jest miastem alternatywnym. Nie warto się wychylać, bo można dostać po łapach. Odwagę eksponuje się inaczej, z pewnością nie tatuażem. I nie chodzi o to, że paryżanki nie lubią tatuaży. Po prostu: nigdy by ich sobie nie zrobiły. Czasami wynika to z relacji zawodowych, jak w przypadku Marion, znajomej prawniczki. Ze względu na wykonywaną profesję nie decyduje się na tatuaż. Ale jednocześnie podkreśla, że gdyby w życiu robiła cokolwiek innego, jej postanowienie nie uległo by zmianie. Marion to dziewczyna, którą poznałam na studiach w Hiszpanii. Pod względem stylu nie należy do odważnych. I nie zamierza niczego nikomu udowadniać na siłę. Inaczej jest z Maroussią Rebecq, założycielką śmiałej, ostrej paryskiej marki Andrea Crews, przeznaczonej dla tych miejskich buntowników, którzy lubią oversize i unisex. Panna Rebecq nie jest grzeczna. Ale tatuażu sobie nie zrobi, a mówiła o tym jakiś czas temu w The Guardian. Moja skóra jest jak białe płótno. Nie mam kolczyków. Nie mam tatuaży. Wciąż zmieniam ubrania, ale moja skóra nie należy do żadnej epoki, konkretnego okresu. To bardzo punkowe, co?

1

Fot. Charlotte Gainsbourg dla Interview

Być może. Zapisałam tę złotą myśl, mimo kilku swoich tatuaży, ale z wielką ochotą na „bycie paryżanką, gdziekolwiek jestem“. Czy jeszcze mi się uda? Nie wiem. Zaczęłam nieśmiale przeglądać magazyny drukowane, a potem te online. Znalazłam Caroline de Maigret, Marion Cotillard, Clemence Poesy, Vanessę Paradis... Szlag! Wszystkie bez tatuażu. Ostatnia nadzieja: Audrey Tautou, moja ulubiona Amelia. Wpisuję w wyszukiwarkę „Audrey Tautou tattoo“. Nawet się rymuje. Trzymam kciuki, bo grana przez nią bohaterka w filmie Kłamstewka tatuaż z dumą nosiła na karku. I co? Pierwszy link, który mi wyskakuje to irlandzki Independent. Tytuł krzyczy: Audrey Tautou mówi nie tatuażom. I po rymie. Klikam, wchodzę upewnić się jeszcze co i jak. Ale francuska aktorka jest nieugięta. Twierdzi, że jeśli zrobiłaby sobie tatuaż, będzie źle wyglądał, kiedy się zestarzeje. Właściwie nie mówi źle, mówi „not cool“. To nawet gorzej. Zerkam na rozgwiazdę na swojej lewej dłoni. No, cóż...

Caroline de Maigret, Marion Cotillard, Clemence Poesy, Vanessa Paradis... Szlag! Wszystkie bez tatuażu. Ostatnia nadzieja: Audrey Tautou!

W końcu! Jest wyjątek i to nie byle jaki. Alice Pfeiffer – młoda, zdolna, dziennikarka zajmująca się modą w Le Monde. Szczupła, czarne włosy i ręce pokryte tatuażami. I to nie wszystko! Tatuaże robi sobie sama. Ale i ona w tekście o stylu francuskiej ulicy mówi o tym, że paryżanki chcą pozostać naturalniejsze od natury, z fryzurami tak bardzo nieperfekcyjnymi w swojej perfekcji, bez makijażu (no może trochę fluidu, bo skóra się świecić nie może), w rurkach lub spodniach chłopaka. Ideał. Francuzki po prostu nie chcą tatuaży. Aby udowodnić tezę, Pfeiffer przeprowadziła wywiad ze wspomnianą już Caroline de Maigret, muzą Lagerfelda i innych projektantów, współautorką książki, która również w Polsce cieszyła się ogromnym zainteresowaniem, Bądź paryżanką, gdziekolwiek jesteś. Co ona na to? Cóż – poleca albo całkowicie się wytatuować, albo w ogóle. Jeden, mały tatuaż na ciele, jak cytuje Pfeiffer, jest żałosny. Zgoda, niech jej będzie. Ja mam kilka. Problem z głowy. Ale na tym de Maigret nie kończy, radośnie oznajmiając, że nie ma nawet przebitych uszu. Tatuaż to plebejskość, poza tym, czysta skóra to forma wyróżnienia się w dzisiejszym świecie, bycia nowym hipsterem wśród pełnej homogeniczności

Tego już za wiele. Być paryżanką już mi się nie chce. „Polacy nie gęsi...“ – układam sobie w głowie, jak mantrę. No bo komu ja mam w końcu wierzyć? Histerycznie reagującym na każdą formę ozdobienia ciała z drobną ingerencją de Maigret i Tautou czy może projektantom Givenchy, którzy zakolczykowali twarze modelek (aż do przesady) i Isabel Marant, która przedziurawiła nos Darii Werbowy w jednej z ostatnich kampanii? Po co mi ten wysiłek, skoro w byciu paryżanką chodzi właśnie o to, żeby robić wszystko bez wysiłku?

Nie pozostaje mi nic innego, jak iść w swoją stronę. Równie dobrą stronę.

3

Fot. Caroline de Maigret w wearesodroee

Wybór Enter The Room

Instagram enter The Room

Sorry something went wrong. Here is the possible list of errors:

  • Error loading user profile items